strona główna

dwumiesięcznik
numer 1/2003
numer 2/2003
numer 3/2003
numer 4/2003
numer 5/2003
numer 6/2003

okładkaNumer 5/2003
SPIS TREŚCI

Wstęp, Krzysztof Kościelecki OFMCap

* Problemy alkoholowe i abstynencja*

Troska Kościoła o trzeźwość narodu, ks. Marian Pokrywka
Znaczenie wartości w rozwoju osobowości, Ewa Klcovanska
Wspólnymi siłami, Anna Rak
Terminarz Ośrodka Apostolstwa Trzeźwości
Porozmawiajmy... O przymusie, Jan Karczewski OFMCap
Ewangelizacja w epoce mass mediów, ks. Marek Dziewiecki

* Apostoł Trzeźwości*

Wstęp, ks. Zbigniew Kaniecki
Sympozja. Żeby sól nie zwietrzała, Romuald Tyniecki
Refleksje psychologicze. Budowanie harmonii, Ewa Krupniewska
Spostrzeżenia. AA w Licheniu, Krzysztof Kościelecki OFMCap
Świadectwa. Dostrzegam piękno Tatr. Czasem brakuje słów
Refleksje homiletyczne. Odwagi, Tadeusz Pulcyn
Z prasy, Z.O.

* Wspólnota Kościola*

Klara - znaczy jasna, Grażyna Dryjańska OSCCap
Kazania okolicznościowe, Marek Skowroński OFMCap
Książki. Upadek, Katarzyna Leśniewska
Biblia dla dzieci, Edward Garstka
Listy Apostolskie. Rosarium Virginis Mariae


POROZMAWIAJMY

O PRZYMUSIE

     Znalazłem się w sytuacji pewnego przymusu: muszę napisać kilka zdań do "Trzeźwymi bądźcie". Wielość spraw i zajęć nie pomaga w pisaniu. Pojawił się też problem: na jaki temat pisać? Przypatrując się temu, co obecnie przeżywam, pomyślałem, że z pożytkiem dla mnie oraz - mam nadzieję - dla Czytelników będzie podjecie zagadnienia przymusu.

     Słowo "przymus" nie kojarzy się najlepiej. Rozmawiając z drugim człowiekiem, chcąc mu pomóc, a nie zrazić go, należy uważać, aby nie używać wyrazów: "musisz" czy "powinieneś". Na niektórych działają one jak płachta na byka. Reakcja zazwyczaj jest natychmiastowa: "Niczego nie muszę! Ja chcę". Zgadzam się: gotowość wyrażona słowem "chcę" jest sprawą fundamentalną. Jednak co jest zaraz o krok za tymże "chcę"? Otóż, spotykamy tam pewne zobowiązania - coś, co jest przymusem. Podjęcie przeze mnie decyzji o pisaniu tych rozważań sprawia, że moje "chcę pisać" niesie za sobą - "ą więc pisz!" Zatem, wewnętrzny rozkaz. Teraz - nawet jeżeli z trudnością - muszę napisać.

     Cóż tam artykuł! Słowo "chcę" wypowiedziane wobec człowieka i Boga przy okazji zawarcia małżeństwa czy ślubów zakonnych otwiera drzwi do pewnych reguł, których muszę przestrzegać. Ktoś powie: ale to nie jest przymus, to oznacza - "zgadzam się", a nie - "muszę". Teoretycznie tak, jednak codzienne doświadczenia, odczucia pokazują, że nie zawsze nam się chce tego, czego powinniśmy chcieć. A wtedy mówimy: muszę, bo chcę!

     Ten rodzaj przymusu jest błogosławieństwem. To dzięki niemu przekraczamy siebie; wymagając od siebie, realizujemy to, co jest celem każdego człowieka - dojrzewamy. Chyba brakuje pewnej równowagi w mówieniu o nakazach i zakazach w naszym życiu. Częściej wskazuje się na zagrożenia, na to, czego powinniśmy nie robić. Wielu, układając życie oparte na zakazach, popada w smutek, zniechęcenie, wydaję im się, że wszystko traci sens...

