Strona główna

Trzeźwymi bądźcie
 numer 1/2004
 numer 2/2004
 numer 3/2004
 numer 4/2004
 numer 5/2004
 numer 6/2004

okładka"Trzeźwymi bądźcie" nr 4/2004
SPIS TREŚCI

Wstęp, Krzysztof Kościelecki OFMCap

* Problemy alkoholowe i abstynencja*

OAT wobec choroby alkoholowej, s. Lesława Pawełek WDC
Piosenki harcerskie
Al-Anon
Nieprzetarty szlak, Anna Rak
Twórcy polskiego skautingu, Alicja Makowiecka
Spostrzeżenia. Informacje w gablotach, Krzysztof Kościelecki OFMCap
Porozmawiajmy... O wierze, Jan Karczewski OFMCap
Sylwetki. Robert Baden-Powell, A.M.
Listy do Brata Krzysztofa
Terminarz Ośrodka Apostolstwa Trzeźwości

* Apostoł Trzeźwości*

Wstęp, ks. Zbigniew Kaniecki
Wychowanie chrześcijańskie. Dziecięca Krucjata Niepokalanej, Małgorzata Sójka
Ruchy. Odpowiedź na wezwanie Matki Bożej, Oskar Puszkiewicz OFM
Stowarzyszenie młodzieżowe. Harcerze, Alicja Makowiecka
Refleksje homiletyczne. Miłość bliźniego, Tadeusz Pulcyn
Świadectwa. Dywan prosi o wytrzepanie, Tadeusz Pulcyn
Inicjatywy. SIła miłości
Z prasy, Z.O.
Wakacyjne dywagacje, Edward Garstka
Wychowawca - personalista, ks. Marek Dziewiecki
Wypowiedzi, Paweł Wójcik


SYLWETKI

Twórca skautingu
Robert Baden-Powell

      Skauting powstał w Anglii na początku ubiegłego wieku i stopniowo ogarniał cały świat, entuzjastycznie witany na wszystkich kontynentach. głosząc idee braterstwa, które węzłem przyjaźni powinno połączyć wszystkich bez względu na kolor skóry, wyznanie czy narodowość.

      Twórcą skautingu jest gen. Robert Baden-Powell. który w roku 1920 został uznany przez wszystkie organizacje skautowe Naczelnym Skautem Świata. Szereg krajów przyznało mu najwyższe odznaczenia państwowe. Wśród nich nie zabrakło również Polski. W roku 1928 rząd nasz uhonorował Pierwszego Skauta Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu "Polonią Restituta". Jego ojczyzna wyróżniła go tytułem "lorda".

      W lalach 1876 - 1910 był w czynnej służbie wojskowej w Indiach, Afganistanie, Afryce Południowej i Anglii. Pracował także w brytyjskim wywiadzie w wielu krajach Europy. W wojnie przeciw Burom wsławił się obroną miasta Mafeking. Od 1903 roku był generalnym inspektorem kawalerii brytyjskiej, a po osiągnięciu wieku emerytalnego zajmował się organizowaniem i szkoleniem armii terytorialnej w Wielkiej Brytanii.

      W czasie służby w Indiach, od 1884 roku, stosował nowe, oryginalne, własne metody szkolenia żołnierzy, w których znaczną uwagę przywiązywał do indywidualnego wyszkolenia, wyrabiania samodzielności i zaradności. Podczas obrony Mafekingu (1899 - 1900), obleganego przez ponad siedem miesięcy przez Burów, utworzono oddział chłopców do służby pomocniczej (łącznikowej, wartowniczej). Próba ta uświadomiła Baden-Powellowi - Bi-Pi, jak go nazywano - możliwość powierzania młodszym chłopcom odpowiedzialnych zadań pod warunkiem poważnego ich traktowania. Po powrocie do Wielkiej Brytanii w 1902 roku lord Baden-Powell stwierdził, że jego książką "Aids to seouting" (wskazówki do wywiadów), przeznaczoną, dla żołnierzy, interesowała się organizacja młodzieżowa. W celu lepszego dostosowania myśli zawartych w tej pracy do poziomu dzieci i młodzieży Bi-Pi zorganizował w 1907 roku obóz doświadczalny dla chłopców na wyspie Brownsea. W 1908 roku wydał klasyczny podręcznik skautingu "Scouting for Boys" (skauting dla chłopców). Zainteresowanie, z jakim spotkała się książka, spowodowało, iż Baden-Powell w 1910 roku zrezygnował ze służby wojskowej i całkowicie poświęcił się skautingowi: w tymże roku organizacja skautowa w Wielkiej Brytanii liczyła przeszło 100 000 członków.

