![]() Strona główna
Trzeźwymi bądźcie |
"Trzeźwymi bądźcie" nr 4/2004
Wstęp, Krzysztof Kościelecki OFMCap * Problemy alkoholowe i abstynencja* OAT wobec choroby alkoholowej, s. Lesława Pawełek WDC * Apostoł Trzeźwości* Wstęp, ks. Zbigniew Kaniecki
Twórca skautingu |
| DYWAGACJE |
Trudniejsze jest pięcie się w górę niż obsuwanie się w dół.
Wspinaczki trzeba się uczyć.
Spadanie nie wymaga przygotowań.
Namnożyło się teraz na świecie Sokratesów - oj, namnożyło. Każdy z nich stara się zdobyć jak największy wianuszek uczniów, bo to mu splendoru dodaje i do telewizji drogę otwiera, a wiadomo "zaistnieć w telewizji, to jak cię widzą. to o tobie mówią i piszą". Wielu z tych mędrców upodobało sobie młodzież. bo to i przyszłościowa grupa społeczna, i - jeśli celować w dolną granicę wieku (ostatnie klasy szkoły podstawowej i wszystkie szkoły średnie) - łatwiej do niej trafić z wszelkim erzacem filozoficznym. Ulubioną formą przekazu neomędrców jest i ich zdaniem - metoda sokratyczna, a moim zdaniem - metoda reklamowa, która jest nieudolnym symulowaniem metody sokratycznej, polegającym na sugerowaniu młodym ludziom rzeczy, które oni rzekomo "kochają" i wobec tego mają do nich prawo.
Jakie są to rzeczy? Różne - zależnie od okoliczności. Na przykład przed wakacjami, na których młody człowiek nie tylko może, ale wręcz powinien dać sobie "więcej luzu", mówi się o korzyściach, jakie płyną z "wakacji pod namiotem we dwoje". W takich programach neomędrcy czynią to, co nazwałbym w skrócie stymulacją sytuacji, to znaczy pobudzaniem lub wzmaganiem przeświadczeń czy emocji w rzeczywistości nie istniejących w umysłach i sercach młodych ludzi lub istniejących zaledwie w formie zalążkowej.
Co w takich rozmowach symuluje młodzież i w czym wspomnieni neomędrcy ją utwierdzają lub co przez inteligentnie sformułowane pytania - z zawartą w nich tezą - podsuwają młodzieży? Niektórzy spośród młodych ludzi - najczęściej chłopcy, skrupulatnie dobierani - symulują dojrzałe człowieczeństwo. Sprowadza się ono dla nich do opanowania arkanów sztuki współżycia seksualnego. Neomędrzec podsumowuje to uwagą, że było to "sprawdzaniem uczucia". Jeden przedstawia się jako "spec" od inicjacji seksualnej. Dzięki miemu jego zeszłoroczna partnerka zmieniła się z "zupełnej gąski..." w co? W każdym razie nie w anioła... Drugi mówi, że jego partnerka mogła się przekonać "na własnej skórze" o złym działaniu środka antykoncepcyjnego, od którego się tyje i o nieuczciwości niektórych lekarzy, którzy, uważają, że "na to" jest jeszcze za młoda. Pożal się Boże neomędrzec autorytatywnie rozstrzyga, że "na to" nie jest wcale za wcześnie: "To dziś normalne, świat poszedł naprzód, coraz więcej młodych zaczyna już w podstawówce". Inni spośród młodych ludzi symulują pionierów wolności seksualnej. Ta wolność - ich zdaniem - bardziej zależy od środków chemicznych i produktów gumowych niż od opanowania seksualnej sfery życia ludzkiego przez wolę człowieka.
