strona główna

dwumiesięcznik
numer 1/2003
numer 2/2003
numer 3/2003
numer 4/2003
numer 5/2003
numer 6/2003

okładkaNumer 4/2003
SPIS TREŚCI

Wstęp, Krzysztof Kościelecki OFMCap

* Problemy alkoholowe i abstynencja*

Jacky Van Thuyne - dożywocie z Bogiem, Luc Adrian
Nieszczęsne pomysły na osiagnięcie szczęścia, ks. Marek Dziewiecki
Spostrzeżenia. Zakroczym w Carlsbergu, Krzysztof Kościelecki OFMCap
Kochajcie Boga, św. Faustyna
Porozmawiajmy... O miłości, Jan Karczewski OFMCap
Inicjatywy. Zapobieganie lepsze niż leczenie, Anna Rak
Czytelnicy piszą. Z kapucynami ku trzeźwości, Ruch Trzeźwości w Tczewie
Świadectwa. Żyjemy nadzieją, Tadeusz Pulcyn
Terminarz Ośrodka Apostolstwa Trzeźwości

* Apostoł Trzeźwości*

Wstęp, ks. Zbigniew Kaniecki
Fakty. Ucieczka przed założeniem rodziny, Róża Kwiatkowska
List otwarty do Prezydenta RP
Refleksje psychologicze. Budowanie harmonii, Ewa Krupniewska
Refleksje homiletyczne. Bóg i my, Tadeusz Pulcyn

* Wspólnota Kościola*

Świnice Wareckie, Tadeusz Pulcyn
Łagiewniki, Tadeusz Pulcyn
Tożsamość chrześcijańska, Edward Garstka
Biblia dla dzieci, Edward Garstka
Listy Apostolskie. Rosarium Virginis Mariae


PROBLEMY ALKOHOLOWE I ABSTYNENCJA

JACKY VAN THUYNE
dożywocie z Bogiem

Luc Adrian

Koniec z wielkimi BMW,
apartamentem przy Promenadę des Anglais,
łatwymi dziewczynami, winem lejącym się strumieniami,
luksusowymi zegarkami, sklepami z ciuchami,
które obrabia się bladym świtem,
bo akurat po nocnej balandze pomiął się garnitur.
Koniec z reputacją wielkiego pana.

