
strona główna
dwumiesięcznik
numer 1/2001
numer 2/2001
numer 3/2001
numer 4/2001
numer 5/2001
numer 6/2001
|
Numer 4/2001
SPIS TREŚCI
Wstęp, Krzysztof Kościelecki OFMCap
* Problemy alkoholowe i abstynencja*
Serce otwarło się, Marek AA
Jestem szczęśliwym człowiekiem, Anna Rak
Wiersze Andrzeja Kiejzy OFMCap
Miłość, której uczy nas Bóg, ks. Marek Dziewiecki
Spostrzeżenia. Mityng, Krzysztof Kościelecki OFMCap
Porozmawiajmy... O świętości, Jan Karczewski OFMCap
Z ambony. Duchowe aspekty uzależnienia, Marek Skowroński OFMCap
Z prasy., O.Z.
Terminarz Ośrodka Apostolstwa Trzeźwości
Refleksje homiletyczne. Panie przebacz nam, Tadeusz Pulcyn
* Apostoł Trzeźwości*
Wstęp, ks. Zbigniew Kaniecki
Nauczanie pasterskie. Dar wolności, bp Stanisław Wielgus
Pamiątki, ks. Zbigniew Kaniecki
Ruchy i stowarzyszenia. Polska Liga Trzeźwość, Red.
Z prasy., Red.
Wspólnoty. Krucjata Wyzwolenia Człowieka
* Wspólnota Kościola*
Dar umiejętności, Edward Garstka
Dzieciństwo bez przemocy, Katarzyna Michalska
Biblia dla dzieci, Edward Garstka
Dramat eutanazji, Andrzej Sujka
Wiersze Andrzeja Szewczyka
Kościół a internet ks. Marek Dziewiecki
Terminarz Ośrodka Apostolstwa Trzeźwości
Serce otwarło się
Marek AA
Ogarnia mnie spokój, jakiego nigdy jeszcze nie zaznałem. Unoszę się na fali tego spokoju i zaczynam mówić. Na początek miałem przygotowane jakieś dwa, trzy zdania, które były przemyślane wcześniej.
Kiedy otwieram usta, by mówić, przygotowane zdania znikają. Serce otwiera się i mówię coś innego niż zaplanowałem.
Do Zakroczymia zdecydowałem się jechać wtedy, gdy moja dojrzałość emocjonalna i długość abstynencji gwarantowały właściwe przeżycie duchowe. Od kilku lat słyszałem o Ośrodku w Zakroczymiu. Na mityngach opowiadano mi, że organizowane są tam dni skupienia. Między innymi grupa Manreza organizuje takie dni. Zapytałem o szczegóły. Usłyszałem, że nie ma o czym opowiadać, trzeba po prostu być w Zakroczymiu. Myślałem: masz pięć lat trzeźwości za sobą, więc czas zadbać o stronę duchową. Którejś niedzieli uczestniczyłem we Mszy św. w kościele na Karłowicach. Podczas podniesienia wpadła mi do głowy myśl: Zaproponuj wyjazd do Zakroczymia Ani z grupy Michała. Choć niewiele ją znałem, zaledwie kilka razy widziałem na grupie Rozbrat, nie zbagatelizowałem tego sygnału. W środę byłem na mityngu u Ani i przedstawiłem jej swoją propozycję. Zamurowało ją, ale pod koniec mityngu powiedziała: Tak. Drogę do Zakroczymia mieliśmy bardzo urozmaiconą. Podróżowaliśmy ponad dobę. Pozwoliło to nam dobrze się poznać, a także przeżyć wiele trudnych chwil i szukać z nich wyjścia. Okazuje się, że samochód potrafi odmówić posłuszeństwa w najmniej spodziewanym momencie. W końcu dotarliśmy do celu naszej podróży.
W Zakroczymiu weszliśmy w inny świat, określam go: świat z minionej epoki. Sam Zakroczym to niewielkie miasteczko, w którym duży ruch samochodów istnieje na obrzeżu miasta. Klasztor kapucynów i ich Ośrodek Apostolstwa Trzeźwości od miasta oddziela wysoki mur, skutecznie eliminujący hałas płynący z ulicy. Za murem jest również ogród, w którym można znaleźć czas na pracę i wypoczynek, zadumę i modlitwę, medytację.