     Bywa. że trzeźwienie dla uzależnionego z roku na rok staje się coraz bardziej smutne... Może brakuje w programie pracy tego przekraczania siebie, wytężania swoich sił w tym. co nie jest lekkie i przyjemne, ale trudne i wymagające: podejmowania nie tylko tego. "co chcę". ale także tego, "co powinienem zrobić". Śmieszny jest ten, kto chce nauczyć się grać na instrumencie, a ćwiczy tylko wtedy, gdy mu się zachce. marny to sportowiec, który chodzi na treningi. gdy "ma taką potrzebę". A co powiedzieć o pracy duchowej, o zobowiązaniach małżonka, rodzica, zakonnika? Jeżeli zabraknie poczucia obowiązku, pewnego przymusu, wymagania od siebie, rozwieje się także miłość do tego, kim i dla kogo się jest... I matka bywa zmęczona zajmowaniem się swoim maleństwem, i z chęcią poszłaby spać, a przecież nie idzie, bo wie. że musi czuwać. Czy powinność ta nie jest miłością?

      "Ale żebyś był wolny jak śpiewak, improwizujący przy wtórze instrumentu, musisz wpierw mieć wyćwiczone palce i znać sztukę śpiewu. A to oznacza walkę, przymus i wytrwałość" (A . de Saint Exupery). Ćwicząc swoje palce, głos, modlitwę, komunikację - w walce, pod przymusem, w cierpliwości osiągam wolność wirtuoza. Poddając się zachciankom, sprawiam, że one zaczynają mną kierować, a to już nic innego jak uzależnienie.

     Jak więc odróżnić, które "muszę" jest wolne. a które nie. Probierzem dla mego "muszę" wcale nie jest moje "chcę", lecz moje "mogę". Jeżeli na przykład przed samym sobą stwierdzani, że istnieje we mnie jakiś przymus działania, warto wtedy siebie zapytać: czy mogę? W znaczeniu: czy nie wychodzi to poza zakres moich kompetencji i możliwości, a także - czy mam do tego prawo? Czy nie przyniesie to nikomu szkody? Nie bez znaczenia bowiem są tu słowa Chrystusa Pana: "Po owocach ich poznacie". Przymus, który jest we mnie, który sprawia, że muszę podjąć takie czy inne zadanie, a który niesie dobro dla innych - ten przymus jest dobry. Ale dobro to powinno obejmować również mnie! Przymus bowiem, który jest niszczący dla mnie. który zabiera czas na roztropną troskę o swoje zdrowie czy też budowanie więzi z bliskimi, jest wyrazem zniewolenia. Tak więc dobro - moje i innych - jest probierzem tego. czy moje "muszę" to wyraz wolności.

      Nie każde "muszę" oznacza zniewolenie, nie każde "chcę" jest wyrazem wolności.

Br. Jan Karczewski OFMCap

do spisu treści


Copyright by OAT 2003

ŚWIADECTWA

DZIŚ DOSTRZEGAM PIĘKNO TATR

     Władek góral zaczął pić w wieku 20 lat. Rozpoczął od dużych dawek alkoholu. - Ten to ma mocny łeb - mówili koledzy Władka. Gdy inni już leżeli pod stołem, on był ciągle "świeży". Ożenił się w wieku 23 lat. Żona Władka wiedziała, że on pije, ale myślała: Po ślubie wszystko się odmieni, już ja go przypilnuję, żeby odstawił kieliszek. Sam Władek zaś po tęgim pijaństwie zastanawiał się: Ciągnie mnie do wódki, ale przecież nie jestem alkoholikiem. Zenek to jest alkoholik - chodzi obrzygany... brudny, bredzi po wypiciu...

      Trafiła się okazja, Władek wyjechał do USA na saksy. Tam przeżył groźny wypadek samochodowy i wiadomość o śmierci ojca. - Te wydarzenia wydawały się nie do udźwignięcia na trzeźwo - wspomina. - Codziennie koiłem ból przy butelce, staczając się coraz niżej. Wreszcie trzeba było wracać do domu. A tam czekała już kompania kolegów. Powitaniom nie było końca. Prawie nie trzeźwiałem. Zacząłem pić sam. Chowałem alkohol, żeby nikt nie widział, że piję.

     Żona umocniła się w pewności, że Władek jest uzależniony. Wieczorem z czwórką dzieci klękała do modlitwy i prosiła Boga, aby pomógł mu wyjść z nałogu. - Kilkakrotnie obiecywałem jej, że się poprawię - mówi Władek. - Nawet chodziłem do parafii składać przyrzeczenia abstynenckie i parę razy udało się dotrzymać obietnicy, ale gdy minął termin - zaczynałem od nowa. Wreszcie któregoś roku ślubowania zerwałem. Poszedłem na całość. Sprzedałem pierścionek zaręczynowy żony - na wódkę. Żona nie poddawała się, wciąż się modliła...

