
Strona główna
Trzeźwymi bądźcie
numer 1/2004
numer 2/2004
numer 3/2004
numer 4/2004
numer 5/2004
numer 6/2004
|
"Trzeźwymi bądźcie" nr 5/2004
SPIS TREŚCI
Wstęp, Krzysztof Kościelecki OFMCap
* Problemy alkoholowe i abstynencja*
Kapucyńskie dzieła miłosierdzia, Andrzej Derdziuk OFMCap
Nowenna do św. Ojca Pio
List. Do Brata Sławomira Siczka Ministra Prowincjalnego
Moralne kryteria oceny zachowań patologicznych, Zuzanna Grabczak
Konferencje. Choroba czy grzech?, T.P.
Wydarzenia. Konferencja na temat europejskiej polityki wobec alkoholu, K.K.
Porozmawiajmy... O indywidualizmie, Jan Karczewski OFMCap
Nasi wykładowcy. Powołanie, Tadeusz Pulcyn
Terminarz Ośrodka Apostolstwa Trzeźwości
* Apostoł Trzeźwości*
Wstęp, ks. Zbigniew Kaniecki
Kazania. Przde wszystkim dla Boga, ks. Zbigniew Kaniecki
Ruchy. Natura Krucjaty Niepokalanej, Oskar Puszkiewicz OFM
Działalność wydawnicza OAT w Zakroczymiu, s. Lesława Pawełek WDC
Refleksje homiletyczne. Łazarz i Weronika, Tadeusz Pulcyn
Świadectwa. Gdzież mamie bedzie lepiej, Paweł
Sylwetki. Eucharystia była treścią jego życia, T.P.
Inicjatywy. Krzewienie cnoty trzeźwości, Daniela
Iluzja łatwego szczęścia, ks. Marek Dziewiecki
Z prasy, Z.O.
Opinie. Cywilizacja a kultura, Edward Garstka
Wychowawca - personalista, ks. Marek Dziewiecki
GDZIEŻ MAMIE BĘDZIE LEPIEJ
Paweł nie pije już kilka lat. Wsparciem dla niego jest dorosła córka. - Zawsze wiedziała, że mam problem z alkoholem - zwierza się - a żona nie. Teraz i z żoną, która odeszła ode mnie (zawarła już trzeci związek małżeński) mam dobre kontakty, pomagamy sobie, nie ma już kłótni, zacietrzewień, jak dawniej bywało. Chociaż do rozwoju mojej choroby alkoholowej przyczynił się nasz rozwód.
W domu nie miałem złego przykładu. Tata nie pił i bracia też nie. Ojciec zmarł, gdy miałem 15 lat. Poczułem się wtedy wolny. Poszedłem do wieczorowego technikum budowlanego. Wówczas zasmakowałem w alkoholu. Potem podjąłem pracę i usamodzielniłem się. Często wyjeżdżałem na budowy na Białoruś. Tam panowało totalne pijaństwo. Wkrótce coraz mniej było firm, które chciały mnie zatrudniać.
Żona odeszła ode mnie po dziesięciu latach małżeństwa. Odtąd byłem niespokojny. Obraziłem się na Kościół, na Pana Boga. Chociaż jak Ojciec Święty był w Polsce to zawsze za nim jeździłem i modliłem się, żeby wytrzeźwieć, ale jak Papież odjechał do Watykanu - to ja znów ruszałem w tango.
W BLASKU ŚWIEC
Już nikt nie chciał ze mną pić. Piłem samotnie prawie 30 lat. Rodzina odsunęła się ode mnie. Przychodziły myśli samobójcze. Chciałem powiesić się na działce brata, żeby mu zrobić na złość. Mieszkam na jedenastym piętrze i nie raz stawałem na balkonie, żeby skoczyć, ale strach mnie ogarniał, że się uratuję i będę kaleką.
Aż któregoś dnia obudziłem się i postanowiłem coś ze sobą zrobić. Chciałem pójść do szpitala, ale nie miałem pieniędzy, a nigdzie nie byłem ubezpieczony. Zadzwoniłem do brata...