      Według Baden-Powella skauting powinien być szkołą wychowania obywatelskiego w kontakcie z przyrodą, powinien uzupełniać naturalne luki wychowania szkolnego przez rozwijanie charakteru, zdrowia i sprawności jednostki oraz jej wartości społecznej w codziennej służbie. Wskazując na źródła idei skautowej, Bi-Pi przyznawał, że zawarł w niej nie tylko własne pomysły, ale wzorował się także na wielu zwyczajach różnych narodów i ludów, jak Japończycy czy Indianie, wykorzystał koncepcje filozofów i uczonych, a nawet reguły średniowiecznych zakonów.

      22 lutego 1927 roku, w siedemdziesiątą rocznicę urodzin Roberta Baden-Powella, jak również w dzień rocznicowy urodzin jego żony. Oliwi Baden-Powell, współtwórczyni skautowego ruchu żeńskiego, młodszej od męża o blisko 30 lat, światowe władze skautowe uczciły założyciela swojej organizacji, ogłaszając dzień 22 lutego Dniem Myśli Braterskiej. W późniejszym czasie ten sam dzień został uznany przez skautki za "Dzień Myśli Siostrzanej". Święto to aż do dnia dzisiejszego wpisało się w życie organizacji skautowych całego świata, a więc również i harcerstwa, które swój rodowód wywodzi z pnia skautowego. W Dniu Myśli Braterskiej przy tysiącach ognisk i kominków spotykają się dziewczęta i chłopcy spod znaku lilijki "złączeni węzłem braterskiej miłości", wspominając wspólnie przeżyte dni wielkiej skautowej (harcerskiej) przygody, swoja służbę dla bliźnich i ojczyzny, realizacje w codziennym życiu Testamentu Pierwszego Skauta, który odszedł na niebieskie ognisko w Afryce, u stóp Kilimandżaro - 8 stycznia 1941 roku.

      W pożegnalnych słowach do ogromnej rodziny skautowej stwierdził, że przeżył swoje życie szczęśliwie i apelował: "Starajcie się zostawić ten świat trochę lepszym niż go zastaliście".

      Robert Baden-Powell przekazał nam również receptę na właściwe postępowanie, mówiąc: "Życie jest Wielką Grą, w którą należy zagrać uczciwie i radośnie, a dzień bez uśmiechu jest stracony".

Opracowała A.M.

do spisu treści


Copyright by OAT 2004

DYWAGACJE

Wakacyjne dywagacje

Edward Garstka

Trudniejsze jest pięcie się w górę niż obsuwanie się w dół.
Wspinaczki trzeba się uczyć.
Spadanie nie wymaga przygotowań.

      Namnożyło się teraz na świecie Sokratesów - oj, namnożyło. Każdy z nich stara się zdobyć jak największy wianuszek uczniów, bo to mu splendoru dodaje i do telewizji drogę otwiera, a wiadomo "zaistnieć w telewizji, to jak cię widzą. to o tobie mówią i piszą". Wielu z tych mędrców upodobało sobie młodzież. bo to i przyszłościowa grupa społeczna, i - jeśli celować w dolną granicę wieku (ostatnie klasy szkoły podstawowej i wszystkie szkoły średnie) - łatwiej do niej trafić z wszelkim erzacem filozoficznym. Ulubioną formą przekazu neomędrców jest i ich zdaniem - metoda sokratyczna, a moim zdaniem - metoda reklamowa, która jest nieudolnym symulowaniem metody sokratycznej, polegającym na sugerowaniu młodym ludziom rzeczy, które oni rzekomo "kochają" i wobec tego mają do nich prawo.

     Jakie są to rzeczy? Różne - zależnie od okoliczności. Na przykład przed wakacjami, na których młody człowiek nie tylko może, ale wręcz powinien dać sobie "więcej luzu", mówi się o korzyściach, jakie płyną z "wakacji pod namiotem we dwoje". W takich programach neomędrcy czynią to, co nazwałbym w skrócie stymulacją sytuacji, to znaczy pobudzaniem lub wzmaganiem przeświadczeń czy emocji w rzeczywistości nie istniejących w umysłach i sercach młodych ludzi lub istniejących zaledwie w formie zalążkowej.