     Aż w 1998 roku w sierpniu przyjechał na wypoczynek w góry ojciec Marek Skowroński z Ośrodka Apostolstwa Trzeźwości. Łaska Boża dała o sobie znać. Przecież ojciec Marek nie musiał wynajmować pokoju u nas... A jednak.

     W czasie rozmów wyszło, że powinienem pojechać do Zakroczymia. Pojechałem. - Ludzie, co ja wtedy przeżyłem. Myślałem, że w OAT spotkam facetów z czerwonymi nosami. A tu wszyscy elegancko wystrojeni, wygoleni - przyjechali pięknymi samochodami. Wszyscy serdeczni, pogodni od razu wzięli mnie i żonę za swoich.

     Na mityngu przeżyłem jednak szok. Uczestnicy mówili o sobie takie rzeczy, że ja bym o tym księdzu na spowiedzi nie powiedział. Głupia jesteś - myślałem o jednej z koleżanek - co kogo obchodzą twoje brudy... Ale musiałem i ja zabrać głos. Wtedy - nie wiedzieć kiedy - wykrzyczałem swoje paskudne sprawy. Potem rozpłakałem się.

     Od tego pierwszego spotkania w OAT zacząłem jeździć do Zakroczymia co dwa miesiące, a czasem częściej. Za drugim razem poszedłem do spowiedzi. Spowiadam się jakoś na okrągło aż z konfesjonału wychylił się ojciec Damian i powiedział groźnie: z czym naprawdę przyszedłeś. Wtedy pomyślałem w złości: chcesz, to masz. Jak zacząłem, to już poszło - szczerze do bólu. Od pięciu lat nie piję. Teraz możemy w domu szczerze rozmawiać. Córka powiedziała mi wprost, że często wyładowywałem złość na niej. bo czułem się winny. Żona mówi. że nawet gdybym nie przestał pić to i tak by mnie nie zostawiła, bo mnie kocha...

     Ja dziś wiem, że to miłość żony i dzieci spowodowała, że nasza rodzina się nie rozpadła. Opatrzność spowodowała, że pojawił się u nas ojciec Marek.

     Teraz możemy już przeżywać prawdziwe święta - czy Bożego Narodzenia, czy wielkanocne. Kiedyś to owszem, szedłem do kościoła, bo "co ludzie powiedzą", ale zaraz po "odbębnieniu" Mszy, szedłem do knajpy. A dla mojej rodziny to był nóż w plecy. Dziś czekam na każde święta z utęsknieniem. Zawsze mamy o czym z sobą rozmawiać. Ale i w dni powszednie wciąż jesteśmy razem. - Tato jesteś nam stale potrzebny - powiedział mi niedawno syn. Wyjeżdżamy na wspólne wycieczki, wszystko właściwie robimy wspólnie. Dziś nasza modlitwa wieczorna nie jest rutynowa. Po pacierzu jest okazja do pogadania. Wciągają się w nasz codzienny tryb życia również wczasowicze. Wynajmujemy pokoje gościnne, ale nie mówimy: tu jest pokój, tu korytarz, a tam wyjście. Nasi goście stają się domownikami. Ile to od ludzi można się ciekawych rzeczy dowiedzieć... Mamy zaufanie do siebie i do ludzi. Skąd się to bierze? łaska Boża i wychowanie robią swoje. Pochodzimy z żoną z głęboko wierzących rodzin. Nasze korzenie były na czas mojej choroby porozrywane. Alkohol niszczył to wszystko, z czym się dziś utożsamiam - z rodziną, z Kościołem. z moją regionalną kulturą, z otoczeniem. Dziś dostrzegam piękno Tatr, w których wyrosłem. Dziś rozmawiam z innymi alkoholikami o tym i pomagamy sobie trwać w trzeźwości.

     Noszę medalik z Matką Bożą i srebrnego wielbłądziką, którego dostałem od kolegi w piątą rocznicę jego trzeźwienia. Dał mi go, żeby mi służył... bo sam dostał od żony złotego. Teraz ja oddaję wielbłądzika komuś - po mojej piątej rocznicy trzeźwienia - i może też dostanę od kogoś złotego. To nie żadne zabobony, to miłe gesty, do których się przecież nie przywiązujemy. Wierzymy przede wszystkim w Boga. On jest jedynym dawcą łaski. Dzięki Bogu trzeźwieję...

CZASEM BRAKUJE SŁÓW

     Gdy Piotr szedł ulicą, na której mieszka, musieli wiedzieć o tym wszyscy jej mieszkańcy. Jego donośny głos rozlegał się od krańca do krańca. - O! Wraca ten zabijaka - mówili.