Dni skupienia przebiegały według opracowanego planu, który był ściśle przestrzegany przez organizatorów i konsekwentnie realizowany, nawet przy odmiennym zdaniu uczestników. Wyglądało to tak, jakby obawiano się, że wydarzy się coś, co przerośnie możliwości organizatorów. Myślę, że gdybym był na ich miejscu, potrafiłbym się znaleźć i z pewnością byłbym otwarty na propozycje innych. W końcu to ja jestem do dyspozycji Pana Boga, a On działa poprzez ludzi. Muszę więc być na nich otwarty i wsłuchiwać się w ich głosy.
W drugim dniu pobytu w Zakroczymiu ogłoszono listę chętnych do spowiedzi u ojca Benignusa, z którym mężczyźni mogli się spotkać w jego celi. Trochę na siłę wciągnięto mnie na to spotkanie. Początkowo byłem nawet nieco zły, bo czułem, że manipulowano moją osobą. W końcu myślę: co mi szkodzi porozmawiać z kapłanem, zawsze przecież mogę zrezygnować z tego spotkania, nawet w ostatniej chwili. To ostatecznie zadecydowało, że się nie sprzeciwiłem.
Nadszedł dzień 2 września 1995 roku. Po obiedzie nasza dziesiątka (osoby zapisane na spotkanie u ojca Benignusa) spotkała się przed wejściem do Ośrodka i Henio poprowadził nas do celi Ojca. Śmiesznie to wyglądało; tak jakby strażnik w obozie prowadził nas na roboty.
Ojciec Benignus czekał na nas. Zgromadziliśmy się w dużej sali. Usiadłem z boku i modliłem się, miałem przy sobie książeczkę do modlenia. Wśród naszej dziesiątki byli tacy, którzy nerwowość usiłowali pokryć głośną rozmową, w której czuło się butę a nawet ignorancję... Myślę, że była to jakaś poza mająca zagłuszyć sumienie. Przeszkadzało mi to trochę, ale nie odzywałem się. Potraktowałem to jako próbę dla siebie. Do spotkania z Ojcem zgłosiłem się jako ostatni. Moi koledzy wychodzili stamtąd już jako inni ludzie. To nie tylko się odczuwało, ale widać było po ich zmienionym zachowaniu. Buta i zawziętość gdzieś znikła. Stali się spokojniejsi i łagodniejsi. Nawet wygląd twarzy się im bardzo zmienił.
Ogarnia mnie spokój
Nadeszła kolej na mnie. Wyciszony wchodzę na rozmowę z kapłanem. W drzwiach rzuca mi się w oczy skromny pokoik, schludnie urządzony. Na ścianach wiszą: krzyż i jakieś obrazy. Kanapa przykryta kapą, na niej siedzi starzec z długą, wydaje mi się, że przeraźliwie długą brodą koloru białego, a nawet sinobiałego. Patrzą na mnie oczy, przyjazne oczy, w których czuję jakieś ciepło, trudne do opisania. Czuję wyraźnie ich moc. Starzec ma na sobie strój zakonny. Na szyi stuła, znak kapłańskiej władzy rozgrzeszenia w imię Jezusa Chrystusa.
Zakonnik daje mi znak przyzwolenia, abym usiadł na krześle znajdującym się nieopodal niego. Wyjaśniam, że przybywam tu na rozmowę i pragnę wzmocnić się duchowo. Ogarnia mnie spokój, jakiego nigdy jeszcze nie zaznałem. Uno-szę się na fali tego spokoju i zaczynam mówić. Na początek miałem przygotowane jakieś dwa, trzy zdania, które były przemyślane wcześniej. Kiedy otwieram usta, by mówić, następuje coś dla mnie niezrozumiałego. Przygotowane zdania znikają, serce otwiera się i mówię coś innego niż zaplanowałem. Trochę chaotycznie opowiadam o moim życiu i problemach, z którymi się borykam i które mnie przerosły. Początkowo rozglądam się po pomieszczeniu, w którym siedzimy, wyraźnie unikając wzroku kapłana.
Klękam
Zauważam okno, malutki stoliczek z jeszcze jednym maleńkim krzesłem. Widzę czyste ściany i piękną podłogę z desek. Taką zwyczajną podłogę, która wydaje mi się być podłogą pałacową, przeraźliwie błyszczącą i czystą. Szukam wzrokiem jakiegoś śladu brudu czy kurzu. Nie znajduję. W końcu spoglądam na ojca Benignusa i spotykam się z jego wzrokiem. Patrzył na mnie, można powiedzieć przeszywał mnie wzrokiem. Z pewnością zauważył moje zmieszanie i chęć wycofania się ze spotkania lub też szybkiego zakończenia rozmowy, ale ten jego wzrok zdecydował, że znów zacząłem mówić, a właściwie opowiadać szczegółowo o tkwiących we mnie problemach. W opowiadaniu zmywałem brud złych uczynków, które zatruwały moje codzienne życie.
