Strona główna

Trzeźwymi bądźcie
 numer 1/2006
 numer 2/2006
 numer 3/2006
 numer 4/2006
 numer 5/2006
 numer 6/2006

okładka"Trzeźwymi bądźcie" nr 2/2006
SPIS TREŚCI

Wstęp, Krzysztof Kościelecki OFMCap
Jan Paweł II i Benedykt XVI o wolności

* Problemy alkoholowe i abstynencja *

Wolna "wolność" czy wolny człowiek, ks. Marek Dziewiecki
Ojciec Święty pobłogosławił tę wspólnotę, Krzyszof Kościelecki OFMCap
Nie lękam się nowego wyzwania. Świadectwo Zygmunta Filippa
Wydarzenia. Wieczór wspomnień o Ojcu Benignusie, T.P.
Terminarz Ośrodka Apostolstwa Trzeźwości na 2006 rok

* Apostoł Trzeźwości *

Wstęp, ks. Zbigniew Kaniecki
Ruchy trzeźwościowe. Ruch Trzeźwości św. Maksymiliana, ks. Z.K.
Inicjatywy. Tryumf Najświętszych Serc, O iM
Wspólnoty. Krucjata Wyzwolenia Człowieka, Zofia Ziarko
Posługa penitercjarna, Dariusz Miastowski OFCap
Porozmawiajmy... O uczeniu się, Jan Karczewski OFMCap
Z prasy, Zbigniew Olejnik
Książki. Zbiór katechez o tematyce abstynenckiej, Józef Styk

* Wspólnota Kościoła *

Jan Paweł II i krzyż, ks. Marek Dziewiecki
Wspomnienia, Krzysztof Kościelecki OFMCap i Anna Rak
Inicjatywy. Dzieci uczą się patriotyzmu..., Anna Rak
Święci kapucyni. Feliks z Nikozji, John Corriveau OFMCap
Wideoteka. Pożegnania, Bartek Pulcyn

Jan Paweł II

JAN PAWEŁ II I KRZYŻ

Ks. Marek Dziewiecki

Podobnie jak Zbawiciel - nie zszedł z krzyża
miłości i cierpienia do końca.
To właśnie dlatego jego przejście z życia do Życia
tak poruszyło świat i zmusza nas,
by raz jeszcze popatrzeć na życie, miłość i cierpienie
w świetle tajemnicy Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego.

