strona główna

dwumiesięcznik
numer specjalny
numer 1/2000
numer 2/2000
numer 3/2000
numer 4/2000
numer 5/2000
numer 6/2000
okładkaNumer 3/2000
SPIS TREŚCI

Wstęp, Krzysztof Kościelecki OFMCap

* Problemy alkoholowe i abstynencja*

Nie piję, bo nie chcę, Anna Rak
Młodzież, alkohol i realizm, ks. Marek Dziewiecki
Pełnomocni k wójta, Anna Rak
W skrócie, M.S.
Wiersze Wandy Skowron
Spostrzeżenia, Krzysztof Kościelecki OFMCap
Porozmawiajmy... O miłości, Jan Karczewski OFMCap
Refleksje homiletyczne, Tadeusz Pulcyn
W skrócie, J.K.
Czytelnicy piszą. Z myślą o tych, którzy jeszcze cierpią, L.
Listy do redakcji, Uzdrowiony
Terminarz Ośrodka Apostolstwa Trzeźwości

* Apostoł Trzeźwości*

Wstęp, ks. Zbigniew Kaniecki
Z życia diecezji, RED
Rozważania. Związek modlitwy z życiem, Zofia Ziarko
Ruchy i Stowarzyszenia. Apostolstwo Trzeźwości im. M. Kolbego, RED
Krajowa Księga Kapłanów Abstynentów
Z prasy, O.Z.
Wiersze Marii Krystyny Kozłowskiej

* Wspólnota Kościola*

Eucharystia na drogach Jubileuszu, ks. Marek Dziewiecki
Modlitwa, Edward Garstka

*Rodzina*

Więź dziecka z rodzicami, ks. Marek Dziewiecki
Biblia dla dzieci, Edward Garstka
Książki. Miłość czworga imion, Krzysztof Lewandowski OFMCap


CZYTELNICY PISZĄ

Z myślą o tych, którzy jeszcze cierpią...