Ojciec Benignus mi nie przerywa, a ja mam coraz więcej do powiedzenia; "wypluwam" całe moje wnętrze. Wreszcie kończę. Zapada milczenie.
Ojciec zaczyna pytać o pewne szczegóły. Jeszcze raz powraca do moich sformułowań i pyta o coś, co już mówiłem. Odnoszę wrażenie, że mnie nie słuchał dość uważnie. Nawet myślę w pewnej chwili, że nie docierało do niego, to co mówiłem. Ale efekt końcowy jest znakomity, bo poprzez to powtórne wyznanie okazuje się, że coraz łatwiej jest mi mówić o trudnych sprawach, ale niektóre pytania są tak wnikliwe, że trudno mi na nie odpowiedzieć; są sformułowane tak, że można na nie odpowiedzieć tylko prawdę.
Nie przyszedłem tu po to, aby kłamać. Czuję się bardzo dobrze. Kapłan nakazuje mi klęknąć. Jest to dla mnie wielka niespodzianka. Wyraźnie mówiłem, że przyszedłem na rozmowę, ale kapłan każe, więc jestem posłuszny. Klękam. Pochylam głowę i widzę tylko ręce. Ręce kapłana: delikatne, czyste, białe. Po prostu dobre, kochane ręce - myślę sobie. Kapłan zaczyna na głos się modlić. Modli się długo, a następnie udziela mi błogosławieństwa. Nie wiem jak to się dzieje, że głowa opada mi coraz niżej. Przypadam do tych rąk i całuję je...
Marek AA
Fragment "Pamiętnika alkoholika" nadesłanego do Ośrodka Apostolstwa Trzeźwości w Zakroczymiu.
Copyright by OAT 2001
Dar Wolności
bp Stanisław Wielgus
Bóg dał nam przed dziesięcioma laty wolność. Bez krwawych ofiar, bez wielkiej męki, jak to bywało nieraz w naszej historii. Ale uszanujmy tę wolność. Ale zróbmy z niej dobry użytek. Przestańmy jej nadużywać. Opanujmy swój egoizm i swoją chciwość. Zauważmy wokół nas ludzi potrzebujących, bezrobotnych, chorych, słabych, którym winni jesteśmy pomoc, jeśli nam się wiedzie dobrze. Przestańmy się kłócić i nienawidzić. Przestańmy się wreszcie opluwać i obwiniać o wszelkie możliwe zbrodnie. Poczujmy się Jedną wielką rodziną. Bez względu na to, co nas różni, możemy się zjednoczyć. I musimy się zjednoczyć w działaniu dla wspólnego dobra, bo znowu stracimy bezcenny dar wolności i suwerenności. Bo znowu spotka nas taki los, jaki spotkał zanarchizowaną i bezbronną I Rzeczypospolitą pod koniec XVIII wieku.
Bóg dal każdemu z nas wielki dar wolności. Prawo wyboru między różnymi dobrami, a także między dobrem a złem. Wolność jest jednak bardzo trudna i nie każdy jest w stanie ten dar udźwignąć. Wolność pociąga bowiem za sobą wielką odpowiedzialność, najpierw za siebie samego, za własny rozwój, za własne życie, które niestety tak łatwo zmarnować przez słabość charakteru, przez nałogi i przez zwykłą głupotę. Pociąga następnie odpowiedzialność za bliźnich, zwłaszcza tych najbliższych, za ich życie i za ich rozwój w kierunku dobra. A w końcu wolność pociąga odpowiedzialność za kraj, za Ojczyznę, której winniśmy miłość i ofiarną uczciwą pracę, nie zaś oszustwa, próżniactwo i rozwydrzenie, które widzimy na każdym kroku.
Daru wolności możemy użyć do dobrego, ale niestety także do złego. To nie wina Opatrzności, to nie wina Matki Najświętszej, że w tylu polskich rodzinach panuje nieszczęście.
To bardzo często nasza wina. Wina naszego egoizmu i naszych grzechów.
To wina ojców potworów, którzy przez dziesiątki lat dręczą po pijanemu swoje żony i swoje dzieci.
