
Strona główna
Trzeźwymi bądźcie
numer 1/2005
numer 2/2005
numer 3/2005
numer 4/2005
numer 5/2005
numer 6/2005
|
"Trzeźwymi bądźcie" nr 6/2005
SPIS TREŚCI
Wstęp, Krzysztof Kościelecki OFMCap
* Problemy alkoholowe i abstynencja*
Drzwi do Nieba, Krzysztof Wojcieszek
Wiersze Jolanty Rumińskiej
Profilaktyka skuteczna, ks. Marek Dziewiecki
Zaproszenie na wieczór wspomnień o Ojcu Banignusie Sosnowskim
Świadczy o Bożym Miłosierdziu, Tadeusz Pulcyn
Porozmawiajmy... O tym, co najważniejsze, Jan Karczewski OFMCap
Przemyślenia. Poczucie winy, Marek Skowroński OFMCap
Rocznice. 70-lecie AA, Przyjaciel Billa W.
Terminarz Ośrodka Apostolstwa Trzeźwości
* Apostoł Trzeźwości*
Wstęp, ks. Zbigniew Kaniecki
Kazania. A jednak zło dobrem zwyciężaj, bp Antoni P. Dydycz
Apel Zespołu Apostolstwa Trzeźwości
Wspomnienia. Wigilijna wdzięczność, A.R.
Refleksje homiletyczne. Póki czas, Tadeusz Pulcyn
Wiersze Łukasza Kota
Sylwetki. Bronisław Markiewicz, T.P.
Reportaże. Cuda na Siekierkach, Tadeusz Pulcyn
* Wspólnota Kościoła *
Setna rocznica odrodzenia nowicjatu, Roland Prejs OFMCap
Z prasy. Kto pije w pracy, Zbigniew Olejnik
Wideoteka. Filmy na święta, Bartłomiej Pulcyn
DRZWI DO NIEBA
PODARUNEK DLA IRLANDZKICH PRZYJACIÓŁ
Krzysztof Wojcieszek
Wigilię prawdziwą, przemieniającą mają tylko ci,
którzy z wiarą się nie rozstali,
chociażby ta ich wiara była ukryta w zakamarkach duszy.
Może wszystkie przemiany biorą w Wigilię swój początek?
Może wszyscy uzależnieni od alkoholu
zdrowieją w wigilijny wieczór,
a tylko objawy ich zdrowienia wychodzą potem?
Co my, Polacy, mamy najpiękniejszego? Polską Wigilię. Dziś, kiedy kolejny zakręt dziejów przypomina nas światu, gdy rośnie liczba bezpośrednich spotkań z przedstawicielami innych narodów, rośnie też waga takich pytań - co my, Polacy, mamy najpiękniejszego?
Miałem wiele ciekawych spotkań z cudzoziemcami i zwykle byłem zaskoczony ich ignorancją w sprawach Polski; naszych dziejów, kultury zupełnie nie znali. Jednak to pytanie o najcenniejsze polskie wartości przyszło mi do głowy niedawno. Otóż od wielu lat przyjaźnię się z Irlandczykami. Nie jest to może coś zaskakującego dziś, gdy panuje moda na celtycką kulturę, ale moje zainteresowania Irlandią kształtowały się nieco inaczej niż typowa "celtykomania". Nie słucham zbyt wiele irlandzkiej muzyki, choć piękna, nie zatapiam się w lekturze Joycea. Cenię sobie natomiast zwykłych Irlandczyków, rozpoznając w nich podobieństwo do nas w sprawie zupełnie zasadniczej: nieustannego zmagania się z własną historią.
To niewiarygodne, jak bardzo jesteśmy pod wieloma względami podobni! Nasi historyczni bohaterowie są jak dwie krople wody. Oto młody bojownik, uczestnik Powstania Wielkanocnego bierze ślub w angielskim więzieniu w Dublinie na dzień przed egzekucją, tak jak zaledwie kilka lat wcześniej polski więzień w carskim więzieniu w Łodzi na dzień przed szubienicą.