     Jestem jedną z wielu żyjących zwyczajnie kobiet i pragnę podzielić się z Wami tym, jak Al-Anon odmieniło moje życie.
     Założyłam rodzinę. Mąż był i jest dobrym człowiekiem. Pracował. Po dwóch latach urodził się nam syn. Dobrze nam było, tylko mąż popijał od czasu do czasu. To wprowadzało zamieszanie do naszego życia rodzinnego. Godziny pracy, posiłków, odpoczynku, rozrywki "stanęły na głowie". Stałam się nieufna, nerwowa, pełna niepokoju o każdy dzień. Syn rósł, a ja nie umiałam mu dać poczucia bezpieczeństwa i miłości jak w normalnych domach. Wszędzie było mi źle: w domu, w pracy, wśród znajomych i sąsiadów. Wstydziłam się pijaństwa męża i czułam się jednocześnie odpowiedzialna za to. co zrobił, co obiecywał, a nie dopełniał. Usiłowałam ratować obraz naszej rodziny przed światem. Tuszowałam wybryki męża, spłacałam długi, usprawiedliwiałam nieobecności w pracy, tłumaczyłam przed rodziną bliższą i dalszą. Uważałam, że tak robią dobre żony.
     Dziś wiem, że pomagałam mu pić, bo przeze mnie nie ponosił konsekwencji za czyny dokonane pod wpływem alkoholu. Czekałam godzinami na powrót męża do domu, zaniedbując obowiązki wobec dziecka, bo musiałam mieć czas, aby spokojnie się martwić. Żyłam w ciągłym strachu i osamotnieniu. Nie wiedziałam, gdzie i jak szukać pomocy. Ogarniała mnie beznadzieja. Uważałam, że to mąż powinien coś ze swoim piciem zrobić. Gdy dotarła do mnie informacja o grupie rodzinnej Al-Anon, przeżywałam wiele rozterek w rodzaju: po co mi jakieś Al-Anon, to on pije nie ja; "brudy pierze się w domu"; dobre żony nie mówią źle o swoich mężach. Ja czułam się nic nie warta, bo często słyszałam, że mąż pije przeze mnie. Mówił mi to on sam i ludzie, którzy mnie otaczali. W końcu w to uwierzyłam, bo myślałam, że dobra żona potrafi spowodować, aby mąż nie pił.
     Bałam się iść po pomoc do grupy Al-Anon. Co powie mąż i rodzina. Taki wstyd. Zwątpiłam w istnienie Boga, bo tyle razy prosiłam Go, aby mąż przestał pić - daremnie. Gdy byłam u kresu wytrzymałości nerwowej i nie miałam już nic do stracenia poszłam do Al-Anon. Tam moje życie zaczęło nabierać sensu. Dowiedziałam się, że alkoholizm jest chorobą i to chorobą całej rodziny. Sprawiło mi to ulgę - nie byłam winna temu, że mąż pije. Jest chory, i nie jest to zależne od jego woli. Nie byłam winna, jak nie byłabym winna jakiejkolwiek innej choroby, na którą mógłby zachorować. W grupie spotkałam się z życzliwością, zrozumieniem i poczuciem bezpieczeństwa. Nie od razu wszystko pojmowałam, ale było mi dobrze z tymi ludźmi. Czekałam z tygodnia na tydzień na spotkanie. Czytałam literaturę Al-Anon. Systematyczny udział w spotkaniach i codzienne czytanie literatury robiły swoje. Stawałam się pewniejsza siebie i co najważniejsze - nie byłam już sama ze swoimi kłopotami. Na początku bałam się chodzić na spotkania, ale z czasem to uczucie znikło. Dotarły do mnie inne prawdy o chorobie alkoholowej oparte na faktach. Zrozumiałam, że to nic złego, że szukam pomocy przecież szukałabym Jej, gdyby mąż był chory na jakąkolwiek inną chorobę.
     Zaczęłam traktować męża jak chorego człowieka, jednocześnie wskazywać, gdzie może podjąć leczenie. Nie chciał tego słuchać. Nie zrażałam się, bo wiem, że alkoholizm jest chorobą zaprzeczania i zakłamania. Przecież ja też mówiłam, że w naszym domu nic złego się nie dzieje. Byłam zakłamana i nie pijąc tak skoncentrowana na butelce, że nie widziałam toczącego się obok mnie życia, ludzi, piękna przyrody, muzyki. Dzięki Al-Anon poznaję siebie, swoje zalety i wady.
     Dzięki Al-Anon mój stan ducha nie zależy od tego, co ktoś zrobił lub powiedział. To ja decyduję o tym, czy niepomyślne zdarzenie zmarnuje mi cały dzień, tydzień czy kilka chwil, bo i tak nie mam na to wpływu. To me rezygnacja, to zaakceptowanie realnego świata i ludzi takimi, jakimi oni są. To silna wiara w to, że wszystko jest na właściwym miejscu i we właściwym czasie, te sprawy zna jedynie Bóg. On mnie kochał zawsze, najbardziej wtedy, gdy doświadczał mnie tak boleśnie. On mnie prowadził do cudu, jakim dziś dla mnie jest Al-Anon. Chociaż Wspólnota Al-Anon nie wiąże się z żadnym wyznaniem, a jej program jest duchowy, a nie religijny, ja wiem, że dzięki Al-Anon doszłam do żywej i autentycznej wiary. Nigdy nie będę już sama, mam wielu przyjaciół w tej wspólnocie, na których mogę liczyć w chwilach trudnych. Dziś jestem wdzięczna Al-Anon za trzeźwy dom - gdy przestałam zmuszać męża do leczenia, podjął tę decyzję sam.
     Trwam we wspólnocie szósty rok, ponieważ pomaga mi rozwiązywać problemy związane nie tylko z chorobą alkoholową, ale wszelkie inne również.
     Napisałam swoje refleksje z myślą o wszystkich, którzy jeszcze cierpią z powodu picia bliskiej osoby i uważają, że zrobiły Już wszystko, aby wydostać się z "pułapki".

Z pogodą ducha L.