     - Rzeczywiście moje życie dopiero od dziewięciu lat przestało wyrażać się w sile ciosów -mówi Piotr. - Po wypiciu alkoholu roznosiło mnie. Szukałem zaczepki. Często byłem podpuszczany przez kolegów, zachęcany do bójki. Byłem karany za pobicia. Nie mogłem utrzymać się w żadnej pracy. Cierpiała na tym żona i dwóch synów.

     Zmuszony przez żonę, poddałem się leczeniu farmakologicznemu. Łykałem jakieś tabletki przez dwa lata. Ale to nie uwolniło mnie od choroby alkoholowej. W domu nikomu nie wyrządzałem krzywdy, ale wystarczyło, że poszedłem w miasto...

     Miałem zły przykład w domu rodzinnym. Ojczym prawie codziennie wracał pijany. Nie miałem z nim żadnych relacji, może nawet trochę się mnie bał, bo te moje prawie dwa metry robią wrażenie. Od siedemnastego roku życia może tylko w niedziele bywałem trzeźwy. Chodziłem na permanentnym rauszu. Łatwo było mną manipulować, nakłaniać - zwłaszcza do złego.

     - Gdy się żeniłem - zwierza się dalej Piotr -żona znała mój życiorys. Wierzyła jednak, że się zmienię. I doczekała tego po latach gehenny. Zwłaszcza bolało ją to, że mam awersję do starszego syna. Doskakiwałem do niego z łapami. Zawsze coś mi się w nim nie podobało. Młodszy był "cacy", a starszy "be". Sam do siebie odczuwałem wstręt, w głębi duszy nie chciałem robić dzieciom krzywdy, bo to naprawdę dobre chłopaki. Uczą się dobrze i mają dobre serca.

     Jak wychodzę z tęgo koszmaru? Zaczęło się od Nieszawy... Tamtejszy ksiądz poprosił mnie o pomoc na budowie przy kościele. Po trzeciej niedzieli pracy na trzeźwo coś mnie skłoniło, aby pójść do zakrystii, żeby się wyspowiadać. Od tamtej pory nie tknąłem syna.

     Długie rozmowy ze Sławkiem i Anią ze wspólnoty AA pomogły mi zrozumieć moją chorobę. Zabrali mnie do Zakroczymia. Od pobytu w OAT wszystko idzie ku lepszemu. Nie piję... Odstawiłem kolegów. Teraz jak z żoną i dziećmi idziemy w niedzielę na Mszę. to ludzie otwierają okna jak kiedyś, ale po to, żeby nas powitać. Mówią: Jak ten Piotr się zmienił.

     Czy ja sam się zmieniłem? Zmienili mnie ludzie, którzy wierzyli, że mogę się zmienić. Wierzyła we mnie żona, która mnie kocha i starszy syn, który potrafi dziś położyć głowę na moich kolanach, chociaż to już chłop jak dąb... Młodszy syn prawie mnie nie opuszcza, bo stale ma mi coś do powiedzenia, on zresztą nie pamięta moich wyczynów, żadnych przykrości ode mnie nie doświadczył, bo był starannie chroniony przez matkę...

     Teraz żyje nam się dobrze. Mam soją firmę. samochód, którym przyjeżdżam do OAT. Dzięki temu, że trzeźwieję, mogliśmy z żoną wziąć ślub przed ośmiu laty, bo przedtem, można powiedzieć, żyliśmy na kocią łapę, bo mieliśmy tylko kontrakt cywilny. Wszystko zawdzięczam rodzinie i wspólnocie AA. Teraz codziennie się modlę swoimi słowami. Jestem wdzięczny Bogu za każdy przeżyty dzień w trzeźwości. Jest tylko jedna sprawa, która wciąż mnie gniecie. Nie potrafię przekazać swoich uczuć żonie i synom. Wiem. że to jest dla nich ważne. Nie chodzimy obok siebie obojętnie. Ale coś jeszcze nie gra, coś jeszcze boli. Gołym okiem tego nie widać, ale w głębi duszy czuję, że nie spełniam jeszcze wszystkich warunków dobrego męża i ojca. Temu naszemu pojednaniu brakuje potwierdzenia. Zawsze się mówi. że za słowami muszą iść czyny. A u nas jest chyba odwrotnie; czyny są widoczne, ale brakuje słów. Wiem, że moi najbliżsi na nie czekają.

     Liczę na pomoc Bożą... Czasem wkrada się smutek, ale wierzę, że kiedyś odejdzie bezpowrotnie.

Notował Tadeusz Pulcyn

do spisu treści


Copyright by OAT 2003