     Niezwykły pontyfikat Jana Pawła II w sposób wyjątkowo czytelny i poruszający związany był z tajemnicą krzyża i cierpienia. To centralna tajemnica Miłości, która nas zbawia. Na drzewie cierpienia i Krzyża najbardziej Niewinny w historii ludzkości został obarczony największą winą. Ale Ten, który był najbardziej Niewinny, był jednocześnie Tym, który najbardziej kochał. W ten sposób krzyż - znak bezsensownego okrucieństwa i niesprawiedliwości uczyniłem Krzyżem - znakiem bezmiaru miłosiernej Miłości, która uczy nas kochać również w obliczu cierpienia i krzywdy.
     W czasie pielgrzymki do Ojczyzny w ostatnim roku przed Wielkim Jubileuszem Odkupienia Ojciec Święty Jan Paweł II mówił nam szczególnie wiele o tajemnicy Krzyża. Przypomniał, że droga krzyżowa w małżeństwie, kapłaństwie czy życiu konsekrowanym może być drogą świętości, a nawet drogą błogosławieństwa. Także wtedy, gdy jest to krzyżowa droga męczeństwa, jak w przypadku 108 nowych polskich błogosławionych, męczenników II wojny światowej. Według logiki Chrystusa błogosławionymi są ci, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, którzy są biedni, odrzuceni, poniżani przez ludzi. Błogosławionymi są ci, którzy zapierają się samych siebie, którzy biorą swój krzyż na ramiona i idą za Nim: za najbardziej Skrzywdzonym i Cierpiącym w historii tej ziemi.
     Bóg nas zupełnie zaskoczył wtedy, gdy zdecydował, aby nadeszła pełnia czasów dla naszego odkupienia. Bo wtedy ukochał nas aż do tego stopnia, że Jego Syn nie tylko przyjął ludzkie ciało. Jezus Chrystus przyjął także ludzki krzyż: symbol zbrodni, hańby i okrucieństwa. Odtąd krzyż będzie zastanawiał i zdumiewał człowieka w każdej epoce i w każdej cywilizacji. Będzie bowiem wyrazem tajemnicy, która jest większa niż sam krzyż. A jednocześnie pozostanie znakiem niepokojącym, bo ambiwalentnym. Krzyż Chrystusa nie jest przecież tym samym, co krzyż złoczyńców, którzy razem z Nim zostali ukrzyżowani.
     Święty Paweł miał świadomość, że krzyż będzie znakiem powodującym zdumienie i niepokój. Miał świadomość, że głosi Chrystusa ukrzyżowanego, który dla jednych ludzi jest głupstwem, a dla innych zgorszeniem. Takie reakcje nie są czymś przypadkowym. Gorszą się krzyżem ci, którzy nie rozumieją Bożej miłości. Za głupstwo zaś uważają krzyż ci, którzy lekceważą miłość Boga do człowieka. Przypatrzmy się bliżej obu tym postawom.
     Gorszą się krzyżem ci, którzy wyobrażają sobie Bożą miłość w kategoriach triumfalnej manifestacji siły, którzy marzą o przemocy miłości, czyli o zwycięstwie dobra nad złem kosztem wolności i godności człowieka. Bóg tak "kochający" rzeczywiście nigdy by się nie pozwolił ukrzyżować. Ale też nie byłby Bogiem, który jest Miłością. Za głupstwo uważają krzyż Chrystusa ci, którzy lekceważą Bożą miłość, albo wręcz nią gardzą. Oni szydzą z Ukrzyżowanego, gdyż są wyznawcami znacznie mniejszej "miłości". Głoszą miłość na miarę ich własnego serca oraz ich własnych aspiracji: miłość niewierną i niepłodną, miłość prymitywną i odwołalną. Głoszą miłość rozrywkową, która dosłownie nic nie kosztuje, która nie stawia żadnych wymagań, która wycofuje się w obliczu pierwszej próby czy trudności.
     Jako źródło mądrości i umocnienia mogą traktować krzyż wyłącznie ci ludzie, którzy zrozumieli logikę Bożej miłości. Tej miłości, która jest cierpliwa i łaskawa; która nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą, nie dopuszcza bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego, która nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą; która wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma; która nigdy nie ustaje (por. I Kor 13, 4-8). Tylko taka miłość silniejsza jest niż grzech i śmierć. I z takiej właśnie miłości wszyscy będziemy sądzeni wtedy, gdy przejdziemy z życia do Życia i gdy staniemy twarzą w twarz z Miłością.
     Jakże szczęśliwi są ci, którzy chlubią się z krzyża Chrystusa, którzy uwierzyli, że pójście Jego drogą krzyżową oznacza kroczenie drogą błogosławieństwa. Drogą jakże trudnego, czasem heroicznego i męczeńskiego błogosławieństwa, ale przecież tego jedynego, jakie jest osiągalne na tej ziemi. Jedyną rzeczywistą alternatywą dla trudnego błogosławieństwa i szczęścia jest kroczenia drogą łatwego przekleństwa i nieszczęścia, czyli drogą cynicznych ideologii, grzechu, krzywdy i śmierci.