     Co w takich rozmowach symuluje młodzież i w czym wspomnieni neomędrcy ją utwierdzają lub co przez inteligentnie sformułowane pytania - z zawartą w nich tezą - podsuwają młodzieży? Niektórzy spośród młodych ludzi - najczęściej chłopcy, skrupulatnie dobierani - symulują dojrzałe człowieczeństwo. Sprowadza się ono dla nich do opanowania arkanów sztuki współżycia seksualnego. Neomędrzec podsumowuje to uwagą, że było to "sprawdzaniem uczucia". Jeden przedstawia się jako "spec" od inicjacji seksualnej. Dzięki miemu jego zeszłoroczna partnerka zmieniła się z "zupełnej gąski..." w co? W każdym razie nie w anioła... Drugi mówi, że jego partnerka mogła się przekonać "na własnej skórze" o złym działaniu środka antykoncepcyjnego, od którego się tyje i o nieuczciwości niektórych lekarzy, którzy, uważają, że "na to" jest jeszcze za młoda. Pożal się Boże neomędrzec autorytatywnie rozstrzyga, że "na to" nie jest wcale za wcześnie: "To dziś normalne, świat poszedł naprzód, coraz więcej młodych zaczyna już w podstawówce". Inni spośród młodych ludzi symulują pionierów wolności seksualnej. Ta wolność - ich zdaniem - bardziej zależy od środków chemicznych i produktów gumowych niż od opanowania seksualnej sfery życia ludzkiego przez wolę człowieka.

     Jeszcze inni spośród młodzieży - przeważnie dziewczęta - symulują miłość. "Symulują", bo kto niejedną z nich miał nauczyć prawdziwej miłości? Ojciec - z dysfunkcyjnej rodziny - który nie interesuje się córką? Czy matka, której jest obojętne, gdzie i z kim córka sypia? Doświadczenia takiej rodziny, które nie należą do rzadkości - sprawiają, że niektóre dziewczęta nie chcą mieć ani męża, ani dzieci. Te same dziewczęta pragną równocześnie wielkiej miłości - i nie ma w tym nic dziwnego, choć może w tym być niebezpieczeństwo stania się łatwą zdobyczą dla mężczyzn, którzy traktują kobiety przedmiotowo. Wszyscy symulujący krytykują Kościół, który rzekomo tylko "potępia i zaleca cnotę", a ponadto nie pozwala młodzieży, prowadzącej pozamałżeńskie współżycie seksualne, korzystać z komfortu czystego sumienia. Krytykują też rodziców, którzy "nie chcą przyjąć do wiadomości, że ich młodociane dzieci mają swoje życie seksualne".

      W związku z powyższymi sprawami warto wspomnieć, że metoda Sokratesa - zwana "maieutyczną". czyli "położniczą" - pomagała urodzić się krytycznej myśli ludzkiej (krytycznej w stosunku do wiedzy rozmówcy: "wiem, że nic nie wiem"). Metodę położniczą można stosować tylko tam, gdzie się coś intelektualnie poczęło. A jak się może coś począć, gdy się stosuje środki antykoncepcyjne? Takie właśnie środki stosują w odniesieniu do swoich młodych rozmówców (uczniów) ci wszyscy neomędrcy, którzy boją się zapłodnić ich mózgi jakąkolwiek myślą o prawdziwej miłości. Mam tu na myśli dorobek chrześcijaństwa w tej dziedzinie. W tym szczególnie dorobek myśli Jana Pawła II.

     W tym wszystkim, co powiedziałem wyżej o wprowadzaniu młodych ludzi w dorosłe życie, najsmutniejsze jest to, że pseudomędrcy podpowiadają im złożenie życia "na ołtarzu wielkiej bzdury". Tak żarliwie broni się przed tym Michał Bajor w piosence (modlitwie?) pt. "Do trzech cnót":

Gdy kruczo krocze przyszłość czarna,
wiatr dziejów niesie wilczy zew,
gdy mnie ścierają czasu żarna
na szczyptę mąki, stertę plew,
gdy na ołtarzu wielkiej bzdury
we mgle kadzideł sprawdzam, że
ty, co przenosić możesz góry,
ty, Wiaro, nie opuszczaj mnie.
Gdy sens istnienia z rąk umyka
i w czarną dziurę wpada świat,
gdy coraz szybciej zegar tyka
i garb starganych ciąży lat,
gdy krąg fortuny martwo stoi
i czarno-biało nawet śnię,
gdy koń już dawno w murach Troi,
Nadziejo nie opuszczaj mnie.
Gdy w ludzkie serca lodem skute
daremnie wcieram uczuć maść,
gdy mi po cichu szyje buty
ten, z którym konie mogłem kraść,
gdy uśmiech każe wietrzyć zdradę,
gdy szukam fałszu w każdej łzie,
gdy dzień po dniu nasiąkam jadem,
Miłości nie opuszczaj mnie.

      Czy człowiek ma prawo żyć tak jak chce? - Ależ oczywiście! - zakrzykną niemal wszyscy. Takie prawo jest gwarancją wolności. Czy człowiek ma prawe żyć w brudzie? - Jeśli chce, nikt, kto szanuje wolność ludzką, nie może mu tego prawa odmówić. Czy człowiek ma prawo żyć w brudzie, jeśli to zagraża innym ludziom? - Tu już głosy nie będą tak zgodne. Jedni powiedzą: tak. Inni gorąco zaprotestują. Ale skoro ma prawo do wolności...? - Wolność nie może być dokuczliwa dla innych. Słowem - nie może być absolutna.