Zrozumiał moją sytuację. Bez wahania przyszedł - w sobotę - i podpowiedział mi, że jest w Bydgoszczy Ośrodek Rozwiązywania Problemów Alkoholowych. Niedzielę jakoś przeżyłem, a w poniedziałek poszedłem pod wskazany adres i zostałem przyjęty przez terapeutkę. Przez parę godzin płakałem jej w rękaw, opowiedziałem jej swój piciorys, prosząc o pomoc. Przedtem trzy - cztery miesiące udało mi się nie pić, ale potem znów piłem.
Zostałem w Ośrodku na próbę... Pamiętam szczegóły ze spotkań. W blasku świec ludzie opowiadali swoje historie, niektóre epizody z ich życiorysu byty podobne do moich. Zobaczyłem, że ci ludzie jednak teraz żyją inaczej, że wyszli z dołka. Byli przyjaźnie do mnie ustosunkowani. Wrosłem w tę wspólnotę. Dzięki niej doszło do mnie, że problem alkoholowy jest we mnie.
OLŚNIENIE
Byłem poraniony, a przeze mnie inni cierpieli; zagrażałem nawet życiu innych. Bóg uchronił mnie jednak przed najgorszym - nikogo nie zabiłem, nie skończyłem w więzieniu, a przecież gdy bywałem w amoku, wszystko się mogło zdarzyć. Do Zakroczymia przyjechałem pierwszy raz, gdy była tu grupa "Nadzieja". Namówił mnie któryś z kolegów: - Chodź z nami Paweł, może znajdziesz u ojców kapucynów "swojego" Boga. Pojechałem. Doświadczyłem rzeczy niemożliwej, jak mówią inni, którzy ze mną byli; przez cztery dni nawet na chwilę nie zdrzemnąłem się i nie odczuwałem zmęczenia. Nie opuściłem żadnego z punktu ustalonego programem, a w przerwach i w nocy nieustannie słuchałem, co inni - dziś moi przyjaciele - mieli do powiedzenia. W kaplicy odczuwałem jakąś nową, nieopisaną rzeczywistość. Olśnienie - Bóg mnie kocha. Bóg mnie kocha przez tych ludzi, którzy mnie otaczają, którzy mi naprawdę dobrze życzą i chcą, żebym żył prawdziwie. Przedtem kościół kojarzył mi się z konfesjonałem. Zawsze myślałem, że Bóg mnie karze za moje przewinienia, że dla Niego jestem, że tak się wyrażę, szmatą. Tymczasem w Zakroczymiu właśnie doszło do mnie: Bóg jest miłosierny i czeka na mnie, i akceptuje mnie takiego, jakim jestem. Wiele zawdzięczam o. Krzysztofowi, którego wybrałem sobie na spowiednika. On prowadzi mnie i dodaje mi sił w trwaniu w trzeźwości.
MUSIAŁA ZOBACZYĆ I UWIERZYĆ
Córka pyta: Tatuś, który to już raz jedziesz do Zakroczymia? Piąty - odpowiadam. Pierwszy raz jak wróciłem do domu po spotkaniu zakroczymskim to mówiła, że wróciłem z aureolą, ale nie wierzyła, że ją utrzymam. Dopiero za czwartym razem powiedziała: trochę się zmieniasz. Jej wierzę, bo wiem, że mnie kocha i mówi szczerze. A ja też mówię jej, co mnie boli, gdy rozmawiamy ojej problemach. Na początku myślałem, że ją szybko nawrócę. A teraz tylko Boga proszę o wsparcie. I są efekty. Kiedyś mówiła: stałam koło kościoła. Potem wyznała, że była na Mszy św.
Brat czyta Pismo Święte. Nie kazałem mu tego robić. Tylko sam czytałem. Czuję łaskę Boga w swoim życiu: jest też Bóg obecny w mojej rodzinie.
Żeby nic być sam. szukam drugiej osoby. Żyłem w związku z kobietą, ale jakoś nie pasowaliśmy do siebie. Powiedziałem jej, że na pierwszym miejscu jest dla mnie Siła Wyższa, potem wspólnota AA i córka, i rodzina, a potem dopiero ona. To jest dla niej nie do przyjęcia. Tak Jest dziś, taką kolejność wymieniam teraz. Może to się jeszcze zmieni, ale Bóg zawsze będzie na pierwszym miejscu, a wspólnota wciąż jeszcze mi nie obrzydła...