     Jednak również ci, którzy chlubią się krzyżem Chrystusa, którzy widzą w nim ostateczne potwierdzenie, że Chrystus do końca nas ukochał, także oni stoją przed zadaniem nieustannego i pokornego zagłębiania się w tajemnicę Krzyża Syna Bożego oraz w tajemnicę krzyża synów i córek tej ziemi. Ten drugi krzyż, nasz ludzki krzyż, często okazuje się jeszcze trudniejszy do zrozumienia niż ten z kalwaryjskiego szczytu. Łatwo tu o uproszczenia, o naiwność, a nawet o bezduszne interpretacje. Chrystus wolał się raczej pozwolić przybić do krzyża niż wycofać miłość do człowieka. Jego krzyż jest konsekwencją wiernej miłości. Co w takim razie wyrażają nasze ludzkie krzyże?
     Czasami one również - te nasze, ludzkie krzyże - są ceną za miłość: za miłość małżeńską, rodzicielską, kapłańską, za miłość odpowiedzialnego wychowawcy i wiernego przyjaciela, za miłość patrioty i człowieka sprawiedliwego, za miłość człowieka, który wprowadza pokój, który przebacza, który kocha nawet nieprzyjaciół, który staje się dla innych bezinteresownym darem z samego siebie, który kocha tak, jak Chrystus nas pierwszy pokochał. Wtedy krzyż jest rzeczywiście ceną za miłość, ceną za naśladowanie Chrystusa, a droga krzyżowa przemienia się w drogę świętości i błogosławieństwa, w drogę Bożej mądrości i pokoju, jakiego ten świat dać nie może.
     Jednak nasze ludzkie krzyże nie zawsze są ceną za miłość, a ich dźwiganie nie zawsze oznacza kroczenie drogami trudnego błogosławieństwa. Czasami krzyż, który dźwiga człowiek, jest ceną za grzech. Kroczenie drogą takiego krzyża wyraża ludzkie tragedie, aż do ich najbardziej dramatycznych form, np. w postaci alkoholizmu, narkomanii, przestępczości, rozwodów, zabijania nienarodzonych, ludobójstwa. Taki krzyż może nie skończyć się zmartwychwstaniem. Może prowadzić do kolejnych upadków. Może zniechęcić, złamać, odebrać wszelką nadzieję, może pogrążyć w rozpaczy i prowadzić do niszczącego buntu. To o takich właśnie krzyżach mówią najchętniej stacje telewizyjne i radiowe. To takie właśnie krzyże opisują z okrutną dokładnością współcześni dziennikarze: "poprawni" politycznie, "nowocześni" i "humanistyczni", dla których jedynym tematem tabu jest dobro, prawda i piękno. Mają oczy, a nie widzą, że to właśnie ich gazety, a także ich własne artykuły zachęcają kolejne pokolenie ludzi do powtarzania dramatu ich poprzedników. Takie właśnie osoby i środowiska najbardziej kpią z Chrystusowego krzyża i z cierpienia drugiego człowieka. A w obliczu cierpienia, do którego sami się przyczyniają, mówią o milczeniu Boga i o tym, że to On jest winny za wszelkie zło tego świata.
     Tymczasem to nie Bóg zsyła nam krzyże. On zsyła nam jedynie Swojego Syna, który jest Miłością i Prawdą. Wszystko inne nie jest dziełem Boga. Bóg jest niewinny i to nie On wymyślił krzyż. Krzyż wymyślili ludzie. Ludzie uważani za cywilizowanych i postępowych. Ci, którzy mieli i mają władzę na tej ziemi. Bóg natomiast tak nas ukochał, że pozwolił się przybić do krzyża. Do tego krzyża, który wymyślił człowiek.
     Każdy człowiek, dla którego Ukrzyżowany jest zgorszeniem lub głupstwem, wkłada nowy ciężar krzyża na własne ramiona i na ramiona drugiego człowieka. I będzie wymyślał coraz to nowe formy krzyża. Będzie nadal zsyłał cierpienie innym ludziom, a także sobie samemu dopóty, dopóki będzie powtarzał dramat grzechu pierworodnego. Dopóki będzie twierdził, że jest dobrym sędzią we własnej sprawie. Dopóki będzie przekonany, że bez pomocy Boga może odróżnić dobro od zła. Dopóki - jak syn marnotrawny - będzie odchodził od Ojca w pogoni za iluzją łatwego szczęścia. Dopóki cierpienie i rozczarowanie nie otworzą mu oczu. Dopóki nie pokocha Boga, który jest Miłością. Dopóki zła w sobie i wokół siebie nie zwycięży dobrem. Tym dobrem, którego uczy nas Chrystus. Właśnie Ten, który pozwolił się przybić do krzyża i którego niezwykły świadek - Jan Paweł II wiernie i heroicznie naśladował. On - podobnie jak Zbawiciel - nie zszedł z krzyża miłości i cierpienia do końca. To właśnie dlatego jego przejście z życia do Życia tak poruszyło świat i zmusza nas, by raz jeszcze popatrzeć na życie, miłość i cierpienie w świetle tajemnicy Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego.