Oba niemal identyczne wydarzenia z początków XX wieku dzieli zaledwie kilka lat i aż 1800 km dystansu w linii prostej. Kiedyś przy stole w Dublinie żona opisywała mój charakter znajomemu tubylcowi. Gdy doszła do tego, że jestem czasem gwałtowny i lubię walczyć, westchnął po angielsku: - He must be Irish! (musi być Irlandczykiem!).
A nasi święci? Zestawmy misyjny zapał św. Brendana czy Kolumbana z pracą św. Jacka czy św. Andrzeja Boboli. Jesteśmy bardzo do siebie podobni, choć wiele nas też różni.
Dlaczego to podkreślam? Bo według starożytnych filozofów, aby mogła zaistnieć przyjaźń, musi być podobieństwo, przyleganie kształtów. Dzięki temu mam irlandzkich przyjaciół i korzystam z przywileju przeglądania się w ich oczach jak w lustrze. Bo jak najlepiej można zobaczyć siebie? Właśnie w oczach, w spojrzeniu innych. Do dziś żywo pamiętam reakcję pewnej lekarki, Anny z Zielonej Wyspy, gdy po odebraniu jej z lotniska jechaliśmy w grupie Irlandczyków, Szkotów i Anglików przez Mazowsze. Na jej twarzy malował się zachwyt naszym swojskim krajobrazem. - Piękny kraj - mówiła z przejęciem - piękny kraj! Krzysztof mieszkasz w pięknym kraju!
A za oknami samochodu było zwyczajnie: płaskie pola, trochę drzew, gospodarstw, gdzieniegdzie koń, kilka krów... Nic specjalnego, naprawdę. Monotonna równina łowicko - błońska. A tu: piękny kraj!
Tego samego wieczoru przekonałem się o naszym słowiańsko-celtyckim podobieństwie w poczuciu humoru. Otóż zaprosiłem moich gości do zwiedzania przydrożnych atrakcji, wśród których była bazylika w Niepokalanowie. Irlandczycy i Szkoci raźno zwiedzali świątynię, Anglicy byli nieco bardziej powściągliwi(wiadomo: antypapiści!), a zwłaszcza jeden - David. Siedział z ponurą miną w mikrobusie i nie chciał wyjść. Trudno.
Nasz kierowca słabo znał drogę i gdzieś pod Kampinosem zgubił się. Po długim kluczeniu wyjechaliśmy niespodziewanie - znów przed bazylikę niepokalanowską. Poleciłem zatrzymać samochód, po czym spokojnie oznajmiłem: - Proszę Państwa ! Kolega David nie miał okazji obejrzeć franciszkańskiego kościoła, zatem teraz mu to umożliwimy. Zapraszam Pana !
Nieszczęsny Anglik potraktował moje słowa poważnie, zbladł, zesztywniał z przerażenia, ale na szczęście wyzwolił go śmiech. Mój i ... Irlandczyków, którzy szybko zrozumieli żart.
Nie sam jednak śmiech towarzyszył tej wizycie. Były i łzy. Ponieważ akurat przypadało Boże Ciało, zabrałem wyspiarzy do Łowicza. Byli zachwyceni i szybko dołączyli do grona Japończyków fotografujących łowiczanki w barwnych strojach. Oprócz Anny. Ona była wzruszona, poruszona, a w końcu zaczęła chlipać. Gdy spytałem, co się stało, usłyszałem: - A u nas też tak było, a teraz nie jest! Pamiętam, gdy jako dziewczynka szłam w białej sukience w podobnej procesji, a teraz dzieje się tak coraz rzadziej. Coś straciliśmy i chyba na zawsze!
Działo się to wszystko wiele lat temu i wtedy do głowy nikomu by nie przyszło, że będzie Unia od Dublina do Lublina. Jednak łzy Anny jakoś nie wychodziły mi z pamięci.
Gdy ostatnio odwiedziłem grób św. Patryka, patrona Irlandii i zaprosiłem moich irlandzkich przyjaciół do kolejnych odwiedzin w Polsce. Zacząłem się zastanawiać, co im pokazać. Ludzie mają bardzo różne zamiłowania. Kiedyś trafił mi się taki gość, który był hobbistą transportu kolejowego i koniecznie chciał zobaczyć stare parowozy. I zobaczył.