Jeszcze inni spośród młodzieży - przeważnie dziewczęta - symulują miłość. "Symulują", bo kto niejedną z nich miał nauczyć prawdziwej miłości? Ojciec - z dysfunkcyjnej rodziny - który nie interesuje się córką? Czy matka, której jest obojętne, gdzie i z kim córka sypia? Doświadczenia takiej rodziny, które nie należą do rzadkości - sprawiają, że niektóre dziewczęta nie chcą mieć ani męża, ani dzieci. Te same dziewczęta pragną równocześnie wielkiej miłości - i nie ma w tym nic dziwnego, choć może w tym być niebezpieczeństwo stania się łatwą zdobyczą dla mężczyzn, którzy traktują kobiety przedmiotowo. Wszyscy symulujący krytykują Kościół, który rzekomo tylko "potępia i zaleca cnotę", a ponadto nie pozwala młodzieży, prowadzącej pozamałżeńskie współżycie seksualne, korzystać z komfortu czystego sumienia. Krytykują też rodziców, którzy "nie chcą przyjąć do wiadomości, że ich młodociane dzieci mają swoje życie seksualne".
W związku z powyższymi sprawami warto wspomnieć, że metoda Sokratesa - zwana "maieutyczną". czyli "położniczą" - pomagała urodzić się krytycznej myśli ludzkiej (krytycznej w stosunku do wiedzy rozmówcy: "wiem, że nic nie wiem"). Metodę położniczą można stosować tylko tam, gdzie się coś intelektualnie poczęło. A jak się może coś począć, gdy się stosuje środki antykoncepcyjne? Takie właśnie środki stosują w odniesieniu do swoich młodych rozmówców (uczniów) ci wszyscy neomędrcy, którzy boją się zapłodnić ich mózgi jakąkolwiek myślą o prawdziwej miłości. Mam tu na myśli dorobek chrześcijaństwa w tej dziedzinie. W tym szczególnie dorobek myśli Jana Pawła II.
W tym wszystkim, co powiedziałem wyżej o wprowadzaniu młodych ludzi w dorosłe życie, najsmutniejsze jest to, że pseudomędrcy podpowiadają im złożenie życia "na ołtarzu wielkiej bzdury". Tak żarliwie broni się przed tym Michał Bajor w piosence (modlitwie?) pt. "Do trzech cnót":
Gdy kruczo krocze przyszłość czarna,
wiatr dziejów niesie wilczy zew,
gdy mnie ścierają czasu żarna
na szczyptę mąki, stertę plew,
gdy na ołtarzu wielkiej bzdury
we mgle kadzideł sprawdzam, że
ty, co przenosić możesz góry,
ty, Wiaro, nie opuszczaj mnie.
Gdy sens istnienia z rąk umyka
i w czarną dziurę wpada świat,
gdy coraz szybciej zegar tyka
i garb starganych ciąży lat,
gdy krąg fortuny martwo stoi
i czarno-biało nawet śnię,
gdy koń już dawno w murach Troi,
Nadziejo nie opuszczaj mnie.
Gdy w ludzkie serca lodem skute
daremnie wcieram uczuć maść,
gdy mi po cichu szyje buty
ten, z którym konie mogłem kraść,
gdy uśmiech każe wietrzyć zdradę,
gdy szukam fałszu w każdej łzie,
gdy dzień po dniu nasiąkam jadem,
Miłości nie opuszczaj mnie.
Czy człowiek ma prawo żyć tak jak chce? - Ależ oczywiście! - zakrzykną niemal wszyscy. Takie prawo jest gwarancją wolności. Czy człowiek ma prawe żyć w brudzie? - Jeśli chce, nikt, kto szanuje wolność ludzką, nie może mu tego prawa odmówić. Czy człowiek ma prawo żyć w brudzie, jeśli to zagraża innym ludziom? - Tu już głosy nie będą tak zgodne. Jedni powiedzą: tak. Inni gorąco zaprotestują. Ale skoro ma prawo do wolności...? - Wolność nie może być dokuczliwa dla innych. Słowem - nie może być absolutna.
Życie w brudzie może być dokuczliwe dla otoczenia. Może być rozsadnikiem chorób. A nawet przyczyną epidemii. Ale gdyby nawet było tylko powodem nieprzyjemnego vis-a-vis w tramwaju, autobusie lub przy stole czy dolegliwego côte a côte w kinie, teatrze lub w kościele - już z tego względu musiałoby się spotkać ze społeczną dezaprobatą.