W 2000 roku pracowałem w Licheniu jako wolontariusz. Miałem być tam 10 dni, ale zadzwonił brat, że mama umiera. Krzyczałem do Matki Bożej Licheńskiej: Przecież coś z sobą robię, trzeźwieję, a Ty mi matkę zabierasz?
Gdy kolega mnie odwiózł do szpitala, zastałem ją milczącą, nie mówiła nic, aleja zdążyłem jej powiedzieć wszystko.
Wróciłem do Lichenia. Ks. Dariusz Kwiatkowski powiedział mi: chodź sobie Paweł swoimi ścieżkami i już nie pracuj. Łaziłem po sanktuarium i myślałem. Zrozumiałem, że mama żyła tak długo, choć od dawna chorowała, by mnie zobaczyć i uwierzyć, że ja naprawdę od lat nie piję.
W czasie pogrzebu mamy byłem już pogodzony z Bogiem. Od chwili gdy w kaplicy prosiłem o modlitwę różańcową w intencji mamy, nie uroniłem ani jednej łzy, byłem spokojny. Mama poszła do Nieba. Gdzież mamie będzie lepiej. Liczę na to, że się kiedyś spotkamy.
Notował Tadeusz Pulcyn

Copyright by OAT 2004
ILUZJA ŁATWEGO SZCZĘŚCIA
ks. Marek Dziewiecki
Jeszcze nigdy w historii Polski i Europy nie było tylu ludzi młodych popadających w uzależnienia, choroby psychiczne, stany samobójcze, dopuszczających się przemocy i stających się ich ofiarami, a także - co najgorsze - ludzi obojętnych na własny los.
POWTARZANIE PIERWORODNEGO DRAMATU Głównym źródłem kryzysu młodego pokolenia jest uleganie mitowi o istnieniu łatwego szczęścia, a zatem szczęścia osiągniętego spontanicznie. "na luzie", bez wysiłku, bez czujności i dyscypliny, bez współpracy z Bogiem, bez zasad moralnych i obowiązków, bez miłości i prawdy. bez wierności i odpowiedzialności. W świetle empirycznych faktów obietnica tego typu łatwego szczęścia jest oczywistą iluzją, fikcją, utopią. Właśnie dlatego tego typu obietnica to najgroźniejsza pułapka, jaką człowiek może zastawić na samego siebie lub w jaką może być wciągnięty przez innych ludzi.
Uleganie iluzji łatwego szczęścia to nic nowego. To powtarzanie dramatu grzechu pierworodnego. Pierwsi ludzie uwierzyli, że własną mądrością odróżnią to, co ich rozwija, od tego, co ich krzywdzi i że poradzą sobie z życiem bez Boga, a nawet wbrew Bogu. Zdecydowali, że jeśli będą się w tej sprawie z kimś konsultować, to na pewno nie z Bogiem, ale z jakimś "syczącym" głosem z zupełnie innego drzewa niż rajskie - drzewo odróżniania dobra od zła. Co więcej, uwierzyli, że jeśli przekroczą Boże przykazania. to sami staną się "bogami". Oto pułapka łatwego szczęścia w postaci najbardziej radykalnej i pierwotnej. Obecnie takie syczące, toksyczne głosy i podpowiedzi ludzie młodzi mogą usłyszeć w wielu programach telewizyjnych czy radiowych, wyczytać w czasopismach i na plakatach reklamowych, a nawet usłyszeć z ust nieodpowiedzialnych wychowawców.
Obserwujemy bardzo wiele przejawów podążania za iluzją łatwego szczęścia. Popatrzmy na niektóre z nich. Czytelnym przykładem w tym względzie jest szukanie łatwych pieniędzy, a zatem takich, których nie zdobywamy przez uczciwą pracę, lecz przez cwaniactwo, korupcję, kradzież, sprzedawanie własnego ciała i sumienia (np. prostytucja) albo poprzez wzbudzanie litości umiejętnie "wyeksponowaną", choć zwykle jedynie udawaną, biedą (np. "zawodowi" żebracy). Podobną filozofią życia kierują się ci, którzy szukają łatwej kariery. Nic dążą oni do osiągnięcia wysokiego poziomu kompetencji, pracowitości i odpowiedzialności, ale chcą awansować w życiu zawodowym i społecznym w oparciu o znajomości, łapówki i rezygnację z podstawowych zasad moralnych.