Jednak to zasadnicze pytanie ciągle chodziło za mną: morze czy góry? Przecież mają jedno i drugie u siebie. A może by tak coś z kultury? Owszem, ale musi to być coś bardzo cennego i unikatowego... Przecież to będzie zima - myślałem - a więc ... Wigilia. Polskie Gody! I od razu otworzył mi się w pamięci obraz moich Wigilii, czasem radosnych, czasem smutnych, ale zawsze bardzo poruszających.
Co takiego jest w Wigilii, że tak nas porusza ? Jest w niej jakaś tajemnicza siła. Oczy wiary szybko odkryją sekret: przecież to "Bóg się rodzi, moc truchleje!" Zatem musi być potężnie i poruszająco. Zaraz, zaraz... przecież Bóg się już urodził i było to na Bliskim Wschodzie, całe dwa tysiące lat temu ! Czy nie za szybko przywłaszczamy sobie małego Jezusa i jego Matkę? A może to jest tak, że Bóg chce i lubi rodzić się nad Wisłą? I to raz za razem, co roku? To chyba megalomania, nieprawdaż?
A zatem, jaka tajemnica kryje się w wieczorze wigilijnym Bożego Narodzenia? Co na to teologia, filozofia, etnologia i wiedza o kulturze?
Już byłem bliski przerwania tych rozważań, ale w porę się zmitygowałem. Może tajemnicę tę da się okryć w świetle własnych wspomnień...
Jakie były moje Wigilie? Najstarsze moje wspomnienia to przedziwna mieszanina obrazów i zapachów z przygotowań do Wigilii. Bo Wigilia to nie tylko wieczerza, to również ta cudowna krzątanina, ten kairos, czas szczególny przed nią. Czasem myślę, że może on ważniejszy, ten czas przed...? Czas oczekiwania. Zaiste, miał rację Ewangelista, gdy pisał: "A gdy nadeszła pełnia czasu"... Przecież w tamtym czasie nastąpiło spotkanie z Wiecznością, ukazanie Wcielonego Bożego Słowa zdumionemu światu. To był punkt zwrotny całej ludzkiej historii. Objawił się Bóg, jasno jak w dzień. Może z tego nasza Wigilia czerpie ten szczególny dar zawieszenia czasu i jego uszlachetnienia. Wigilia jest jak okno do Wieczności, jak okno do Nieba.
Zanim jednak spoglądaliśmy w niebo, szukając gwiazdy, co w moim warunkach zadymionego miejskiego nieboskłonu nie było łatwe, trzeba było bardzo wiele zrobić. Dom wypełniał się zapachami: kiszonej kapusty, mielonego maku, ryb, szarego mydła do szorowania podłogi i ogólnej czystości. Do dziś po zapachu poznałbym, czy to już zbliża się Wigilia, czy jeszcze nie.
Pamiętam adwentowe nabożeństwa; kojarzą mi się z czymś, co już nie istnieje. Mama zabierała mnie zawsze na gorącą wodę mineralną, której punkt sprzedaży był tuż przed kościołem Świętego Ducha w Łodzi przy ulicy Piotrkowskiej. Robiła tak z przemyślności, aby uatrakcyjnić maluchowi, zniecierpliwionemu liturgią, przedwigilijny czas. Pamiętam też, że z tego samego powodu kupiła mi na przykościelnym kiermaszu moją ulubioną do dziś książkę - "Kubusia Puchatka".
Życie przed Wigilią się zmieniało także w relacjach z sąsiadami. Wygasały lokalne animozje i kłótnie; nadchodził nie wiedzieć skąd "pokój Boży" (treuga Dei) i nie godziło się postępować źle, w każdym razie nie tak samo jak w ciągu roku. Zawsze zadziwiało mnie, że wszyscy pijacy z naszej starej kamienicy są tak poruszeni i zaniepokojeni perspektywą Przemiany, jaka już niebawem miała objąć świat. Tak jakby mieli przeczucie, że coś będzie inaczej. A inaczej to znaczy na trzeźwo. I bali się, i z tego strachu musieli się znieczulać. Tak jakby się lękali zbliżania się do Wigilii. Wśród nich był też mój ojciec. Jako dziecko nie odczuwałem dramatyzmu tego oczekiwania, tego zmagania się ojca z samym sobą i dręczącym go demonem.