     Jacky'emu Van Thuyne z życia przestępczego pozostała jedynie bezwarunkowa wolność dziecka Bożego i... od czasu do czasu cygaro... Ten wielki jak byk mężczyzna, o krótkiej brodzie i szyi rzeźnika, wielkimi susami przemierza rozległe pola nieopodal swej niedużej fermy. Północny wiatr unosi dym z jego cygara oraz serie słów, wypuszczanych z lekkim seplenieniem; to ono zmuszało go do dokładnego powtarzania przed napadami swych gróźb, aby nikt go nie rozpoznał.
     Minęło 15 lat od wyjścia z więzienia, a Jacky wciąż ma - niczym lew w klatce - potrzebę przestrzeni. Nabył właśnie dom na wsi nad rzeką Aisne - to zupełny szczyt dla gracza, który nauczył się od swego rozrzutnego ojca, że forsę się wydaje albo rozdaje i że tylko nędznicy ją gromadzą.
     Przedtem w jego życiu była tylko nienawiść - przed ową pamiętną nocą w więzieniu La Sante w Paryżu, we wrześniowy piątek 1981 roku. Łagodną nocą, jakiej nigdy dotąd on, nieznośne dziecko zniewolonej matki i niedostępnego ojca, nie przeżył. "Cud", któremu wciąż nie może się nadziwić: "Dlaczego spotkało to właśnie mnie? Jestem przecież tylko jednym z odkupionych...".
     Idzie naprzód, wyciąga cygaro i... wspomina. Oczywiście ojca, właściciela baru w Roubaix, krzykacza, o ogromnym, ale źle umiejscowionym sercu, któremu Jacky zawdzięcza 29 blizn, złamany nos, potworny lęk, próbę samobójstwa w wieku 14 lat i robienie najgorszych głupstw, aby tylko przyciągnąć jego uwagę. Na próżno. Ojciec wiesza się w garderobie, a Jacky sam go odcina... Ma 27 lat i... nic do stracenia. 1970 rok - to czarny rok w jego życiu: firma tonie w długach, a on pożycza samochód przyjacielowi, który dokonuje napadu z bronią w ręku na posterunek żandarmerii w Belgii. Życie staje się trudne. Celnicy na karku, tajniacy po bokach, komornicy przeszukujący nawet listwy przy ścianach, oskarżenia o rozboje. "Postanowiłem w to wejść". I Jacky wszedł w to na dobre. Napady jeden za drugim: furgonetki pocztowe, banki - we Francji, w Belgii i w Holandii. Nazywają go "don Kichot", ale to raczej Robinhood: walczy z gównianym społeczeństwem, hojnie rozdaje swoje łupy, nie tykając starców, kobiet ani dzieci.
     Któregoś dnia czeka, aż matka z córką wyjdą z banku, który zamierzał ograbić. Zjawiają się tajniacy. Dochodzi do pierwszego aresztowania.
     "Straszliwie się zaklinowałem - z impulsywnego stałem się złośliwy, a później niebezpieczny." Więzienie niczego nie załatwiło. Jacky wychodzi i odnajduje Sabinę, swoją miłość, ale wściekłość, a także presja ze strony kumpli pchają go dalej. No i mocna pokusa - miliard w Amsterdamie. Planowany napad. Po raz ostatni. Tak sobie obiecał. Rewanż za lata stracone za kratkami.
     Wyprawa kończy się blokadą na drodze, krwawym wzięciem zakładników, ucieczką, kryjówkami i ostatecznym aresztowaniem w Paryżu. A buntownik dostaje dożywocie. Takich jak Van Thuyne można tylko zamknąć... Cela 201 w więzieniu La Sante w Paryżu. "Zostałem zamurowany, żywcem pogrzebany, zostawiony, zdradzony. Zaznałem nienawiści i buntu w stanie czystym". Któregoś dnia Didier, jeden z czterech Jego kompanów w celi, wrócił ze spaceru, mówiąc: "Nie będziemy grali w Monopol, zajmiemy się spirytyzmem". Szklanki zaczęły wirować, duchy rozmawiać... Van Thuyne obserwował to wszystko z daleka aż do pewnego wieczora, kiedy nawiązał łączność ze swym ojcem. Doznał wstrząsu. Runął mur, otworzyły się przed nim zaświaty.
     "Po trzech tygodniach skończyłem ze spirytyzmem - opowiada. - A w któryś piątek spadł na mnie Pan Bóg. Nagle poczułem się zanurzony w niesamowitej łagodności, jakby ktoś otulił watą całe moje ciało. Rano byłem jak nieobecny. A po południu coś bardzo lekkiego, niczym muślin, rozdarło się od lewej strony do prawej na moim czole. Nagle odniosłem wrażenie, że staję się inteligentny, że rozumiem; w końcu znalazłem słowa, by nazwać to, co odczuwałem. To była sobota. W ciągu trzech dni doświadczyłem niebywałej pełni. Przeżywałem codzienne ograniczenia ze swego rodzaju radykalnym oderwaniem. Zacząłem odczuwać miłość do ścian celi. Miłość - rozumiesz? Narodziłem się na nowo".