To wina matek bezmyślnych, leniwych, egoistycznych i nastawionych tylko na jak najwięcej rozrywki i przyjemności, a nie umiejących i nie chcących stworzyć prawdziwego ogniska domowego.
To wina młodzieży, która uwiedziona rozpowszechnianą przez wszystkie niemal środki przekazu propagandą konsumpcjonizmu, szuka szczęścia, w nie mającej hamulców rozpuście, alkoholu, narkotykach i w deptaniu wszelkich norm społecznych.
To wina tych, którzy zdradzają Chrystusa, którzy odchodzą od przykazań Bożych, którzy postawili znak równania miedzy prawdą i kłamstwem, oraz między dobrem i złem; którzy, sami idąc na zatracenie, ciągną za sobą innych, namawiając ich do zła i do buntu przeciw Bogu.
To wina tych wysłanników śmierci i szatana, którzy dysponując potężnymi mediami, wmawiają w ludzi, że Bóg już umarł, że Kościół jest już nikomu niepotrzebny, i że to my ludzie jesteśmy bogami sami dla siebie, że to my, a nie żaden Bóg, tworzymy moralność, i że to od nas, a nie od Boga zależy, co jest dobre, a co złe; co jest prawdziwe. a co fałszywe.
To wina tych wszystkich, którzy okłamują ludzi, wmawiając im, że cały i jedyny ich świat, to świat doczesny, że nie obowiązują ich żadne nakazy i zakazy moralne, że przed nikim nie będą odpowiadać za swoje grzechy.
To wina tych, którzy głoszą, że świat jest po to, aby zaspakajał wszystkie ludzkie zachcianki, że tak naprawdę to jest on tylko dla młodych, pięknych, silnych i pozbawionych wszelkich skrupułów ludzi.
To wina tych, którzy z niezliczonych kolorowych ekranów i gazet wmawiają w nas, że raj można osiągnąć na tym świecie, jeśli pójdzie się bez żadnych hamulców za głosem swoich instynktów i że to oni posiadają receptę na pozbycie się cierpienia, choroby, kalectwa, starości, brzydoty, a nawet śmierci.
W ten sposób niezliczeni krzewiciele cywilizacji śmierci, kłamiąc i oszukując, przeważnie z chciwości, bo zło się łatwo sprzedaje, kształtują dziś światopoglądy młodych zwłaszcza ludzi. Ludzi, którzy w zderzeniu z realną rzeczywistością, twardą, surową i wymagającą ciężkiej pracy nad swoim charakterem, o czym mówi Kościół, nikogo mnie oszukujący. nie umieją znieść ani cierpienia, ani samotności ani jakiejkolwiek ofiary, dlatego uciekają od rzeczywistego świata w świat alkoholu i narkotyków, i dają się tak łatwo zwieść kłamliwym nierzadko zbrodniczym sektom, obiecującym raj na ziemi, a w rzeczywistości zniewalającym i niszczącym ludzi.
To wszelkie, jawiące się w różny sposób zło. z którym styka się każdy z nas, ma swoje ostateczne źródło w odejściu człowieka od Chrystusa. Ma swoje źródło w uleganiu podszeptom szatana, podszeptom tej potężnej kosmicznej siły zła. którą świat lekceważy i wyśmiewa, a która cieszy się z tęgo, ponieważ może łatwo, wprost na naszych oczach prowadzić na zatracenie miliony ludzi, którzy, tak jak Pierwsi Rodzice w raju, uwierzyli szatanowi, że wymawiając posłuszeństwo Bogu. staną Mu się równi i że nie będą musieli słuchać Jego przykazań. I dlatego Kościół wzywa nas ciągle słowami Pisma świętego i słowami Ojca świętego Jana Pawła II-go do świętości. Woła słowami Księgi Kapłańskiej; "Świętymi bądźcie!" Zapytuje z troską słowami świętego Pawła:
Czyż nie pamiętacie o tym, że jesteście świątynią Boga i że Duch Boży w was mieszka?" Czyż mnie pamiętacie o tym. że Bóg przeznaczył was do chwały niebieskiej, a nie do piekła, do którego zdążacie postępując podle i grzesznie?
W czasie tak rzucającego się w oczy rozchwiania moralnego, wybuchów zła i nienawiści, zbrodni i napadów wracajmy do Chrystusa i innych do Niego prowadźmy. Okażmy, że stać nas na dobro, na uczciwe spełnianie naszych życiowych i zawodowych obowiązków, na życie zgodne z przykazaniami. Że wreszcie stać nas na wypełnienie tego najważniejszego z przykazań, a mianowicie przykazania miłości Boga i bliźniego.