Dopiero po śmierci mamy, gdy zostaliśmy z tatą i jego nałogiem sami, ze zdumieniem odkryłem, jakie musiały być Jej Wigilie.
Czas świąteczny był dla niewolników alkoholu bardzo dramatyczny. W kategoriach psychologicznych można mówić o jakimś typie interwencji sytuacyjnej, jakiej podlegali. Tak jakby świętowanie oznaczało konieczność jakiegoś wglądu w siebie. Gdzieś z zakamarków świadomości musiały wypełzać przerażająco jasne myśli o własnym stanie, o ciężkiej niewoli, o umieraniu... Coś jak sąd ostateczny, jak prześwietlenie. Jednocześnie to odsłaniało dwoistość psychiki osoby uzależnionej, która przecież NIE CHCE być taka, jaka jest, jaka bywa! I to "nie chcę" walczyło jakoś z "chcę", co powodowało zwiększoną potrzebę picia, a to z kolei wywoływało gwałtowne reakcje rodzin, a to z kolei...
Doświadczałem więc cierpienia w czasie świątecznym i dobrze rozumiem tych, dla których Wigilia nadal znaczy "troska i ból" zamiast radości.
Ale potem przyszły jeszcze inne Wigilie. Wigilie, gdy tata stawał na nogi, gdy wspólnota AA i Al-Anon stawały się naszym oparciem. Wróciła radość i to jaka radość - kosmiczna!
Dziś z perspektywy lat minionych sądzę, że mimo wszystko w tym wypełnianiu się czasu jest więcej dobra Bożej Opatrzności niż ludzkiej ułomności. Wykrzesane z nas wigilijne dobro silniejsze jest od naszych codziennych zniewoleń. Bierze się bowiem z wiary, w niej się zakorzenia.
Wigilię prawdziwą, przemieniającą mają ci, którzy z wiarą się nie rozstali, chociażby ta ich wiara była ukryta w najgłębszych zakamarkach duszy. A może wszystkie przemiany, biorą w Wigilię swój początek? Może wszyscy uzależnieni od alkoholu zdrowieją w wigilijny wieczór, a tylko objawy ich zdrowienia wychodzą potem?
Chyba to jest właśnie tak. Mamy jeszcze Wiarę w narodzie, która przebłyskuje w czasie oczekiwania na Boże Narodzenie. I to jest ten dar, którym chciałbym się dzielić z moimi irlandzkimi przyjaciółmi. "Dzielmy się wiarą jak chlebem..." - zawsze. I nie dawajmy przystępu smutkowi - nigdy.
Bóg się rodzi! Jest Miłość! Jaśnieje Nadzieja!
Krzysztof Wojcieszek

Copyright by OAT 2005
ŚWIADCZY O BOŻYM MIŁOSIERDZIU
25 czerwca 1985 roku przestałem pić - zwierza się Ryszard - ale nie wiedziałem, co dalej ze sobą zrobić.
Stosunków dyplomatycznych z Panem Bogiem nie miałem,
bo przez lata butelka była dla mnie wszystkim,
a nie Jego Dziesięć Przykazań.
Chodziłem na mityngi, ale tak jakbym światła nie widział, jakbym był zadżumiony.
Postanowiłem być taki jak on
Zdesperowany poszedłem do znajomej psycholog i krzyczę: Zosiu ratuj mnie! Ona na to: Rysiek, nie jestem w stanie ci pomóc; tobie się Klub Abstynenta nie podoba, AA też nie. Jesteś pyszny, zbuntowany. Nic nie zrobię. Ja na to: Boże, Zosiu, świat mi się wali. Kto mi pomoże, jeśli nie ty, któraś tyle już dla mnie zrobiła? - Cisza. Wyszła z pokoju i po chwili przyniosła coś w ręku. - Popatrz tylko On jest w stanie cię uleczyć. Patrzę krzyż, na nim Chrystus. Ukląkłem, ona obok mnie. Płakaliśmy. Przez lata zapomniałem Ojcze nasz. Umiałem się tylko przeżegnać.