    Ale we wtorek doszedł we mnie do głosu "stary człowiek": "A więc Bóg istnieje, ale mimo wszystko jest gówno: politycy idą na niedzielną Mszę świętą, a dzieciaki zdychają z głodu, poza tym jest gułag, no i są wojny!...".
     Jednak gniew buntownika nie zgasił błogosławieństwa drogi do Damaszku, na której objawił mu się Bóg bezmiernej łagodności. Świat wyznawanych do tej pory przez niego wartości zatrząsł się i runął. Tajemnicza alchemia nawrócenia... "Stopniowo zacząłem zgadzać się na to, że jestem dzieckiem Bożym. I że inni także są dziećmi Bożymi, co nie było dla mnie takie oczywiste...".
     Nawet kapusie, tchórze i nikczemnicy - wszyscy są dziećmi Bożymi. On, niepokonany, więzień pod szczególnym nadzorem, zaczął im służyć. Uśmiechał się, "kosztował przedziwnej radości tego, kto dzielił ośmieszenie Syna Człowieczego" - wspomina Philippe Maillard, kapelan więzienny w Loos, dokąd Jacky został przeniesiony w 1982 roku.
     Pozostał jednak sęk - włoska rodzina Platino. którą Jacky obdarzał zaufaniem i przyjaźnią przez 15 lat. Oni jednak go oszukali, ośmieszyli... Zemścić się, zemścić się... Obsesja... Pewnego dnia nie wytrzymuje. Rzuca się na kolana w swojej celi i krzyczy: "Chryste, wyrwij ze mnie nienawiść!". Nowy cud - Jacky zapomina o rodzinie Platino.
     "Kiedy człowiekowi beznogiemu wyrastają nogi, to cud. Zgoda. Kiedy jednak wilk staje się barankiem, to też cud - mówi Jacky, którego rejestr karny jest tak długi jak Księga Przysłów. - Jestem chodzącym cudem. Zostałem uzdrowiony ze wszystkich moich wewnętrznych zranień".
     Od wyjścia z pudła w 1986 roku daje świadectwa w szkołach, więzieniach, kościołach. Jego żarliwe życie ubarwiają poruszające anegdoty, jak na przykład zawarte w jednym z listów pytanie: "Jak można być łobuzem i chrześcijaninem?". Jacky dzwoni do nadawcy, zaprasza go na obiad. Człowiek ten proponuje mu potem kawę u siebie. Przyjmuje go, z całkowitym spokojem, jego żona. Wtedy Jacky rozpoznaje pana domu - to żandarm, któremu groził w czasie napadu w Belgii w 1977 roku.
     "Przebaczył mi. Po ośmiu miesiącach wraz z żoną zaprosił mnie do złożenia świadectwa w ich kościele parafialnym. Zgodziłem się. Gdy przyjechałem, przypomniałem sobie tamte miejsca: rynek w Dotigny i bank. który miałem okraść, kiedy to nagle pojawili się tajniacy, oraz kościół. Po mojej "mowie" proboszcz poprosił wiernych, by podeszli do mnie przywitać się. Byłem z Sabiną w pierwszym rzędzie. Większość zgromadzonych przeszła przed nami i uścisnęła nam dłonie. Mieliśmy łzy w oczach. O wiele łatwiej jest przyłożyć komuś w gębę aniżeli przebaczyć".
     Dzięki modlitwie przebaczenie okazuje się możliwe, a wściekłość staje się odwagą. Ten mistyk w gorącej wodzie kąpany wciąż się buntuje przeciw niesprawiedliwości społecznej i systemowi więziennemu, który człowieka z marginesu skazuje na unicestwienie. "Teraz jednak - mówi - przeżywam swój bunt z miłością, z Chrystusem".
     Od 10 lat Jacky kieruje pod Paryżem jednym z ośrodków dla byłych więźniów. Obecnie pracuje nad utworzeniem ośrodka pobytu dziennego dla bezdomnych, na wsi, nad rzeką Aisne. "Fermą, którą nam zaproponowano, leży 47 km stąd. Da się tam przyjąć jakieś 20 osób wychodzących z więzienia i zresocjalizować ich pod względem uczuciowym, edukacyjnym, duchowym... Przewidujemy też milczenie trzy razy na dzień. Aby Bóg mówił, trzeba zamknąć buzię!"
      "Tym, co podziwiam najbardziej na świecie, jest odwaga moralną - wyznaje ściszonym głosem. - Autentyczna odwaga kobiety...". Wskazuje na Sabinę, wysoką, skromną brunetkę, która chętniej się śmieje, niż mówi... Wraz z Marią, ich młodszą dziesięcioletnią córką, idzie kilkanaście dobrych kroków przed nami, gdyż nie lubi słuchać o przeszłości...
      "To ona godna jest zainteresowania, nie ja. Czekała na mnie tyle lat. Kochała mnie wbrew i na przekór wszystkiemu. Zawsze myślałem, że miłość to zapomnieć o sobie, służyć braciom ze względu na Boga. Ale to... to już nie jest ziemską miłość, jakieś tylko ludzkie szaleństwo. To coś, czego nie da się pojąć bez Chrystusa. Miłość ukrzyżowana to przyjąć drugiego człowieka w sposób absolutny, nawet w jego gównie, a nawet z tego właśnie powodu... Sabina dała mi wszystko, ponieważ wszystko mi przebaczyła".
     Jacky wyciąga cygaro, aby ukryć łzy...