Ks. Marek Dziewiecki


ŚWIĘCI BRACIA

FELIKS Z NIKOZJI

KANONIZOWANY 23 PAŹDZIERNIKA 2005 ROKU
PZEZ BENEDYKTA XVI W RZYMIE

     Minister Generalny Braci Mniejszych Kapucynów w liście do całej kapucyńskiej wspólnoty braci i sióstr pisze między innymi:

     Nie przeminęła jeszcze radość z kanonizacji Bernarda z Corleone, a oto znów z tej samej ziemi sycylijskiej, ziemi ognia i słońca, rozchodzi się woń nowej świętości, która otacza pokorną i ukrytą postać brata kapucyna, Feliksa z Nikozji (1715-1787). Ponownie staje przed nami brat zakonny, który ukazuje korzenie naszej historii i nadaje właściwy ton naszemu życiu franciszkańsko-kapucyńskiemu. Za każdym razem, gdy nasz współbrat zostaje wyniesiony wobec całego pielgrzymującego Kościoła na ołtarze świętości, przykład jego życia wzywa nas do bliższego przyjrzenia się naszej tożsamości kapucyńskiej zakorzenionej w charakterystycznym i niepowtarzalnym charyzmacie służby, ubóstwa, pokory i małości. Wywodzi się on z głębokiej miłości do Chrystusa i Jego Kościoła i przez długi czas był poddawany próbie dojrzewając w glebie historii.
     Nieodżałowanej pamięci Jan Paweł II kilka lat temu w jednym ze swoich listów wyraził gorące życzenie, by kapucyni "z nowym entuzjazmem głosili Ewangelię także ludziom naszych czasów, świadcząc słowem i przykładem życia o duchu miłości i dzielenia się, który sprawił, że stali się szczególnie bliscy i solidarni z ludźmi ubogimi i prostymi oraz uczynił ich wspólnoty życzliwymi i dostępnymi dla biednych i dla szukających szczerze Boga" (List do Ministra generalnego, 18 września 1996).
    Trzeba "wsłuchiwać się" w te słowa i "przypominać" je sobie, by "rozszerzyło się" nasze serce na poznanie prawdziwego oblicza Boga, który objawił się w Chrystusie, i odzwierciedlała się w duchowym doświadczeniu św. Feliksa z Nikozji. Cechy charakterystyczne tego brata kapucyna związane są z powołaniem do życia braterskiego, ubogiego i pokornego, które nadaje Zakonowi paradoksalną tożsamość. Wyraża ją biblijna metafora ludu pielgrzymującego i obcego na tym świecie, który nie jest właścicielem, lecz mieszkańcem i gościem, związany przymierzem i zobowiązany do jego zachowania. Jest to lud wędrujący egzystencjalnie, który jeszcze nie dotarł do celu, gdyż ziemia, do której podąża pozostaje "obiecaną" i musi być każdego dnia od nowa zdobywana poprzez "wyjście". Tożsamość ta pochodzi od słowa Bożego przeżywanego w drodze, to znaczy na ścieżce przykazań (Ps 119) prowadzącej ku obietnicy. Jest ona dla nas światłem wiary, które nie może być umieszczone pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciło wszystkim obecnym w domu. Światło to widzimy w życiu nowego Świętego, który jest prawdziwą ikoną uniżenia jako wartości fundamentalnej i żywotnej. Wartość ta jest szczególnie obecna we współczesnej świadomości Zakonu i mówią o niej dokumenty ostatnich dwóch Plenarnych Rad Zakonu.