Inny przejaw podążania za iluzją łatwego szczęścia to "łatwy" seks, czyli współżycie seksualne oderwane od miłości i odpowiedzialności. Mimo że znaczna część tego typu zachowań prowadzi do przemocy i przestępstw (np. gwałt, molestowanie seksualne), a nawet śmierci (choroba AIDS. aborcja), to mit o istnieniu łatwego seksu trwa nadal. Z mitem tym wiąże się dążenie do zapewnienia sobie łatwego "bezpieczeństwa". W sferze seksualnej dążenie to przejawia się poprzez wiarę, że antykoncepcja czy prezerwatywa zapewni "bezpieczny" seks, alkohol czy narkotyk zapewni bezpieczne samopoczucie. a polisa na życie zapewni szczęśliwą starość i spokojne umieranie.
Kolejny typowy przejaw iluzji łatwego szczęścia to mit o istnieniu łatwych więzi. Przejawia się on w budowaniu więzi, które nie są oparte na miłości, wierności i odpowiedzialności, ale na "partnerstwie". W ten sposób współczesny człowiek łudzi się, że relacje międzyludzkie, które mogą być wystarczającą podstawą współpracy w handlu, przemyśle czy sporcie, mogą też być wystarczającą podstawą życia w małżeństwie i rodzinie.
Niemniej toksyczne mity to przekonanie, że istnieją łatwe wartości, łatwa moralność czy łatwa uczciwość. Mit ten przejawia się w twierdzeniu, że wartościowe jest to, co dana osoba sobie ceni (nawet jeśli to jest narkotyk czy przemoc), że moralne jest wszystko, co robi tak zwana większość społeczeństwa czy że każdy człowiek (także morderca lub złodziej) jest uczciwy, dopóki nie zostanie skazany prawomocnym wyrokiem sądowym.
Kolejnym przejawem szukania łatwego szczęścia jest łatwe "usprawiedliwianie" własnych błędów. Typowe obecnie strategie w tym względzie to twierdzenie, że nie przekroczyłem prawa, że inni też postępują podobnie czy że moje słabości lub uzależnienia są "wrodzone". Doszliśmy już do tego punktu, w którym politycy, dziennikarze, a nawet wychowawcy tworzą łatwy i przyjemny język, w którym wszystko jest pozytywne i dobre, tylko "inaczej": kłamstwo to prawda inaczej, zniewolenia to wolność inaczej, zabijanie i o ochrona życia inaczej, a kradzież to uczciwość inaczej.
Uleganie iluzji łatwego szczęścia prowadzi ostatecznie do sytuacji, w której najważniejszą zasadą staje się szukanie doraźnej przyjemności. W ten sposób postępowanie typowe dla niemowląt, małych dzieci czy ludzi skrajnie niedojrzałych staje się obecnie ideałem i miarą "postępowości". Dzieje się tak mimo oczywistego taktu, że kierowanie się doraźną przyjemnością jest najkrótszą drogą do uzależnień, przestępstw i dramatycznych krzywd, wyrządzanych samemu sobie i innym ludziom.
PRZYCZYNY MODY NA MIT O ŁATWYM SZCZĘŚCIU
Podstawową przyczyną podążania współczesnych ludzi za mitem o istnieniu łatwego szczęścia jest naiwność i słabość z jednej, a cynizm i manipulacja z drugiej strony. W każdych czasach ludzie marzyli o łatwym szczęściu i część z nich ulegała iluzji, że takie szczęście naprawdę na tej ziemi istnieje. Symbolem tego typu ludzi naiwnych i niedojrzałych jest syn marnotrawny z przypowieści Jezusa, który opuszcza kochającego ojca, naiwnie licząc na to, że sam ma lepszy, bo łatwiejszy pomysł na osiągnięcie radości i szczęścia. Równie naiwni okazują się współcześni rodzice, którzy starają się kochać swoje dzieci, ale nie stawiają im wystarczająco jasnych i stanowczych wymagań. Wielu z tych rodziców to ostatnie pokolenie tych, którzy słuchali swoich rodziców i pierwsze pokolenie tych, którzy słuchają swoich dzieci. W konsekwencji przegrywają na tym obie strony.