Luc Adrian
Z francuskiego tłumaczyła Anna Foltańska
"Familie chretienne" z 27 lutego 1997, s.6-9.

do spisu treści


Copyright by OAT 2003

REFLEKSJE

NIESZCZĘSNE POMYSŁY NA OSIĄGNIECIE SZCZĘŚCIA

ks. Marek Dziewiecki

     Jednym ze zdumiewających dziś zjawisk jest to, że im więcej osób uważa się za specjalistów w uczeniu nas drogi do szczęścia i satysfakcji, tym więcej jest wśród nas ludzi nieszczęśliwych, rozczarowanych życiem i bezradnych.
     Dzieje się tak z kilku zasadniczych powodów. Po pierwsze, najczęściej próbują nas uczyć sztuki szczęśliwego życia ci, którzy sami żyć nie umieją, np. znerwicowani pedagodzy, skorumpowani politycy, rozwiedzeni seksuolodzy czy uciekające od własnej płci feministki. Po drugie, większość współczesnych "specjalistów" od szczęśliwego życia popełnia ten sam błąd, czyli obiecuje nam łatwe szczęście, a zatem takie, które nie istnieje na tej ziemi. Po trzecie, dominuje obecnie kultura ponowczesności, która pod mile brzmiącym hasłem "wyzwolenia" człowieka od wszelkich norm moralnych, społecznych i religijnych prowadzi w rzeczywistości do nowych form niewolnictwa, uzależnień i cierpień na nieznaną wcześniej skalę. Innymi słowy coraz częściej proponowane są obecnie nieszczęsne pomysły na osiągnięcie szczęścia. Popatrzmy na kilka typowych przykładów w tym względzie.
     Pierwszy z oczywistych błędów polega na przekonaniu, że dążenie do szczęścia Jest najlepszym sposobem na osiągnięcie szczęścia. Tymczasem w rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie, gdyż szczęście nie jest osiągalne wprost. Jest ono konsekwencją życia opartego na miłości i prawdzie, wolności i odpowiedzialności, szlachetności i dojrzałości. Ktoś, kto za wszelką cenę dąży do osiągnięcia szczęścia, nie stara się kochać, być ofiarnym czy stawiać sobie konieczne wymagania. Skupia się jedynie na tym, co wydaje mu się w tym momencie miłe, łatwe i przyjemne, nie wymagające wysiłku ani pracy nad sobą. Ktoś taki postępuje w sposób, który oddala go od szczęścia. Staje się nadmiernie skoncentrowany na samym sobie, na własnych odczuciach, przeżyciach i potrzebach. Takie przesadne, czasem chorobliwe skupianie się na samym sobie i na dążeniu do szczęścia prowadzi do coraz większych lęków, napięć i rozczarowań.
     Drugi nieszczęsny pomysł na szukanie szczęścia polega na myleniu przyjemności ze szczęściem. Tymczasem szczęście to coś znacznie więcej niż przyjemność. Chwilową przyjemność może osiągnąć każdy człowiek, nawet jeśli jest kimś niedojrzałym, zaburzonym, czy załama nym. Aby osiągnąć przyjemność wystarczy zjeść coś, co smakuje, posłuchać muzyki, którą ktoś lubi czy zaspokoić jakąś potrzebę fizjologiczną. Ale żadna przyjemność nie gwarantuje szczęścia. Czasami wręcz oddala od szczęścia. Tak się dzieje na przykład w przypadku tych, którzy dla doznania chwili przyjemności sięgają po papierosa, alkohol czy narkotyk, albo decydują się na współżycie seksualne kosztem sumienia czy zdrowia. W dzieciństwie każdy z nas przeszedł fazę kierowania się wyłącznie tym, co sprawia przyjemność. Dla niemowlęcia taka postawa jest czymś normalnym. Jednak powinna być ona tylko fazą rozwoju, a nie sposobem na całe życie. Szczęście jest osiągalne tylko dla tych, dla których miłość, prawda, wierność i odpowiedzialność to coś znacznie ważniejszego niż chwilowa przyjemność.