P.S. Wszystko, co napisałam jest wyłącznie moim doświadczeniem z Al-Anon, nie wyrażam poglądów Wspólnoty.

do spisu treści
Copyright by OAT 2000


ROZWAŻANIA

Związek modlitwy z życiem

     Pracując w apostolstwie trzeźwości, pytamy często o związek modlitwy z życiem. Omawiając te relacje uświadomimy sobie dwie krańcowe postawy. Pierwsza. to niedocenianie modlitwy, zapominanie, że jest ona obowiązkiem życia moralnego i jego regulatorem.
     Druga skrajna postawa, określana jest jako bigoteria, czyli wysuwanie na plan pierwszy modlitwy przy jednoczesnym zaniedbywaniu obowiązków życia chrześcijańskiego.
     Ukazując te dwie skrajne postawy, pytamy o właściwą relacje między modlitwą i życiem. Zauważmy, że "modlitwa i życie nie przestają nigdy wzajemnie na siebie oddziaływać. Zatem nie tylko trzeba się dobrze modlić, aby dobrze żyć, ale i dobrze żyć, aby się dobrze modlić"*. Laska modlitwy owocuje chrześcijańskim życiem, a życie zgodne z wolą Bożą domaga się od nas modlitwy. "Modlitwa w miarę jak nas trzyma przed Majestatem Bożym, przejmuje nas też coraz większą czcią dla Mądrości i Świętości Boga, której przykazania są wyrazem i przez to zachęca do coraz wiemiejszego ich zachowania. Ale i odwrotnie: życie doskonałe, wedle przykazań, usuwa przeszkody modlitwy i sprawia, że coraz łatwiej wznosi się ona do Boga; coraz bardziej rządzi całym naszym postępowaniem". Związek między modlitwą ą życiem jest podstawą naszego związku z Bogiem. Bóg z tym tylko zawiera przymierze, "kto stara się myślą i modlitwą żyć wciąż w Jego obecności i doskonale wypełniać Jego przykazania". Stosunek modlitwy do obowiązków życia codziennego to zagadnienie nurtujące wielu chrześcijan. Dla autora "Pełni modlitwy" sprawa jest prosta: modlitwa sama przez się nigdy nie może zastąpić czynności, stąd też wobec konfliktu pomiędzy uczynkiem miłości bliźniego ą modlitwą - modlitwą powinna zawsze ustąpić. Treścią ludzkiego życia Jest nie tylko modlitwą, lecz również praca - "przykazania bowiem obejmują całość naszego życia moralnego, a więc i modlitwę; zawierają natomiast więcej niż modlitwę, bo te wszystkie obowiązki, które są dla nas drogą prowadzącą do życia wiecznego". Chrystus chcąc w krótkich słowach wyrazić to, co jest najistotniejszą oznaką miłości, na plan pierwszy wysuwa przykazania, a nie modlitwę: "Kto ma moje przykazania i zachowuje je, ten jest, który mnie miłuje" (J 14,21). Zatem "nie wolno przez zwiększenie ilości modlitw zaniedbywać innych obowiązków życia chrześcijańskiego, szczególnie obowiązków stanu i obowiązków miłości bliźniego". Nie można rozdzielać modlitwy i życia, albowiem modlitwa i obowiązki życia chrześcijańskiego nawzajem się przenikają i uzupełniają. Tym, co je łączy i wiąże, jest miłość, którą św. Paweł nazywa "węzłem doskonałości" (Koi. 3.14). To ona pozwala z każdej czynności uczynić modlitwę. Każda czynność poprzedzona dobrą intencją nadprzyrodzoną staje się aktem modlitwy i nabiera całej jej wartości. Konsekwencją takiego spojrzenia na wzajemne relacje modlitwy i życia jest wniosek: "nie ten jest doskonalszy, kto dłużej i więcej się modli, ale ten, którego modlitwa silniej oddziaływa na życie i na całą działalność moralną".
     Celem człowieka jest osiągnięcie doskonałości chrześcijańskiej, na którą składają się modlitwa i dobre życie. Są one przejawami miłości decydującej o doskonałości chrześcijańskiej. Modlitwy "powinno być tyle w życiu, aby poziom miłości wciąż wzrastał (...), aby dawała pełnię siły i światła do wiernego niesienia służby Bożej we wszystkich okolicznościach tego życia" Chrystus, nauczając mieszkańców Palestyny, dat wskazanie, że "zawsze powinni się modlić i nie ustawać" (Lk 18.1). Możliwe to jest wtedy, gdy modlitwa będzie przenikała całe życie człowieka, wszystkie uczynki, cierpienia i radości, zabawę i sen. Życie chrześcijanina stanie się wtedy jedną modlitwą.
     Stosunek modlitwy do życia jest czymś bardzo indywidualnym i u każdego człowieka będzie się układał inaczej. Zależy on od obowiązków stanu, potrzeby duszy, trudności, na jakie człowiek napotyka w swym życiu oraz od szczególnych natchnień, które Pan Bóg daje. Niezmienne jest tylko to, że zawsze modlitwa jest "źródłem i regulatorem życia moralnego".

