strona główna

dwumiesięcznik
numer 1/2002
numer 2/2002
numer 3/2002
numer 4/2002
numer 5/2002
numer 6/2002

okładkaNumer 1/2002
SPIS TREŚCI

Wstęp, Krzysztof Kościelecki OFMCap

* Problemy alkoholowe i abstynencja*

Już nie lękam się, Anna Rak
Wiersze Adama Asnyka
Potęga wiary, Tadeusz Pulcyn
Dziecko otoczone miłością nigdy nie będzie agresywne, Anna Rak
W życiu nie ma przypadków, Tadeusz Pulcyn
Jedno spojrzenie, Tadeusz Pulcyn
Terminarz Ośrodka Apostolstwa Trzeźwości

* Apostoł Trzeźwości*

Wstęp, ks. Zbigniew Kaniecki
Katalog prac naukowych dotyczących choroby alkoholowej
Rozmowy Apostoła, Z bp.A. Dydyczem rozmawia Dorota Narewska
Pro memoria
Spostrzeżenia, Krzysztof Kościelecki OFMCap
Porozmawiajmy... O tolerancji, Jan Karczewski OFMCap
Czytelnicy piszą, Piotr
Refleksje homiletyczne, Tadeusz Pulcyn

* Wspólnota Kościoła*

Posłuszeństwo, Edward Garstka
Opowiadania Czytelników, Połowa, Jan Kruk
Biblia dla dzieci, Edward Garstka
Pedagogika pragnień, ks. Marek Dziewiecki
Z prasy
Warunki prenumeraty "Trzeźwymi bądźcie" w 2002 roku


ŚWIADECTWA

Potęga wiary

Tadeusz Pulcyn

     Sławek zaczął pić w wieku ośmiu lat. W wieku dziesięciu lat opróżnił z kolegą butelkę wina. Potężnie upił się, gdy chodził do siódmej klasy szkoły podstawowej. Pierwszą butelkę jarzębiaku kupił za encyklopedię z domowej biblioteki. Wódkę wypił sam: przepłacił to zatruciem organizmu. Potem nie było dnia, żeby nie wypił przynajmniej piwa. Rodzice Sławka nie zajmowali się zbytnio dziećmi, prowadzili życie towarzyskie. Sławkiem opiekowała się babcia, która nie była w stanie kontrolować poczynań wnuka, zwłaszcza że szybko stał się dorosły i powodów do picia -jak mówi - miał coraz więcej.

Zacząłem się bać siebie.