      Przedstawienie życia Feliksa z Nikozji nie jest zadaniem trudnym. Z jego "heroicznej sakwy kwestarskiej" (taki tytuł nosi jedna z jego współczesnych biografii), możemy wydobyć niektóre podstawowe fakty. Nazywał się Filip Jakub Amoroso i urodził się 3 listopada 1715 roku w Nikozji, na urodzajnej ziemi sycylijskiej, już po śmierci swego ojca Filipa. Jego matka nazywała się Arcangela La Nocera. Rodzina była bardzo uboga i chłopiec szybko został wysłany na praktykę do najlepszej pracowni szewskiej w mieście, którą zarządzał mistrz Jan Ciavirella. Tu zdobył fach, którego ojciec, przedwcześnie zmarły (z zawodu szewc), nie mógł go nauczyć. Pracując pilnie w milczeniu przy swoim stoliku szewskim, zawsze znajdował sposób, by dawać swoim kolegom z pracy przykład stateczności i pobożności. Chociaż był jeszcze bardzo młody, jego żarliwa pobożność sprawiła, że nie tylko uczęszczał na spotkania pobożnego Stowarzyszenia Kapucynków (Capppuccinelli) działającego przy klasztorze w Nikozji, ale także został zapisany do niego jako stały członek, co dawało mu prawo noszenia członkowskiej pelerynki z małym kapturkiem franciszkańskim i możliwość gorliwego przyswajania sobie duchowości kapucyńskiej. Duchowość ta wyrażała się w całym jego postępowaniu.
     Wydawał się specjalnie przeznaczony do tego, by stać się kapucynem. Musiał jednak poczekać na to jeszcze wiele lat. W 1735 roku jako osiemnastoletni młodzieniec zakołatał do furty klasztornej, aby zostać przyjętym na brata zakonnego, gdyż nie posiadał wykształcenia. Spotkał się ze zdecydowaną odmową, ponieważ jego uboga rodzina nie mogła egzystować bez dochodów, które przynosiła jego praca. Wpływ na odmowę mogły mieć również działania i ustawy antykościelne, które w owym czasie funkcjonowały w politycznych rządach burbonów. Feliks ponawiał wiele razy swoją prośbę, nie zniechęcał się odmową i nie szukał innej drogi. Powołanie jego było wciąż doświadczane, ale dzięki temu dojrzewało i umacniało się. W końcu, po dziesięciu latach oczekiwania, "kapucynek" mógł stać się pełnoprawnym bratem kapucynem. Przyjął imię zakonne Feliks i był zdecydowany iść tą samą drogą, co Feliks z Cantalice, pierwszy święty kapucyn.
     Po roku nowicjatu w Mistretta i ślubach wieczystych złożonych 10 października 1744 roku, br. Feliks został posłany do Nikozji, gdzie był kwestarzem przez całe swoje życie. Ten rodzaj posługi uczynił go bardzo bliskim ludowi. Chodził od domu do domu, skupiony i umartwiony, w milczeniu, z różańcem w ręku. Pewien świadek opowiadał, że "miał zawsze przymknięte oczy, był milczący i zawsze skupiony w Bogu". Jedynymi słowami, które wszyscy dobrze zapamiętali, było wypowiedziane z uśmiechem podziękowanie: "Wszystko dla miłości Boga". Nazywał siebie pieszczotliwie osiołkiem klasztornym, gdyż po udanej kweście szedł objuczony jak osły sycylijskich chłopów. Po drodze nauczał dzieci podstaw katechizmu i żeby przyciągnąć ich uwagę, dawał im chleb i strąki bobu. Posiadał nawet swoją praktyczną metodę katechizowania. Z zawsze pełnych kieszeni wyjmował małe podarunki: jeden orzech, trzy orzeszki laskowe, pięć strąków bobu i dziesięć nasion ciecierzycy. Służyło to do plastycznego przedstawienia dzieciom jedynego Boga w trzech osobach, pięciu ran Jezusa ukrzyżowanego i dziesięciu przykazań. Te drobne podarunki i gesty pełne tkliwości były małą lekcją wiary. Podobnie jak św. Feliks z Cantalice na ulicach Rzymu, tak Feliks w Nikozji uczył wpadających w ucho piosenek zawierających modlitwy i nauki o cnotach teologicznych. Jedna z tych piosenek była wspomniana podczas procesu:

Przybądź i odpocznij we wnętrzu
mego niewdzięcznego serca.
Z twoją miłością i uczuciem
żyję radośnie, umieram szczęśliwy.