     Życie w brudzie może być dokuczliwe dla otoczenia. Może być rozsadnikiem chorób. A nawet przyczyną epidemii. Ale gdyby nawet było tylko powodem nieprzyjemnego vis-a-vis w tramwaju, autobusie lub przy stole czy dolegliwego côte a côte w kinie, teatrze lub w kościele - już z tego względu musiałoby się spotkać ze społeczną dezaprobatą.

      Różne bywają brudy. Jest brud niewyczuwalny węchem i nierzucający się i w oczy. Brud moralny. Czy człowiek ma prawo żyć w brudzie moralnym? - Oczywiście! - zawoła wielu. To jego prywatna sprawa. Najlepiej szanuje cudzą wolność ten, kto nie tyka cudzej moralności. Czy człowiek ma prawo manifestowania swoich przekonań? - Bez wątpienia! A jeśli żywi przekonanie, że ma prawo manifestowania swego brudu moralnego, co wtedy? Czy w imię wolności przekonań pozwolić mu na apostołowanie złym przykładem? Czy więc przyznać mu prawo do publicznych popisów słownych, od których więdną uszy nie tylko niewinnych dzieci? Prawo do publicznego uprawiania czynów, dawniej zwanych nieobyczajnymi lub nierządnymi, a dziś próbujących zdobyć sobie sławę czynów szczególnie odważnych, przez to społecznie wartościowych? - Jak wolność, to wolność - powiedzą liberałowie. - Wolno być dobrym? To wolno również być złym. Może nie?! Nie tylko "może", ale "na pewno" - nie! Człowiek nie ma prawa być złym człowiekiem. Ma natomiast obowiązek być człowiekiem dobrym. Żadne - ani Boskie, ani ludzkie - prawo nie pozwala czynić człowiekowi, co się żywnie podoba. Gdyby tak było, nie można byłoby pociągnąć człowieka do żadnej odpowiedzialności. Wtedy też żadne prawo nie miałoby sensu.
     Nawet najbardziej prymitywne prawo ludzkie mówi, co należy czynić lub można czynić, a czego czynić nie wolno. Generalnie: żadne nie mówi, że wolno czynić źle. Tymczasem wielu spośród tych, którzy naczytali się głupich powieści (lub naoglądali się bzdurnych filmów) sądzi, że być wolnym, to znaczy mieć prawo zostać świnią. Że nie ubliża człowiekowi być łajdakiem, jeśli ten jest - według Stanisława Jerzego Leca -"łajdakiem nie byle jakim". Zwłaszcza - łajdakiem oryginalnym.

      Gdyby człowiek był Robinsonem, mógłby bezkarnie robić, na swej bezludnej wyspie, co mu się podoba. Tymczasem autonomia ludzka jest ograniczona faktem istnienia innych ludzi. Choć właściwie nawet sytuacja Robinsona jest rozważaniem czysto akademickim z tego względu, że człowiek - nawet na bezludnej wyspie - zawsze znajduje się w relacji do drugiego. Tym drugim zawsze jest Bóg, który wytycza granice autonomii człowieka. Bóg jest prawodawcą człowieka. Człowiek, uświadomiwszy sobie fakt swego istnienia, odkrywa stopniowo prawa swego istnienia i prawa istnienia otaczającego go świata. Człowiek odkrywa nie tylko fizyczne prawa swego bytu, ale i prawa moralne. Ma poczucie obowiązku. Czuje wyrzuty sumienia, gdy sprzeniewierzy się Bogu. Doświadcza dotkliwie własnej słabości. I liczy na pomoc Boga. Jest więc z natury religijny i moralny: moralnie dobry lub moralnie zły. Trudniej jest pielęgnować dobro niż zło -podobnie jak trudniejsze jest pięcie się w górę niż obsuwanie się w dół. Wspinaczki trzeba się uczyć. Spadanie nie wymaga przygotowań.

      Człowiek dorosły bardzo często i niekiedy długo przypomina dziecko. Nie lubi się uczyć. Ucieka od wysiłku. Dziecko ucieka pamięcią od lekcji szkolnych, dorosły - od lekcji życiowych. Dziecko nie lubi myć uszu, dorosły - oczyszczać duszy. Ale gdy dobry Ojciec naciśnie trochę mocniej, dziecko polubi czystość ciała, a dorosły zasmakuje w czystości duszy. I oboje będą gardzili tym, co niegdyś chwalili i co uważali za swoje prawo - prawo do brudu ciała i duszy.

Edward Garstka

do spisu treści


Copyright by OAT 2004