Obecnie mamy jednak do czynienia ze znacznie bardziej niebezpieczną niż dawnej sytuacją, gdyż toksyczny wychowawczo mit o istnieniu łatwego szczęścia jest podtrzymywany nie tylko przez naiwnych i niedojrzałych młodych ludzi czy niektórych równie naiwnych rodziców. Mit ten stał się "poprawną" politycznie ideologią dominującej kultury. Niestety nawet liczni pedagodzy i psycholodzy - a zatem ci, którzy z definicji powinni uczyć realizmu i zdrowego rozsądku - obiecują iluzję łatwego szczęścia, zachęcając do tak zwanego "pozytywnego" myślenia (zamiast myślenia realistycznego) oraz do tak zwanego "pozytywnego" obrazu samego siebie (zamiast obrazu realistycznego, czyli zróżnicowanego). Ponadto tego typu psycholodzy i pedagodzy obiecują, że pomogą swoim wychowankom w osiągnięciu lepszego samopoczucia psychicznego bez konfrontowania ich z własną sytuacją życiową i bez mobilizowania do modyfikowania tych zachowań, przez które dany człowiek wyrządza krzywdę sobie lub innym ludziom. Część (anty)wychowawców zeszła już na tak niski poziom demagogii i populizmu pedagogicznego, że podtrzymują absurdalne mity o spontanicznej samorealizacji, wychowaniu bezstresowym czy szkole neutralnej światopoglądowo.
Najważniejszą przyczyną obecnej mody na mit o łatwym szczęściu nie jest jednak ludzka naiwność czy słabość, ale świadomie zaprogramowane działania ze strony cynicznych dorosłych.
Chodzi tu zwłaszcza o niektórych polityków i ludzi biznesu. Motywem ich działania jest chęć zdobycia łatwej władzy i łatwego zysku. Ludzie ci wiedzą, że najłatwiej rządzić i manipulować tymi, którzy są naiwni, uzależnieni i nieszczęśliwi. Na takich ludziach można też najwięcej i najszybciej zarobić, gdyż ludzie naiwni i nieszczęśliwi kupią najbardziej nawet toksyczne towary i usługi (np. alkohol, narkotyk, nikotynę. pornografię, prostytucję, antykoncepcję czy usługi terapeutyczne) w poszukiwaniu namiastki szczęścia i ulgi. Z tego właśnie względu cyniczni politycy obiecują w kampaniach przedwyborczych, że zapewnią wszystkim łatwe szczęście i że dadzą im pełną "wolność" w życiu osobistym, rodzinnym i obyczajowym, łącznie z "wolnością" zabijania własnych nienarodzonych dzieci czy własnych rodziców - staruszków.
Podobnie twórcy reklam obiecują, że kupno określonej rzeczy z pewnością zapewni kupującemu trwałe szczęście. W konsekwencji drugą - obok syna marnotrawnego - ikoną współczesnego człowieka jest biblijny Józef egipski, sprzedany do niewoli przez własnych braci, którzy zazdrościli mu jego snów i aspiracji, a jednocześnie chcieli na nim zarobić.
KONSEKWENCJE MITU O ŁATWYM SZCZĘŚCIU
Utopia łatwego szczęścia to oficjalny program ponowoczesności, a zwłaszcza znacznej części polityków, ludzi biznesu, a także ludzi związanych ze światem filmu, teatru, rozrywki i środków masowego przekazu. W konsekwencji współczesna cywilizacja promuje egoistyczny indywidualizm i hedonizm, naiwny subiektywizm, cyniczny relatywizm oraz pustkę aksjologiczną.
Nieuchronną konsekwencją podążania za iluzją łatwego szczęścia jest ucieczka od prawdy i rzeczywistości w świat subiektywnych przekonań. Prawda bowiem otwiera nam oczy na oczywisty takt, że na tej ziemi musimy wybierać między trudnym szczęściem (poprzez miłość i odpowiedzialność) a łatwym nieszczęściem (przez kierowanie się doraźną przyjemnością). Właśnie dlatego iluzja łatwego szczęścia prowadzi do zastępowania prawdy subiektywnymi przekonaniami. Okazuje się, że w systemach totalitarnych ludzie boją się mówić to, co myślą, a w "nowoczesnych" demokracjach ludzie boją się... myśleć. Boją się myśleć zwłaszcza o własnym postępowaniu i o jego naturalnych konsekwencjach. Uleganie iluzji łatwego szczęścia prowadzi żalem do tchórzostwa wobec prawdy i do kierowania się w życiu samobójczą strategią typu: róbcie, co chcecie.