     Gdy spotykał biednych, którzy dźwigali drewno lub inne ciężary, Feliks oferował swoją pomoc. Każde cierpienie wzbudzało w jego sercu głębokie współczucie. Nie spoczął, aż nie uczynił czegoś dla potrzebujących. O każdej porze dnia i nocy był zawsze gotów opiekować się chorymi. Co niedziela odwiedzał więźniów i przynosił im jedzenie.
     O. Macario z Nikozji, jego kierownik duchowy, przez 23 lata traktował br. Feliksa bardzo twardo. Wszyscy wiedzieli o różnych wymówkach, jakie mu robił i o epitetach, którymi upokarzał br. Feliksa. Nazywał go hipokrytą, próżniakiem, oszustem, świętoszkiem. Na te ostre i surowe słowa br. Feliks odpowiadał słodko: "Wszystko dla miłości Boga".
Był analfabetą. Jego pobożność była prosta, słowa były związane bezpośrednio z życiem, bez żadnych rozważań intelektualnych. Miał wielkie nabożeństwo do Eucharystii, Matki Bożej Bolesnej i Jezusa Ukrzyżowanego. Zakrystian z klasztoru w Nikozji, br. Franciszek Gangi, tak wspomina: "Zawsze mi mówił i zalecał, abym nauczył się modlitwy myślnej, zwłaszcza żebym rozważał mękę Jezusa Chrystusa. Mawiał mi jeszcze, że kto medytuje i rozmyśla o męce Jezusa Chrystusa, nigdy nie będzie cierpiał kar piekielnych. Brat Feliks wypowiadał te słowa z wielką żarliwością i płakał przy tym".
     Bez końca można by przytaczać liczne wydarzenia i anegdoty, które już za życia świętego krążyły wśród mieszkańców Nikozji. Ale pozostaje jeden aspekt, którego nie można pominąć: jego szczera pobożność ludowa. Posługiwał się jako niezawodnym środkiem na każde zło małymi kartkami, na których były wydrukowane pobożne wezwania do Matki Bożej, po łacinie i w dialekcie sycylijskim. Nosił je zawsze ze sobą i często rozdawał. Zawieszał je na drzwiach domów, gdzie mieszkali chorzy i biedni, przyczepiał do beczek, z których otrzymywał wino jako jałmużnę, wrzucał do płomieni, które ogarnęły snopki gotowe do młócki, do ziarna poczerniałego na skutek klęski naturalnej, do popękanych zbiorników bez wody, i pojawiały się cuda, często prawdziwe żarty Opatrzności.
     Uwolniony od wszystkich obowiązków i fizycznie osłabiony przez pokutę i umartwienia, był zawsze gotowy do świadczenia każdego rodzaju posługi, zwłaszcza chorym w infirmerii klasztornej. Gdy miał 72 lata, w miarę jak opuszczały go siły, pogłębiało się skupienie w Bogu oraz radosne i proste posłuszeństwo. Jeśli o św. Franciszku z Asyżu powiedziano, że stał się modlitwą, to o br. Feliksie można powiedzieć, że stał się posłuszeństwem, które było aktem czystej miłości. To było jego ostatnie i jedyne przesłanie. Pod koniec maja 1787 roku "osiołek klasztorny", zszedłszy do wirydarza, aby zatroszczyć się o zioła lecznicze, które uprawiał, osunął się na ziemię. Przyjąwszy sakramenty święte i poleciwszy się "rękom przebitym", czyli św. Franciszkowi, wzywał często Maryję. W piątek 31 maja poprosił swego przełożonego o pozwolenie, by mógł umrzeć. Otrzymał je dopiero za trzecim razem. Rozjaśniony na twarzy swym słodkim uśmiechem, resztką sił wyszeptał: "Wszystko dla miłości Boga" i skłoniwszy głowę, umarł.
     Drodzy bracia i siostry, czyż życie br. Feliksa nie jest przepiękną ikoną małości? Wydarzenia i cnoty, które praktykował, prowadziły do wymazania jego osoby ze świadomości i historii Zakonu. Bardzo biedna rodzina, która z trudem zdobywała mizerne środki do przeżycia, skromna praca, powołanie napotykające na wiele trudności, surowa cela w klasztorze, który został skasowany w 1866 roku, a po przekształceniu w więzienie - zawalił się w roku 1930. Nieustanne i okrutne upokarzanie przez kierownika duchowego i po śmierci niszczycielski pożar w Mistretta, który o mało nie pochłonął grobu Feliksa. Ale ten blask małości jeszcze bardziej promieniuje teraz, gdy Kościół wyniósł go na ołtarze w aureoli świętości...