Zofia Ziarko

*Wszystkie cytaty pochodzą z książki O. Jacka Woronieckego Petnia modlitwy. Poznań 1988. wyd. III.

do spisu treści
Copyright by OAT 2000


KSIĄŻKI

Miłość czworga imion

Świat zmaglowany
polityka pudło
dom już nie tamten
inna brama
nie wierzący na roratach w kościele
tylko miłość wariatka ta sama
1
.

     Słusznie poeta ksiądz Jan Twardowski pozostawia "nietkniętą" miłość, która przecież pośród zmiennych ludzkich dziejów pozostaje wierną towarzyszką człowieka. Jak jednak rozumiano ową "wariatkę"? Odpowiedź na to pytanie odnajdziemy w wielu księgach myślicieli, tomikach poetów, na kartach bardziej znanych i już zapomnianych książek, w obrazach malarzy, w tekstach pieśni i piosenek. Człowiek wierzący zaś pierwszego albo ostatecznego wyjaśnienia miłości będzie szukał na natchnionych przez Ducha Świętego kartach Biblii. Ktoś powiedział, iż miłość nie jedno ma imię, dlatego w Leksykonie Filozofii Klasycznej pod hasłem miłość znajdziemy potwierdzenie, iż jest to nazwa wieloznaczna, oznaczająca całą gamę przeżyć uczuciowo pozytywnie zabarwionych: sympatię, lubienie, pragnienia seksualne, zakochanie, współczucie, dobroczynność, opiekuńczość, poświęcenie się, przyjaźń. Czy jednak dzisiaj, w czasach coraz śmielej kroczącego w Polsce liberalizmu, nie umyka gdzieś to, co prawdziwie ludzkie i Boże?
     Polski czytelnik końca XX i początku XXI wieku otrzymuje do rąk niewielką książkę angielskiego autora: Clive Staples Lewisa zatytułowaną "Cztery miłości", której tłumaczenia podjęta się Maria Wańkowiczowa.
     Punktem wyjścia rozważań angielskiego profesora są słowa świętego Jana: Bóg jest miłością, która uosobiona w Jezusie Chrystusie staje się zadaniem życia człowieka. Naśladowanie wcielonego Boga, by wciąż upodabniać się do Jezusa Chrystusa jest "kluczem" wszystkich ziemskich miłości. Podobieństwo - mówi Lewis - jest natomiast różne od tożsamości. Możemy bowiem nasze ludzkie miłości obdarzyć tym bezgranicznym oddaniem, jakie winniśmy tylko Bogu. Wówczas stają się bogami; wówczas stają się demonami. Bo przyrodzone miłości, którym pozwolono stać się bogami, przestają być miłościami. Tak się je w dalszym ciągu nazywa, ale mogą stać się skomplikowanymi formami nienawiści. Każda ziemska miłość w swym kulminacyjnym rozkwicie chce rościć sobie prawo do Boskiego autorytetu. Jej głos usiłuje brzmieć jak wola samego Boga. Mówi nam, że nie należy się liczyć z ofiarami, domaga się od nas całkowitego oddania, stara się prześcignąć wszelkie inne pragnienia, insynuuje, że każdy czyn szczerze popełniony z "miłości" jest tym samym legalny, a nawet chwalebny. Wiemy wszyscy, że miłość erotyczna i miłość ojczyzny mogą w ten właśnie sposób usiłować "stać się bogami". Ale przywiązania rodzinne mogą czynić to samo. I przyjaźń, choć w odmienny sposób, również. Autor Czterech miłości ostrzega również przed drugą skrajnością, by nie stawać po stronie tzw. "odbrązowlaczy", twierdzących, że wszelka ludzka miłość to bzdura i sentymentalizm. Ludzka miłość - odpowiada Lewis - może być obrazem miłości Bożej. Może więc pomóc w zbliżeniu się do Boga, jeśli będzie miała właściwe odniesienie...
     Pierwsze najpokomiejsze i najbardziej rozpowszechnione imię miłości to według Lewisa przywiązanie. Jest ono miłością-potrzebą, a tą potrzebą jest dawanie siebie. Ta miłość jest zdaniem autora najmniej dyskryminacyjna. Prawie każdy, głupi, brzydki, nawet nieznośny może się stać przedmiotem tej miłości. Przywiązanie nie zna przeszkody wieku, płci, sfery, wykształcenia i choć samo jest miłością, może stać się jednym ze składników innych miłości, zabarwić je i stać się tworzywem, którym się one dzień po dniu posługują. Przy omawianiu przywiązania pisarz porusza temat zazdrości, ponieważ każdy rodzaj miłości, każdy niemal typ ludzkich związków jest skłonny do zazdrości. W granicach przywiązania zazdrość jest ściśle uzależniona od faktu, że przywiązanie opiera się na tym, co dobrze znamy i do czego przywykliśmy. Wszelka zmiana może rodzić w człowieku zazdrość i jest groźbą dla przywiązania.