     Regularne picie zaczęło się, gdy miałem 15-16 lat - zwierza się Sławek. W 1972 roku - gdy zacząłem pracować - już byłem osobą uzależnioną. Skończyłem zawodówkę a potem wieczorowe technikum. Wtedy poznałem swoją obecną żonę. Ona pierwsza powiedziała mi: Sławek pijesz za dużo. A mnie wydawało się. że tak jak wszyscy.
     W 1975 roku wzięliśmy ślub. Już wtedy wiedziałem, że nie mogę na własnym weselu wypić nawet kieliszka wódki, bo byłem pewien, że jak to zrobię, to nie zapanuję nad sytuacją. W 1976 roku urodził nam się syn. Ale nie był on wtedy u mnie na pierwszym miejscu. Gdy żona rodziła, ja piłem, nawet nie miał kto Jej odebrać ze szpitala. Pojechałem tam, ale podcięty... Nie potrafiłem tego ważnego wydarzenia w naszym życiu uczcić w inny sposób jak tylko alkoholem. Żona nie mogła na mnie liczyć. Byłem nieodpowiedzialnym człowiekiem. Bardzo ważny moment przeżyłem, gdy po trzech miesiącach po urodzeniu dziecka, żona musiała pójść do pracy. Oddawaliśmy syna do żłobka. Miałem któregoś dnia go stamtąd odebrać. Pamiętałem ojej poleceniu, ale ważniejsze było picie alkoholu. Nie odebrałem dziecka. Musiała je odebrać sama, po zwolnieniu się z pracy. Odtąd wiedziała, że nigdy nie może na mnie polegać. Nie robiłem nawet zakupów, bo jak wyszedłem z domu, to przepiłem pieniądze. Każdy powód był dobry, żeby pić. Czas płynął, skutki mojego pijaństwa byty coraz bardziej widoczne... W 1981 roku urodziła się córka. A ja wciąż nie spełniałem wymogów głowy rodziny. Byłem dla niej ciężarem, wstydem, udręką. Syn pobił dzieci na podwórku, bo któreś z nich powiedziało, że jego ojciec idzie pijany.
     W końcu lat osiemdziesiątych miałem silny zespół abstynencyjny - delirium tremens. Znalazłem się w szpitalu psychiatrycznym. Otrzymałem skierowanie do poradni odwykowej. Tam dowiedziałem się, że jestem alkoholikiem. Stamtąd poszedłem się upić. Zacząłem pić od tej pory w samotności. Nie szukałem towarzystwa do kieliszka. Kupowałem kilkanaście butelek spirytusu i piłem, nie wychodząc z domu dwa tygodnie. Zacząłem przeżywać omamy wzrokowe i słuchowe. Robiłem pobudki w nocy całej rodzinie. Słyszałem głosy, widziałem wiszące pająki, których panicznie się bałem. Nikt nie widział tego, co ja widziałem i nie słyszał tego. co ja słyszałem. Więc przestałem mówić komukolwiek o moich przeżyciach. Uznałem, że jestem wariatem. Zamknąłem się w swoim świecie z butelką... Coraz bardziej odchodziłem od rodziny, choć żona nieustannie mówiła, że mnie kocha. Nie docierało do mnie jej zabieganie, praca dla naszego wspólnego dobra. Uważałem, że nikt mnie nie kocha. Piłem, żeby się zapić na śmierć. Myślałem o samobójstwie. Zacząłem się bać siebie. Przestałem prowadzić samochód, bo bałem się, że mogę spowodować wypadek.

Postanowienie

     Sławek był zamożny i mógł sobie pozwolić na ciągły zakup trunków. - Niestety "przepiłem" dzieciństwo i dorastanie moich dzieci - stwier-dza ze smutkiem - i najbardziej tego żałuję.      Jednym z czynników, który spowodował, że osiągnąłem dno, było zdarzenie w liceum wojskowym, gdzie uczył się mój syn. Poszedłem kompletnie pijany na rozpoczęcie roku w jego szkole. Nauczyciele, generał, pułkownicy i syn w pierwszym szeregu patrzyli na mnie, a ja tak byłem nieprzytomny, że padłem. Po apelu syn podszedł do mnie, żeby mnie obudzić. Ocknąłem się. On poszedł po żonę, a ja wstałem i poszedłem pić dalej...
     W ostatnim okresie mojego picia już kompletnie nie dawałem sobie rady. Wpadłem w ciąg i nie mogłem wyhamować. Miałem wówczas pewność, że zwariowałem całkowicie. Wtedy już prosiłem Boga, żeby mi pomógł, a Bóg - jak mi się zdawało - nie pomagał. Pewnej nocy wyrzekłem się Go. Wyzwałem Go. Zacząłem głosić, że jestem osobą niewierzącą.
     A żona bez przerwy mówiła mi. że mnie kocha. Stale prosiła, żebym zaprzestał picia. To mi nie dawało spokoju. Jak ona może mnie jeszcze kochać takiego, jakim jestem. Nawet moja matka często powtarzała żonie: "nie męcz się z nim, zostaw go, ułóż sobie życie". Ona jednak nie dopuszczała do siebie tej myśli. Jak tylko dowiedziała się, że jest Jakiś ślub w kościele, zabierała dzieci i szła, aby wysłuchać przyrzeczeń małżeńskich. Myślała: ja też przysięgałam, że go nie opuszczę aż do śmierci. Wracała pokrzepiona, silniejsza...