     Cóż więc mamy czynić, bracia? Rany w sercu dzisiejszego człowieka, a więc i w nas, osłabiają wolność wewnętrzną i zdolność do dokonania istotnych wyborów. Rany te są następujące: kolektywna zapaść pamięci, która spowodowała, że język wiary stał się obcy i niezrozumiały, a tradycja pozbawiona sensu. Drugą raną jest brak poczucia przynależności, czyli brak korzeni, a więc osłabienie naturalnego fundamentu wiary, którym jest wspólnota. Na skutek tego wiara zależy teraz bardziej od uczuć niż racjonalnego myślenia, co z kolei prowadzi do nieograniczonego indywidualizmu, o czym przypomniał nam niedawno papież Benedykt XVI. Dlatego dziś usiłuje się odzyskać całe bogactwo wiary, którą przedstawia się nie tyle jako zgodę rozumu na prawdę, ile jako przygodę z osobowym Bogiem w Chrystusie poprzez świadectwo żywej wspólnoty Kościoła i osobistą modlitwę, która wyzwala energie do służenia braciom. Trzecia rana zadana jest wyobraźni religijnej. Jest to prawdziwy kryzys, który nie polega tylko na niezdolności do uwierzenia w pewne prawdy związane z Bogiem i należące do naszego dziedzictwa, ale także na braku zdolności odczuwania Boga i człowieka tak jak to odczuwali nasi przodkowie. Ten ostatni kryzys jest najbardziej radykalny i niebezpieczny. Innymi słowy mamy tu do czynienia z brakiem miłości aktywnej i pasywnej. Nie ma już miejsca na oddech miłości św. Feliksa z Nikozji: "Wszystko dla miłości Boga". Chodzi tu o miłość, która rodzi się z doświadczenia bycia kochanym, z dostrzeżenia miłości, która otacza człowieka dużo wcześniej niż jest on w stanie odpowiedzieć na nią. Racjonalizm, wiedza wyłącznie książkowa, hedonizm, indywidualizm, pragnienie posiadania "zaraz i teraz", mentalność typu "użyj i wyrzuć" uniemożliwiają zamieszkanie w nas myśli i uczuć Chrystusa. Nie potrafimy już medytować, wejść w skupienie, wzruszyć się głęboko, odczuwać sercem, a więc zakochać się w Chrystusie, widzieć Go obok nas i w nas jako główny motor naszego działania...
     Nasi święci, jak św. Feliks z Nikozji, żyli najwyższymi wartościami naszej duchowej tradycji, ukazując jednocześnie różnorodność kolorów i tonów świętości, która jeszcze dziś porywa. Rok Eucharystyczny [ubiegłoroczny], który ofiarował nam szczególną okazję do odkrywania "świadków" franciszkańsko-kapucyńskiej małości przeżywanej we wspólnocie i Kościele, niech pomoże nam stać się pokornymi naśladowcami świętości zbudowanej na fundamencie tej małości. Jeśli we współczesnym świecie ideał ten wydaje się nam zbyt odległy, to Maryja, pokorna służebnica Pańska, uczyni go bliskim. Ona przygotowuje ostateczne przyjście Jezusa cichego i pokornego sercem do naszych dusz i naszego życia, tak aby w Kościele i Zakonie zrealizowała się wspólnota miłości w małości.
     Niech św. Feliks z Nikozji wspomaga nas i wstawia się za nami. Myślę, że najlepszym zakończeniem listu będzie powtórzenie słów naszego świętego współbrata, zachęcam do powtarzania ich często w międzynarodowym chórze: "Wszystko dla miłości Boga".

Br. John Corriveau OFMCap
Minister generalny
Rzym, 23 października 2005


do spisu treści


Copyright by OAT 2006