     Przyjaźń - drugie imię miłości wypowiedziane przez Clive Staple Lewisa. Niestety - ubolewa słusznie autor - mało osób ceni przyjaźń, bo mało osób ją odczuwa. Można bowiem przejść przez życie bez przyjaźni w przeciwieństwie do innych rodzajów miłości. Gdyby nie Eros, nikt z nas nie zostałby poczęty, gdyby nie przywiązanie nikt z nas nie zostałby wychowany. Przyjaźń jest najmniej naturalną z miłości (i w tym znaczeniu jej nie uwłacza), jest w najmniejszym stopniu instynktowna, organiczna, biologiczna, gromadna i niezbędna. Jest najmniej uzależniona od stanu naszych nerwów, najmniej wybuchowa, nie ma w niej nic, co by przyśpieszało bicie naszego tętna, wywoływało wypieki na twarzy lub pokrywało je bladością. Istnieje wyłącznie między jednostkami i łączy je na najwyższym poziomie ich indywidualnego rozwoju. W zestawieniu z ludźmi zakochanymi przyjaciele bardzo rzadko rozmawiają o swojej przyjaźni, kochankowie zaś, zawsze rozmawiają o swojej miłości.
     Zmierzając z Lewisem ku wierzchołkowi, zgodnie z przytaczanym powiedzeniem: najwyższe na najniższym wznosi się i opiera, dochodzimy do trzeciego określenia miłości - Eros. Jest to stan, który autor rozumie jako zakochanie, nie podejmując problematyki doznań seksualnych bez Erosa, bez "zakochania". Eros przemienia przyjemność - potrzebę w przyjemność, w której upodobanie odgrywa dominującą rolę. Pod wpływem zakochania potrzeba nawet najbardziej intensywna odnosi się do swego obiektu-osoby -jak do zjawiska w swej istocie godnej podziwu i ważnej, zupełnie niezależnej od potrzeb kochanka. Eros, według autora, choć jest królem rozkoszy, w chwilach najpotężniejszego rozkwitu, sprawia takie wrażenie, jakby uważał rozkosz za produkt uboczny. Autor nazywając pierwiastki cielesne, sprawy płci - imieniem Wenus, uwrażliwia czytelnika w dalszej swej refleksji, by nie traktował tej sfery z przesadną powagą. Co prawda płata ona figle kochankom, ale potrafi się srogo zemścić, gdy będzie się ją traktowało jako "absolutną" władczynię. Słusznym w tym kontekście i odpowiadającym gustowi autora, staje się porównanie ciała do "osła" - za św. Franciszkiem z Asyżu. Osioł bowiem to zwierze pożyteczne, uparte, leniwe, cierpliwe, wzbudzające sympatię i doprowadzające do wściekłości: raz zasługuje na baty, a raz na marchewkę; jest piękne w sposób jednocześnie żałosny i niedorzeczny. Eros, konkluduje autor, to najbardziej śmiertelna z naszych miłości. Może przynaglać nas do dobrego, ale też do złego. Jeśli nie będzie posłuszna Bogu, staje się demonem.
     Dochodzimy do szczytu miłości - korony, zwieńczenia i odniesienia do wszystkich wcześniejszych przyrodzonych miłości - Caritas - do miłości człowieka do Boga, przekraczającej ontyczny dystans między Nim a stworzeniem. Przywiązanie, przyjaźń, zakochanie nie są "konkurencją" dla Caritas, jeśli pozostawi się właściwe miejsce Panu Bogu. Więcej, bez pomocy Bożej przyrodzone miłości nie mogą nawet pozostać sobą i dotrzymywać swych obietnic: "są wywyższone, gdy składają pokłon" - powiada autor Czterech miłości.
     Ukoronowaniem Caritas jest cześć wyrażona przez autora wobec Bożej miłości. To Ten, który jest Miłością, stworzył wszystkie miłości, udzielą człowiekowi cząstkę swej własnej miłości-daru. Różni się ona jednak od miłości-darów, które wmontował w ludzką naturę. Boska Miłość-dar, czyli Sama Miłość, działająca w duszy człowieka, jest całkiem bezinteresowna i pragnie po prostu tego, co najlepsze dla ukochanego. Człowiek wówczas jest zdolny pokochać tych, którzy w naturalnym porządku rzeczy nie wzbudzają miłości: trędowatych, przestępców, wrogów, ludzi ponurych, nadętych. I w końcu - szczyt paradoksu - Bóg sprawia, że człowiek może ową miłość-dar zwrócić ku Niemu, poruszony Bożą laską człowiek może ofiarować Bogu swoje serce, wolę i całą swoją istotę. Według autora Pan Bóg udziela jeszcze dwóch darów: nadprzyrodzonej miłości-potrzeby Jego samego i nadprzyrodzonej miłości-potrzeby ludzi między sobą, by w ten sposób człowiek mógł nieustannie "doświadczać obecności Boga".