Od tego momentu On już za mnie wszystko robi, czego jestem świadomy. Trzyma mnie, żebym nie wrócił do nałogu. A trudno jest wytrwać w towarzystwie alkoholika zwłaszcza trzeźwiejącego.
Czasem dzieci mówiły: Może niech tata znów zacznie pić, bo nas terroryzuje tą swoją trzeźwością. Raniłem najbliższe mi osoby; byłem trzeźwy, ale wpadałem w furię, kląłem, czepiałem się o byle co.
Wreszcie wybrałem się na rekolekcje do Swarzewa, do sanktuarium Królowej Polskiego Morza. Tam zrozumiałem, że Jezus nikogo nigdy nie zranił. Potem pojechałem do Zakroczymia do kapucyńskiego Ośrodka Apostolstwa Trzeźwości. W progu przywitał mnie o. Benignus Sosnowski. Miałem wrażenie, że czekał na mnie. Miał ciepłe głęboko patrzące oczy. Ja, Rysiek alkoholik, wyczułem, że jestem mu bliski. Mówił - witaj, przyjdź pogadać. Potrafił słuchać, był cierpliwy. Nie prawił kazań. Spotkało się z nim sto osób i on wszystkich obejmował miłością. Postanowiłem być taki jak on.
Z Zakroczymia wróciłem przebudzony, zbudowany, świeży. Pokochałem o. Benignusa, ale wciąż bałem się Boga Ojca. Może dlatego, że mój rodzony ojciec bywał nieznośny i bezduszny, a gdy coś przeskrobałem, straszył mnie dziadem i babą, że mnie zabiorą... Do dziś słyszę ten krzyk: Ty strachopucie, mazgaju.. Tak, bałem się wszystkiego - ciemności, burzy, żaby, pająka...
Duża różnica wieku była między mną a rodzeństwem. Młodszy brat był 15 lat starszy ode mnie. Rodzice odzwyczaili się od małych dzieci i nie rozumieli brzdąca z jego lękami. Latami przeżywałem katusze.
Tylko dzień wigilijny
Tylko jeden dzień w roku był miły w naszym domu, dzień Wigilii. Choinka, świeczki. W piecu tego dnia dobrze się paliło, żeby było ciepło. Tata przy stole brał opłatek do ręki, modlił się i podczas składania życzeń raz mnie przytulił po ojcowsku; byłem wniebowzięty. To był ten jedyny raz w roku. Bracia byli mi życzliwi, ale dalecy, obcy.
Przed Wigilią każdy miał swoje zadanie do spełnienia. Ja musiałem wyczyścić buty tacie, mamie i sobie (pamiętam do dziś zapach pasty). Byłem szczęśliwy, że rodzice mi ufają, że robię to dobrze. Tego dnia musiałem też iść zamówić placek do piekarni; trzeba było blachę zanieść i włożyć karteczkę z imieniem i nazwiskiem zamawiającego.
Po wieczerzy śpiewaliśmy kolędy do 24.00. Potem obowiązkowo wszyscy w tych wyglancowanych przeze mnie butach szliśmy na Pasterkę. Przedtem tata opowiadał o polskich królach, o powstaniach polskich... Chłonąłem śpiewane przez niego pieśni legionowe. Ojciec nigdy nie mówił Polska, lecz Ojczyzna. Nasz dom był taką małą Ojczyzną tego dnia. I tylko właśnie Wigilie zapisały się dobrze w mojej pamięci. Pozostałe dni przez cale lata były takie, że chciało się uciekać jak najdalej od domu. Ojciec i brat pili...
Cios trafiony
Chyba pod wpływem wigilijnych opowieści ojca polubiłem historię. Innych przedmiotów nie chciałem się uczyć. Zmuszano mnie siłą. Ale nigdy z niewolnika nie będzie pracownika; wszystkich innych przedmiotów uczyłem się byle jak.
Marzyłem, żeby zostać generałem... No i poszedłem do Szkoły Chorążych. Początkowo czułem się w niej jak ryba w wodzie; wszystkie przykrości tak zwanej fali dzielnie znosiłem, ale do czasu. Po roku odechciało mi się wojska. Wróciłem do domu.
Do siedemnastego roku życia nie znałem smaku alkoholu.