     Kolejny nieszczęsny pomysł na szukanie szczęścia polega na wmawianiu sobie, że każdy sposób postępowania jest równie dobry i że człowiek sarn potrafi odróżnić to, co go rozwija, od tego, co go krzywdzi i co oddala go od szczęścia. Tymczasem bez pomocy Boga człowiek potrafi jedynie mieszać dobro ze złem i oszukiwać samego siebie. Kierowanie się subiektywnymi przekonaniami zamiast prawdą i zdrowym rozsądkiem prowadzi do rozczarowań i cierpienia. Człowiek potrafi bowiem oszukiwać samego siebie. Niektórzy oszukują samych siebie tak długo i okrutnie, że z tego powodu umierają. Tak właśnie czyni większość alkoholików czy narkomanów, którzy nawet w obliczu bliskiej już śmierci nadal wmawiają sobie, że nie są uzależnieni i że alkohol czy narkotyk wcale ich nie niszczy. Równie okrutnie oszukują samych siebie ci, którzy wmawiają sobie, że prezerwatywa gwarantuje im bezpieczny seks. Część z nich płaci za taką naiwność najwyższą cenę: umierają z powodu choroby AIDS.
     Inny nieszczęsny pomysł na szukanie szczęścia polega na próbie "uwolnienia się" od własnej płci. Typowym przykładem w tym względzie jest postawa feministek, które nawołują kobiety do naśladowania mężczyzn, zamiast do rozwijania kobiecego geniuszu i do wychowywania mężczyzn, którzy potrafią szanować kobiety i dziękować im za ich niezwykłe talenty i zdolności. Kobiety są przecież z natury bardziej wrażliwe na świat osób, podczas gdy mężczyźni zwykle łatwiej sobie radzą w świecie rzeczy, który nie stawia tak dużych wymagań, jak świat osób. Z tego właśnie względu Jan Paweł II często mówi o geniuszu kobiet, a nigdy nie wspomina o geniuszu mężczyzn. Funkcjonowanie w świecie rzeczy nie wymaga bowiem takiego geniuszu, jak funkcjonowanie w świecie osób. Aby być szczęśliwym, trzeba zrozumieć, zaakceptować i rozwijać specyficzne cechy i uzdolnienia związane z własną płcią oraz uczyć się dojrzałego kontaktu z osobami płci odmiennej. Natomiast ucieczka od własnej płci okazuje się zawsze ucieczką od szczęścia i życiowej satysfakcji.
     Jeszcze jednym z nieszczęsnych sposobów szukania szczęścia jest przekonanie, że aby być szczęśliwym, trzeba "uwolnić się" od małżeństwa i rodziny. Niemniej groźny mit polega na przekonaniu, że związki homoseksualne są równie dobrą drogą do szczęścia, co związek kobiety i mężczyzny. Tymczasem ludzie żyjący w takich związkach są okaleczeni psychicznie (mają zaburzoną postawę do osób odmiennej płci) oraz fizycznie (nie mogą mieć własnych dzieci). Od szczęścia oddala też mit, że "wolne związki" są równie dobrą drogą do szczęścia jak małżeństwo. A "wolne związki" nie istnieją, tak Jak nie istnieje sucha woda czy kwadratowe koło. To wewnętrznie sprzeczne wyrażenie jest używane przez tych, którzy żyją w związkach nietrwałych, niewiernych i niepłodnych. Tym samym żyją w związkach, w których mogą doświadczyć jedynie chwilowej przyjemności, ale w których nie znajdą trwałego szczęścia.