Różne bywają brudy. Jest brud niewyczuwalny węchem i nierzucający się i w oczy. Brud moralny. Czy człowiek ma prawo żyć w brudzie moralnym? - Oczywiście! - zawoła wielu. To jego prywatna sprawa. Najlepiej szanuje cudzą wolność ten, kto nie tyka cudzej moralności. Czy człowiek ma prawo manifestowania swoich przekonań? - Bez wątpienia! A jeśli żywi przekonanie, że ma prawo manifestowania swego brudu moralnego, co wtedy? Czy w imię wolności przekonań pozwolić mu na apostołowanie złym przykładem? Czy więc przyznać mu prawo do publicznych popisów słownych, od których więdną uszy nie tylko niewinnych dzieci? Prawo do publicznego uprawiania czynów, dawniej zwanych nieobyczajnymi lub nierządnymi, a dziś próbujących zdobyć sobie sławę czynów szczególnie odważnych, przez to społecznie wartościowych? - Jak wolność, to wolność - powiedzą liberałowie. - Wolno być dobrym? To wolno również być złym. Może nie?! Nie tylko "może", ale "na pewno" - nie! Człowiek nie ma prawa być złym człowiekiem. Ma natomiast obowiązek być człowiekiem dobrym. Żadne - ani Boskie, ani ludzkie - prawo nie pozwala czynić człowiekowi, co się żywnie podoba. Gdyby tak było, nie można byłoby pociągnąć człowieka do żadnej odpowiedzialności. Wtedy też żadne prawo nie miałoby sensu.
Nawet najbardziej prymitywne prawo ludzkie mówi, co należy czynić lub można czynić, a czego czynić nie wolno. Generalnie: żadne nie mówi, że wolno czynić źle. Tymczasem wielu spośród tych, którzy naczytali się głupich powieści (lub naoglądali się bzdurnych filmów) sądzi, że być wolnym, to znaczy mieć prawo zostać świnią. Że nie ubliża człowiekowi być łajdakiem, jeśli ten jest - według Stanisława Jerzego Leca -"łajdakiem nie byle jakim". Zwłaszcza - łajdakiem oryginalnym.
Gdyby człowiek był Robinsonem, mógłby bezkarnie robić, na swej bezludnej wyspie, co mu się podoba. Tymczasem autonomia ludzka jest ograniczona faktem istnienia innych ludzi. Choć właściwie nawet sytuacja Robinsona jest rozważaniem czysto akademickim z tego względu, że człowiek - nawet na bezludnej wyspie - zawsze znajduje się w relacji do drugiego. Tym drugim zawsze jest Bóg, który wytycza granice autonomii człowieka. Bóg jest prawodawcą człowieka. Człowiek, uświadomiwszy sobie fakt swego istnienia, odkrywa stopniowo prawa swego istnienia i prawa istnienia otaczającego go świata. Człowiek odkrywa nie tylko fizyczne prawa swego bytu, ale i prawa moralne. Ma poczucie obowiązku. Czuje wyrzuty sumienia, gdy sprzeniewierzy się Bogu. Doświadcza dotkliwie własnej słabości. I liczy na pomoc Boga. Jest więc z natury religijny i moralny: moralnie dobry lub moralnie zły. Trudniej jest pielęgnować dobro niż zło -podobnie jak trudniejsze jest pięcie się w górę niż obsuwanie się w dół. Wspinaczki trzeba się uczyć. Spadanie nie wymaga przygotowań.
Człowiek dorosły bardzo często i niekiedy długo przypomina dziecko. Nie lubi się uczyć. Ucieka od wysiłku. Dziecko ucieka pamięcią od lekcji szkolnych, dorosły - od lekcji życiowych. Dziecko nie lubi myć uszu, dorosły - oczyszczać duszy. Ale gdy dobry Ojciec naciśnie trochę mocniej, dziecko polubi czystość ciała, a dorosły zasmakuje w czystości duszy. I oboje będą gardzili tym, co niegdyś chwalili i co uważali za swoje prawo - prawo do brudu ciała i duszy.