A gdy wypiłem pierwszy kieliszek - było mi dobrze. Świat stał się piękny. Odeszły lęki. Ale urwał mi się film. W wieku dwudziestu lat już ostro dawałem w szyję. Rodzice zaprowadzili mnie do poradni odwykowej. Psychiatra: Jest pan w drugiej fazie choroby alkoholowej. No więc przyszedł czas na anticol, esperal i Srebrzysko - szpital psychiatryczny. Niby zdrowiałem...
Gdy ożeniłem się, znów wyszło szydło z worka. Byłem na przemian pijany i skacowany. Wyzwalała się we mnie agresja. Znów musiałem pójść na Srebrzysko. Bliscy zacierali ręce - teraz już nie będzie pił. A ja chciałem pić; jak może samochód jechać bez paliwa - mówiłem.
Kiedy brat zapił się na śmierć - żona liczyła na to, że się opamiętam. Nic z tego. Pochowałem brata i myślałem: ja żyję, ja piję, bo chcę (drugi brat nie pije). Za dwa lata bratowa poszła w denaturat i też się zapiła... Odchodzą przez picie najbliżsi, a ja dalej świruję... Wreszcie w 1981 roku przedawkowałem. Przeżyłem śmierć kliniczną.
Po przebudzenie miałem tylko wrażenie, że wróciłem z daleka. Był krótki czas fałszywych łez i ... znowu picie. Całkowity upadek; wyciągali mnie z meliny, ze zsypu na śmieci, z rynsztoka... Córka z żoną zacierały ślady. Wstydziły się.
Moim dnem nie była ani śmierć kliniczna ani meliny, ani zsyp na śmieci - obojętne mi było, co ludzie mówili i jak cierpi z mego powodu rodzina.
Przez długi czas chodziłem do pijalni piwa, zlewałem z kufli resztki i piłem. W domu już była bieda. I któregoś dnia wracając półprzytomny do domu, usłyszałem zza węgła - Rysiek, jak nisko upadłeś, czemu ludzi nie prosisz o chleb, tylko o resztki piwa. To był cios - trafiony, mocny skuteczny...
Sługa Pański
W 1983 roku przyszedł na świat syn Grzesiu. W noc sylwestrową 1983/1984 trzymałem ostatni raz kieliszek w ręku, który sam z siebie pękł. Powiedziałem przy tej okazji: Mam dość takiego życia. Żona się uśmiechnęła. Te gadki szmatki to ona znała. Ale nazajutrz nie poszedłem w tango.
3 stycznia byłem już w poradni odwykowej; czułem, że prowadził mnie tam Anioł Stróż. - Ludzie pomóżcie - nalegałem. Pomożemy - zapewniali. Poszedłem na grupę terapeutyczną. AA jeszcze wtedy nie było w Gdyni. Pojechałem więc do Poznania. Wszedłem w ruch AA świadomie, dobrowolnie - z nadzieją.
Dziś wiem, jestem pewien, że mnie Pan Bóg asekurował. Mówiłem Mu: Może będę się jeszcze szarpał, ale - Boże prowadź. I nie zawiodłem się.
Jeszcze się nie czułem na siłach, aby pójść w pielgrzymce do Częstochowy, ale pojechałem tam; nauczyłem się na pamięć "Pod Twoją obronę", ale jak stanąłem przed Czarną Madonną zapomniałem wszystko, czego się nauczyłem. Najpierw zobaczyłem moją mamę w ogródku w kwiatach (będąc dzieckiem, lubiłem kręcić się w tych kwiatach blisko niej, ale ona często mnie odpychała). Potem zobaczyłem Matkę Bożą i powiedziałem prosto jak do mojej mamy: Ja, Rysiek alkoholik, przepraszam... weź mnie w opiekę, bądź moją Patronką. Napisałem sobie w pamiętniku: "Oto ja, sługa Pański, niech się stanie według słowa Twego".