* * *

     Treść tej rozprawia odkrywa przed oczami i umysłem czytelnika konkretne wyrazy miłości: przywiązanie, przyjaźń. Eros czyli zakochanie i Caritas. Autor niczym kompozytor w zapisie nutowym czyni treściowe crescendo: od najpokorniejszej miłości przyrodzonej do nadprzyrodzonej łaski - miłości Boga do człowieka i człowieka do Boga. Odwoływanie się do autorytetu samego Boga wyrażonego w Piśmie Świętym czyni niewątpliwie pełniejszą i bardziej przekonywającą refleksję na temat miłości, którą z powodzeniem ubogacają ponadto odniesienia do myślicieli i twórców literatury światowej takich jak: Wiliam Szekspir, George MacDonald, Denis de Rougemont, Robert Browning, Samuel Taylor Coleridge, Bernard Bosanquet, John Fisher i inni.
     Autor całą swą refleksję skupił na rodzajach miłości, jej podmiotach i przedmiotach. Nie ma natomiast, przede wszystkim w omawianiu Caritas, odniesienia do klasycznej "definicji" miłości w ujęciu św. Pawła w Liście do Koryntian (l Kor 13,1-13). Niedosyt ów czy brak można jedynie usprawiedliwić tym, co sam autor wy-raził w swej publikacji: "pozostawiam wolną drogę tym, którzy zechcą go sprostować, ludziom lepszym ode mnie, lepszym kochankom, lepszym chrześcijanom" (str. 124-125). Autor nie zamknął więc drogi czytelnikowi w poszukiwaniu prawdziwej miłości, doprowadził do pewnego momentu, by czytelnik mógł powędrować dalej sam.
     Rozpoczęliśmy omawianie książki poezją księdza Jana Twardowskiego. Zakończymy też słowami tego poety, zachęcając raz jeszcze do odkrywania miłości przemyślanej i zawartej w książce Clive Staples Lewisa: Cztery miłości.

Jest miłość
za nic
nie chce listków
spotkań
cielęciny bez kości
piernika
uniform wyklepanych
jelenie przy spotkaniu kłaniają się rogami
ani głosu przy telefonie
- zapnij palto żeby nie zatkało
tak mało potrzeba tak mało

jest wielka miłość
uczyła święta babcia
pozostaje jej wierny miłość za Bóg zapłać.
2

br. Krzysztof Lewandowski OFMCap

Clive Staples Lewis, Cztery miłości, tłum. M. Wańkowiczowa, Warszawa 1993, ss. 181, Wydawnictwo Księży Klaretynów PALABRA, Instytut Wydawniczy PAX.

1. J. Twardowski, Wiersze. Wydanie nowe i uzupełnione, Wybór i posłowie W. Smaszcz. Białystok 1995. s.232. Wydawnictwo ŁUK.
2. J. Twardowski, dz. cyt.. s.246.
do spisu treści

Copyright by OAT 2000