Chore myślenie

     Najdłuższy mój ciąg - mówi dalej Sławek trwał od 12 grudnia do 2 stycznia. Przez 21 dni przepiłem urodziny matki. Święta Bożego Narodzenia, Sylwestra. Siedziałem przed telewizorem otępiały, bez siły. 2 stycznia żona zachęcała mnie do pójścia na mityng. - Nie mam siły - mamrotałem. Ona na to: Mam piwo. Dała mi dwa piwa, które wypiłem. - Pójdziemy więc - postanowiłem. Jak szliśmy, kombinowałem Jeszcze jakby się urwać... Alę żona obiecała mi, że po powrocie dostanę następne dwa piwa, więc szedłem... Dotarliśmy. I podczas mityngu stała się rzecz zadziwiająca. Nie wierzyłem Bogu i sam sobie, a tam uwierzyłem drugiemu alkoholikowi. Pokazał mi swoją bezsilność wobec alkoholu i sposób w jaki się od niego wyzwolił.
     Gdy wracaliśmy z tego spotkania w styczniowy wieczór 1992 roku, spadł pierwszy śnieg. Było jasno, jakoś inaczej niż w czasie drogi na mityng. Uznałem to za znak nadziei... Przyszliśmy do domu, żona wyjęła obiecane piwa. Już były mi niepotrzebne. Postanowiłem nie brać alkoholu do ust.
     Zaczął się okres euforii wspólnotą i czas abstynencji. Chodziłem pięć razy w tygodniu na mityngi. Nadal przedstawiałem się jako osoba niewierząca. Gdy koledzy zapalili świece, wzięliśmy się za ręce i oni wypowiedzieli słowo "Bóg". to ja przerwałem modlitwę. - To nie dla mnie - powiedziałem. Ktoś krzyknął: "pogadamy w przerwie!". Pomimo strachu przed Bogiem moja pycha nie pozwalała mi na wypowiedzenie słów: "Boże, użycz mi..." Dziś wydaje mi się to bzdurne. bezsensowne, ale w tamtym okresie tak chore było moje myślenie...

Pielgrzymka na Jasną Górę

     Przełomem w pierwszym okresie trzeźwienia Sławka była pielgrzymka do Częstochowy. Mówił sobie: Chociaż jestem osobą niewierzącą, spróbuję pozałatwiać swoje sprawy na Jasnej Górze. Parę dni przed wyjazdem zaczął robić rachunek sumienia. - Chciałem się wyspowiadać - wyznaje - z wszystkich grzechów z całego dotychczasowego życia, mimo że gadałem bzdury, że jestem niewierzący, że chcę tylko zobaczyć, jak tam funkcjonują alkoholicy.
     Przedtem byłem jeszcze na krótkim mityngu w Rywałdzie Królewskim u ojców kapucynów. To było po okresie mojej miesięcznej abstynencji. Tam pierwszy raz usłyszałem o Ośrodku Apostolstwa Trzeźwości w Zakroczymiu. mówił o tym Lechu z Elbląga (z trzyletnim stażem nie-picia). Ale wtedy nie myślałem jeszcze o wyjeździe do Zakroczymia.
     W marcu wyjechałem na ową pielgrzymkę na Jasną Górę. Rysiu paulin otwierał spotkanie, mówił, że jest alkoholikiem. Upatrzyłem go sobie na spowiednika. Myślałem: On mnie zrozumie we wszystkim. Złapałem go w zakrystii. Prosiłem o spowiedź. - Jest to niemożliwe odparł, ale właśnie wszedł starszy ojciec paulin i Rysiu poprosił go, żeby mnie wyspowiadał. Zgodził się. Byłem bez wyjścia. Poszedłem do konfesjonału. Mimo że tak długo przygotowywałem się do spowiedzi, miałem w głowie całkowitą pustkę. Powiedziałem dwa grzechy... - Ojcze - prosiłem - niech ojciec mi pomoże. Wypytywał mnie o najmniejsze szczególiki. Dał rozgrzeszenie. Wróciłem szczęśliwy. Alę nie przyjechałem do domu całkiem spokojny. Powodem był ten dzień, w którym wyrzekłem się Boga. Niepokój trwał parę lat, mimo że spowiadałem się często.