Boży Cyganie
Pierwszą oznaką mojego trzeźwienia było moje usługiwanie w domu. Pomyślałem: mam ręce, które kiedyś biły, ale teraz chce przytulać nimi żonę, podawać jej herbatę... Dobre myśli przychodziły mi do głowy, gdy zaglądałem do kościoła w Gdyni, gdzie był obraz Czarnej Madonny. Przed nim usłyszałem wewnętrzny głos: Idź na pielgrzymkę do Częstochowy w maju. Tydzień nosiłem tę ideę w głowie. Nie zgłaszałem tego na mityngu, bo to nie problem AA, ale prywatnie kolegom powiedziałem: A może by tak nogami podziękować Matce Bożej za trzeźwość.
- Nynek - tak mnie nazywają bliscy - chce iść piechotą do Częstochowy - dziwili się, nawet trochę szydzili... Ale w końcu sześciu chłopa z problemem alkoholowym w maju 1988 roku wyruszyło pieszo z Gdyni na Jasną Górę. Przez Maryję do trzeźwości - mówiliśmy spotykanym po drodze ludziom. Spotykaliśmy się z tak wielką życzliwością, że aż wstyd mówić, nie zasługiwaliśmy na nią. W 1989 roku poszło już 21 osób. Na jednej z pielgrzymek odkryłem w śpiewniku pieśń: "Jesteśmy Boży Cyganie, jesteśmy świata przechodnie... bezdomni, ale szczęśliwi". Od tamtej pory nazwaliśmy się Bożymi Cyganami. W roku 2005 nasz "tabor" wyruszył do swojej Matki już osiemnasty raz. Ksiądz prałat Tadeusz Rogatka z Gdyni-Dębtowa chodzi z nami jako opiekun duchowy, "żeby ścieżki maryjne chwastami nie zarosły".
W 1999 roku córka wśród Bożych Cyganów przyjęła Pierwszą Komunię na Jasnej Górze. Potem świętowaliśmy, jedząc drożdżówki; nie było tortów, ale była radość - prawdziwa. Wtedy już umiałem się modlić na różańcu i się modlę do dziś. Matka Boża prowadzi mnie do Pana Jezusa i do Boga Ojca, przed którym już nie uciekam. I sam staram się być dobrym ojcem dla córek i o wiele lat młodszego od nich syna.
Dwie córki są matkami, mamy troje wnuków. Nie ma domku bez ułomku, ale żona ostatnio powiedziała do mnie: Patrzę na ciebie i widzę, że teraz dopiero jesteś gotowy do małżeństwa i do ojcostwa.
Na szczęście syn nie widział mnie nigdy pijanego. Jest tak delikatny jak ja w dzieciństwie. Nie straszyłem do dziadami. Od lat jeździmy razem jako muzykanci po weselach. Ja jestem samoukiem, on skończył szkołę muzyczną na organach, a studiuje ponadto informatykę.
Teraz radość jest we mnie, w nas; wbrew nadziei, dane było mi uwierzyć w Boga i otrzymałem łaskę trzeźwości, którą staram się we współpracy z Nim pielęgnować. Chcę świadczyć, że Bóg w swoim Miłosierdziu pozostawił mnie przy życiu i mogę się zmieniać, nawracać, że alkoholizm to błogosławiona wina.
Od czasu, gdy otrzymałem krzyżyk, codziennie rano klękam mówię: Panie Boże, jeśli ja bym zapomniał o Tobie, to Ty pamiętaj o mnie. Tak samo wieczorem klękam, dziękuję za trzeźwo przeżyty dzień.
Moja trzeźwość zaowocowała. Żona i dzieci już nie spuszczają oczu w rozmowie z innymi. Nie muszą się mnie wstydzić. Bóg mnie wybrał, dotknął, żebym był świadkiem Jego Miłosierdzia, że wyjście z alkoholizmu jest możliwe.
Głoszę to swoje świadectwo po różnych parafiach. Czasem idzie mi łatwo, a czasem z oporami. Kiedyś patrzę - przede mną 400 osób. Mam pustkę w głowie. - Widzisz Rysiek, barania łąko, klops, musisz uciekać - pomyślałem w pierwszym momencie, ale po złowrogiej ciszy, która wydawała się nie mieć końca - ruszyłem... szczerze opowiedziałem swoją drogę. Potem przyszedł jeden gość, drugi... dziękowali.
Wysłuchał i opracował Tadeusz Pulcyn

Copyright by OAT 2005
|
|