Tych dwóch miłości niepodobna rozdzielić od siebie. Nie można kochać Boga nie kochając bliźniego. "Po tym poznają, że Jesteście uczniami moimi - mówi Chrystus - jeśli miłość jedni ku drugim mieć będziecie" (...).
We współczesnym świecie, w którym zło jawi się tak wyraźnie i przerażająco, jest także dużo dobra. Z pewnością dobra jest więcej niż zła. Gdyby było odwrotnie, to nasz świat przestałby już dawno istnieć. Dobro jest jednak ciche i nie rzuca się w oczy. Ono nie jest spektakularne. Dlatego mało się o nim mówi. Tymczasem ono jest. Widać je w momentach klęsk żywiołowych, na wieść o których, miliony ludzi spontanicznie udzielają pomocy nieznanym sobie, mieszkającym często w odległych krajach, osobom. Widzieliśmy to w czasie różnych klęsk powodzi, trzęsień ziemi, toczących się wojen itd. To dobro widać wyraźnie, gdy ludzie udzielają wszechstronnej pomocy, odejmując nieraz samym sobie i swoim dzieciom od ust kawałek chleba, by pomóc komuś, kto znalazł się w sytuacji tragicznej, kto uległ wypadkowi, kto potrzebuje pieniędzy na drogą operację ratującą życie, kto znalazł się z dziećmi na ulicy, ponieważ wyrzucono go z mieszkania. Ci ludzie swoim życiem i swoimi czynami wypełniają Chrystusowe przykazanie miłości i przeciwstawiają się złu.
Przeciwstawienie się złu i jego demonom nie jest łatwe. Wymaga od człowieka wielkiej wewnętrznej siły i pomocy Zbawiciela(...).Z Pisma świętego wiemy. że dokonywanemu przez Jezusa Chrystusa wypędzaniu demonów towarzyszyły zawsze dramatyczne zjawiska - dzikie wrzaski, drgawki, zgrzytanie zębami i najgorsze wyzwiska. Demony bowiem nie ustępują łatwo, jeśli kogoś opętały. Tylko Jezus może je pokonać. Tam, gdzie jest Jezus Chrystus, źródło miłości. świętości i dobra, tam nie ma miejsca dla demonów. Z wrzaskiem i nienawiścią, ale muszą ustąpić. Wszędzie tam. gdzie doświadczany złem, człowiek wzywa Bożej pomocy, gdzie żałuje za grzechy, gdzie spowiada się i modli, tam wszelkie demony, mimo dzikich wrzasków i oporu, muszą ustąpić.
Wyrywanie się ze starych kolein grzechów, nałogów i złych przyzwyczajeń, jest zawsze bardzo trudne. Nie można tego dokonać bez Bożej pomocy, bez wstawiennictwa Najświętszej Maryi Panny, która, jak obrazowo mówi Pismo święte, zdeptała łeb diabła; która przezwyciężyła zło; która przyniosła przed dwoma tysiącami lat światu Zbawiciela.
W obchodzone dziś przez nas, w tym wielkim sanktuarium. Święto Niepokalanego Poczęcia Matki Bożej, Matki Miłości, Wspomożycielki wiernych. Opiekunki ubogich, opuszczonych, zagubionych i potrzebujących pomocy w trudach życia, módlmy się o Jej opiekę nad tymi. którzy tej opieki szczególnie potrzebują, którzy walczą ze złem i z opętaniem narzuconym przez nałogi i grzechy. Módlmy się o siłę dla nich, aby to zło pokonali. Polecajmy ich Niepokalanemu Sercu Maryi tak, jak polecamy Jej siebie samych - nasze rodziny i naszych bliskich, prosząc gorąco, aby wyprosiła nam łaskę miłości i świętości. Amen.
Bp Stanisław Wielgus
Fragment kazania biskupa Stanisława Wielgusa, wygłoszonego podczas Uroczystości Niepokalanego Poczęcie NMP. w Przasnyszu. 8 grudnia 2000 r.. i jednocześnie stacji jubileuszowej Liderów Apostolstwa Trzeźwości, Ruchów l Stowarzyszeń Trzeźwościowych oraz Grup Samopomocowych
Copyright by OAT 2001
|
|