Spowiedź u ojca Benignusa

     Kolejną spowiedzią, która miała decydujące znaczenie w moim życiu - stwierdza Sławek -była spowiedź u ojca Benignusa Sosnowskiego. To była spowiedź świętokradzka. Wtedy wiedziałem, że ojciec jest cudownym kapucynem i czuł, że wszystkiego mu nie powiedziałem. Spytał mnie o coś. Skłamałem. A jego oczy przeszywały moją duszę. Wyszedłem od niego i zawisły nade mną czarne chmury... Czułem się podle. Zastanawiałem się, czy nie wrócić i nie sprostować moich kłamliwych zwierzeń, ale pycha wzięła górę. Urządziłem sobie piekło... Nie mogłem spać, wszystkich się czepiałem, byłem nerwowy. Postanowiłem wreszcie, żeby powiedzieć o swo-im grzechu ojcu. Przyjechałem ponownie do Zakroczymia, ale i tym razem stchórzyłem. A następnym razem emocje moje sięgały zenitu. Po mityngu pobiegłem do zakroczymskiego klasztoru. Dopadłem do drzwi ojca i prosiłem o spowiedź. Zaprosił mnie do celi. Wykrzyczałem pierwsze słowa: Ojcze, okłamałem ojca podczas ostatniej spowiedzi. Bałem się reprymendy. A ojciec na to ze spokojem: Ta choroba ma to do siebie, że się kłamie. Objął mnie. uściskał, ucałował w czoło. Wyszedłem i niebo rozjaśniło się. Stałem się innym człowiekiem w tym momencie. Od tej pory ojciec był moim spowiednikiem. Do jego śmierci spowiadałem się u niego 23 razy.
    Często dzielę się tym doświadczeniem, żeby ostrzec innych, aby nie działali przeciwko sobie. Teraz staram się robić wszystko zgodnie z własnym sumieniem. W Zakroczymiu byłem około 50 razy. Wiem, że kieruje mną Pan Bóg.

Świadectwo żony

     Gdy skończyłem z pijaństwem zauważyłem. że mój 16-letni syn zaczął picie i branie narkotyków. Pan Bóg tak pokierował, że mogłem już trzeźwo reagować na jego zachowanie. Na początku działałem instynktownie. I dużo się z żoną modliliśmy o jego życie. Dotarliśmy też do poradni dla narkomanów. Zaczął się leczyć. Powiedziałem mu: Zależy mi na twoim życiu. Ty mnie może nie będziesz kochał, ale ja ciebie kocham bardzo i zrobię wszystko, żebyś żył.
     Od tego momentu minęło blisko 10 lat i syn nie ma problemu... Założył dom, skończył studia. Jest szczęśliwym człowiekiem. Córkę ominęły problemy alkoholowe. Wyszła za mąż. Ma wspaniałą rodzinę.
     Żoną moja nadal mnie kocha... Pragnę podkreślić, że była przed ślubem osobą niewierzącą. Dopiero w czasie ślubu przyjęła sakramenty chrztu. Pierwszej Komunii i bierzmowania. I ona przez całe nasze trudne życie podtrzymywała w nas wiarę. Bardziej ufała Bogu niż ja. Dała tego świadectwo.