     Kolejny nieszczęsny sposób na szukanie szczęścia polega na przekonaniu, że trzeba "wyzwolić" się od wszelkich norm i zasad moralnych, aby być szczęśliwym. Tymczasem normy moralne chronią nas przed wyrządzaniem krzywdy sobie i innym ludziom oraz pokazują najpewniejszą drogę do osiągnięcia trwałego szczęścia. Podstawową przyczyną odrzucania norm moralnych jest fakt, że po grzechu pierworodnym łatwiej jest człowiekowi czynić zło, którego nie chce i które oddala go od szczęścia, niż dobro, którego pragnie i które przynosi nam trwałą radość. Gdyby łatwiej było czynić dobro niż zło, to nikt z ludzi nie wyrządzałby sobie krzywdy i nie negowałby norm oraz wartości, których zasadność jest zupełnie oczywista l potwierdzona codziennym doświadczeniem. Zwykle zatem najpierw następuje odrzucenie jakiegoś dobra, którego osiągnięcie jest trudne, albo jakiejś prawdy, która stawia człowiekowi wymagania. Dopiero później następuje odrzucenie norm i wartości, które owe dobro lub ową prawdę chronią. W ten sposób jednak oddalamy się od szczęścia.
     Wszystkie wyżej zasygnalizowane nieszczęsne sposoby szukania szczęścia mają wspólną cechę. Obiecują osiągnięcie łatwego szczęścia; bez Boga, bez zasad moralnych, bez żadnych zobowiązań, bez dyscypliny i pracy nad sobą. Pokusą szukania tego typu "szczęścia" to najbardziej niebezpieczna pułapka, jaką człowiek może zastawić na samego siebie. W taką właśnie pułapkę wpadli ludzie na początku historii. Grzech pierworodny polegał na przekonaniu, że człowiek potrafi własną mocą odróżnić dobro od zła i że wystarczy złamać Boże normy, aby samemu stać się jak Bóg. Czyż można wymyślić sobie łatwiejszą drogę do szczęścia? Okazało się jednak, że takie łatwe szczęście, według recepty ułożonej przez człowieka, po prostu nie istnieje. W rzeczywistości mamy do wyboru tylko dwie możliwości: łatwe nieszczęście (oparte na czynieniu tego, co chcę) lub trudne szczęście (oparte na czynieniu tego, co mnie rozwija i co przynosi prawdziwą satysfakcję).
     Szczęśliwy może być tylko ten, kto rozumie, że więź z Bogiem oraz kierowanie się Bożymi wartościami i przykazaniami to nie jakiś zbędny ciężar czy przejaw naiwności, ale to zaszczyt i wyróżnienie oraz najpewniejsza droga do trwałego szczęścia. Ciężarem jest sytuacja, gdy ktoś rezygnuje z więzi z Bogiem, albo gdy lekceważy normy i wartości, które Bóg proponuje. Taki bowiem człowiek zaczyna żyć poza miłością i prawdą, traci wolność i zdrowy rozsądek, radość życia i nadzieję na dobrą przyszłość. Oddala się w ten sposób od szczęścia i staje się bezradny wobec własnego życia.

Ks. Marek Dziewiecki

do spisu treści


Copyright by OAT 2003