Równie dramatyczną konsekwencją ulegania iluzji łatwego szczęścia jest ucieczka od miłości. Mądra i wierna miłość, za którą najbardziej tęsknimy, stawia nam bowiem twarde wymagania. Jest nie tylko szczytem dobroci, ale też szczytem inteligencji i roztropności. Zamiast miłości. której uczy nas Chrystus, naiwny człowiek proponuje sobie tak zwane "wolne" związki. Tymczasem "wolne" związki nie istnieją, podobnie jak nie istnieje sucha woda czy kwadratowe koło. To wewnętrznie sprzeczne wyrażenie oznacza w rzeczywistości związki niewierne, nietrwałe i niepłodne. Do "wolnych" związków odwołują się jedynie ci, którzy nie wierzą, że istnieje chociaż jeden człowiek, który mógłby ich pokochać miłością wierną i nieodwołalną i że oni sami mogliby pokochać kogoś taką właśnie miłością.
W konsekwencji podążania za iluzją łatwego szczęścia i kierowania się doraźną przyjemnością, gwałtowanie rośnie liczba ludzi młodych, którzy są zupełnie niezdolni do kierowania się prawdą i miłością, którzy nie doświadczają radości życia, którzy popadają bardzo często w śmiertelne uzależnienia, rozpacz i obojętność na własny los, tworząc cywilizację naiwności, egoizmu i śmierci.
Zarówno ludzka naiwność, jak i cynizm niektórych ludzi nie zna granic. Na szczęście nie zna granic również miłość i cierpliwość Boga wobec człowieka. W swojej fantazji miłości Bóg Ojciec posłał do nas swojego Syna, aby odsłonić nam do końca prawdę, która wyzwala nas z ignorancji i iluzji oraz miłość, która nas przemienia i która jest sensem naszego życia. Syn Boży nie tylko objawił nam prawdę i miłość, ale ustanowił też Kościół, by chronić człowieka przed jego wewnętrzną słabością i naiwnością oraz przed cynizmem i okrucieństwem ze strony innych ludzi.
Podstawowym zadaniem Kościoła jest uczyć myśleć i kochać jak Chrystus oraz demaskować wszystkie karykatury prawdy i miłości. To właśnie dlatego chrześcijaństwo jest tak bardzo atakowane zarówno przez ludzi naiwnych, jak - jeszcze bardziej - przez ludzi cynicznych. W sposób szczególnie agresywny zachowują się ci. którzy próbują manipulować społeczeństwem i zarabiać na ludzkiej słabości i naiwności. Tacy ludzie będą zawsze odnosić się z agresją i przewrotnością do tej religii, którą uczy człowieka trzeźwo myśleć i mądrze kochać.
Drugim - obok demaskowania naiwności i cynizmu - zadaniem wierzących w Jezusa Chrystusa jest nieustanne powracanie do źródeł, czyli ponowna konfrontacja samych siebie i współczesnego świata mądrością Ewangelii, a także odczytywanie znaków czasu w świetle słów i czynów Pana Jezusa. Naiwne i nieodpowiedzialne wychowanie to nowa forma braku miłosierdzia ludzi dorosłych wobec dzieci i młodzieży.
Dojrzały wychowawca chrześcijański to ktoś, kto dosłownie ratuje życie młodemu pokoleniu, gdyż chroni wychowanków przed iluzją łatwego szczęścia i kieruje się pedagogiczną mentalnością zwycięzcy, czyli proponuje dzieciom i młodzieży wyłącznie optymalną drogę życia: w prawdzie i miłości do Boga, samego siebie i bliźniego. Taki wychowawca przyprowadza młodych do Chrystusa, gdyż wie, że tylko On może w pełni objawić człowieka człowiekowi i nauczyć go tej miłości, za którą każdy z nas tęskni najbardziej.
Ks. Marek Dziewiecki

Copyright by OAT 2004
|
|