Notował: Tadeusz Pulcyn

do spisu treści


Copyright by OAT 2002

SPOSTRZEŻENIA

Przerwana abstynencja

Krzysztof Kościelecki OFMCap

     Często spotykam się z pytaniem: Dlaczego ludzie po kilkunastu latach niepicia ponownie zapijają? Pytanie to stawiane przez nie znających problemu alkoholowego nie budzi zdziwienia, ale często pada ono także w rozmowach osób, które wydawać by się mogło powinni posiadać jakąś wiedzę na ten temat. Te pytania świadczą o przeświadczeniu, że ktoś z wieloletnim stażem abstynenckim nie może ponownie wrócić do picia. Jest to irracjonalne przeświadczenie, bo nie oparte na racjonalnych przesłankach. Jedynym gwarantem jest kalendarzowy czas nie picia, mierzony w latach.
     Jest wiele powrotów ponownego sięgania po alkohol. Obserwując przyjeżdżających do Ośrodka Apostolstwa Trzeźwości i śledząc ich dalsze losy, chciałbym wskazać na niektóre przyczyny, które często się powtarzają. Jedną z nich - bardzo trudno uchwytną - jest pewność siebie, podbudowana liczbą przeżytych lat w trzeźwości: "Po tylu latach, już nic nie jest w stanie mnie złamać" - mówią trzeźwiejący alkoholicy. Daje o sobie znać pycha, fałszywe pojęcie własnej mocy. Jeżeli ktoś tak sądzi, to powinien wrócić do początku i zacząć od nowa pracę nad Dwunastoma Krokami, bo - jak widać - w dziedzinie pokory niewiele zrobił. O pokorze i pysze tak dużo się mówi na mityngach. I życie pokazuje, że tych rozmów nigdy nie jest za wiele, bo zawsze możemy znaleźć się w zupełnie nowej sytuacji, która nas przerośnie. Cnotę pokory należy więc permanentnie pielęgnować. Często nawet nie jesteśmy świadomi konsekwencji. Jakie może mieć owa nowa sytuacja w tym momencie, gdy powstaje. Oparcie się więc wyłącznie na latach abstynencji jest zawodne i nie przekłada się na radzenie sobie z trudnościami dnia codziennego.
     Z czasem przeżytym w abstynencji wiąże się niekiedy utrata motywacji do dalszego trwania w trzeźwości. Po kilkunastu latach wytrwałej pracy można osiągnąć wiele dóbr materialnych, poukładać życie osobiste. To co kilkanaście lat temu było marzeniem, spełniło się. Więc rodzi się pytanie: Czy trzeźwość była mi potrzebna i czy jest sens w niej trwać? Inni stawiają bardzo krótkie pytanie: Co dalej? Następuje więc swoistego rodzaju "wypalenie". U wielu taki stan można zauważyć na zewnątrz. Objawia się on m.in. niechęcią do działania. Inni natomiast przybierają maski - na zewnątrz są pogodni, ale wewnątrz pełni goryczy i czarnych myśli. Nawet mityngi, które w przeszłości byty spotkaniami dającymi siłę, pomagającą spojrzeć na problemy od pozytywnej strony, stają się okazją do zamanifestowania abstynenckiego stażu i poczucia, że inni z zazdrością na mnie patrzą. Niestety. wielu młodszych kolegów nieświadomie taką postawę starszych abstynentów umacnia, np. odwołując się do ich autorytetu w rozwiązywaniu swoich spraw. Uważają, że skoro stanowią autorytet na drodze trzeźwości, to nie powinni mieć żadnych kłopotów.
     Takie przekonanie jest też wynikiem pewnego nastawienia otoczenia, w jakim alkoholik żyje. W to wierzy również sam trzeźwiejący. Tymczasem ukrywa on swoje problemy, bo ciągle musi być na "topie" - dla innych. Jego problem nie istnieje tylko na zewnątrz. A przecież postawa bycia na zewnątrz, a zamknięcie na samego siebie przypomina sytuację sprzed wielu lat, kiedy pił. Wówczas także był sam, nie mówił o tym, co siedzi w nim gdzieś w środku, bo nie umiał o tym mówić i wstydził się swoich problemów. Dziś umie mówić, ale nie chce: wstydzi się tego, że sobie nie radzi w życiu, chociaż innym doradza...
     Alkoholicy - to w wielu wypadkach perfekcjoniści. Ich perfekcjonizm uwidacznia się nie tylko w pracy zawodowej, ale także w wyborze zasad i norm. W pracy nad sobą alkoholicy uczą się uczciwości wobec siebie, otwartości na innych. odrzucania tego, co jest złe i co może powodować wewnętrzne konflikty. Niestety, realia życia są często bezwzględne. Pogoń za sukcesem powoduje, że inni stają się przeciwnikami, zdarza się korupcja i brak poszanowania dla ogólnie przyjętych norm. Co wówczas się dzieje? Trzeźwiejący alkoholik wycofuje się, idzie na kompromis lub swoje postawy, niezgodne z wpajanymi przekonaniami, usprawiedliwia. Pójście na układy często kończy się zapiciem.
     Podsunąłem Czytelnikom kilka powodów, przez które po wielu latach trzeźwienia dochodzi do "wpadki". Przyczyn "wypadek" należałoby może wymienić Jeszcze kilka. Nawet te wyżej wymienione nie występują tak klarownie. Zawsze jest to splot różnych czynników. Warto jednak o tych kilku podstawowych pamiętać.

Br. Krzysztof Kościelecki OFMCap

do spisu treści


Copyright by OAT 2002