Strona główna

Trzeźwymi bądźcie
 numer 1/2009
 numer 2/2009
 numer 3/2009
 numer 4/2009
 numer 5/2009
 numer 6/2009

okładka"Trzeźwymi bądźcie" nr 3/2009
SPIS TREŚCI

Wstęp, Jan Karczewski OFMCap

* Problemy alkoholowe i abstynencja *

Trzeba uświadomić Polakom, jak wiele zależy od trzeźwości, rozmowa z bp. Tadeuszem Bronakowskim, przewodniczącym Zespół Apostolstwa Trzeźwości przy Konferencji Episkopatu Polski
Wiersze ks. Janusza Malinowskiego
Dorosłe dzieci alkoholików, Jan Karczewski OFMCap
Dlaczego logoteologia? Jerzy Piotr Marciniak
Terminarz Ośrodka Apostolstwa Trzeźwości
Spostrzeżenia. Dzieciństwo: koszmar czy sielanka? Anna Janik-Szewczyk
Porozmawiajmy... O sakramentach (małżeństwo), Jan Karczewski OFMCap
Świadectwa. Bóg na pierwszym miejscu, Tadeusz Pulcyn
Wydarzenia. Kazanie bp. Tadeusza Bronakowskiego podczas Wiosennej Sesji Duszpasterstwa Trzeźwości w Zakroczymiu
Święte matki i żony. Joanna Beretta Molla , Anna Janik-Szewczyk
Powracające pytania. Moralność jest mądrością, z ks. Markiem Dziewieckim rozmawia Katarzyna Bartman
Z prasy. Ruch dla palaczy, Zbigniew Olejnik Apostoł Narodów. Święty Paweł

* Apostoł Trzeźwości *

Wstęp, ks. Zbigniew Kaniecki
Referaty. Praca nad sobą, Barbara Góralczyk

REFLEKSJE

Należy ruszyć z miejsca

Jan Karczewski OFMCap

Niektórym się wydaje, że już sobie poradzili,
"odgradzając się murem" od traumatycznych doświadczeń.
Czy wzrastanie w rodzinie dysfunkcyjnej
jest wyrokiem?

     Piękny, słoneczny maj wnosi tyle nadziei w serce. Równocześnie rozpoczynają się trudne chwile dla wielu młodych ludzi - wszak koniec roku szkolnego, matury, koniec roku akademickiego, decyzje życiowe... W cudownej atmosferze, którą niesie przyroda, wielu doświadcza trudu stawania się dojrzałym człowiekiem.

     Chciałoby się, aby z człowiekiem było jak z przyrodą - aby mógł się rozwijać tak po prostu, siłą rozpędu... bo wiosna, bo lata biegną, bo przecież musi być lepiej. Niech się to po prostu samo dzieje, a ja się poddam temu, ja w to wejdę. Pokusa, pragnienie stare jak świat - niech się coś zmieni wokół mnie, obok mnie, na zewnątrz mnie, a wtedy i ja będę szczęśliwszy. Miał rację Jan Paweł II mówiąc, że: "historia nie jest po prostu procesem, który z konieczności prowadzi ku lepszemu (...)". I możemy to potwierdzić w oparciu o własną obserwację - w życiu ludzkim nic nie dzieje się samo.

     W sposób szczególny tego stanu, w którym wydaje się, że od warunków zewnętrznych zależy całe szczęście, a także, że życie toczy się wedle zasady: "jakoś-to-będzie", boleśnie doświadczają osoby, które swoje dzieciństwo przeżyły w rodzinach, gdzie był problem alkoholowy bądź inna dysfunkcja. Poznając świat i siebie w klimacie nieustannej niejasności i niepewności co do tego, co za chwilę może się wydarzyć, nauczyli się być bacznymi obserwatorami i odczytywać najdrobniejsze sygnały samopoczucia - nie własnego, lecz innych. Odczytywali, jaki humor mają rodzice, jakie mają oczekiwania; trzeba było szybko myśleć i działać, żeby nie zdenerwować, zaradzić "biedzie", domyślić się, czego potrzebują - wszak od spełnienia ich potrzeb zależało, jak się będą czuli, czy będą pili, czy nie, czy będzie awantura, czy nie.

     Wiele osób tak ukształtowanych przez życie nie nauczyło się podejmować decyzji ze względu na siebie. Owszem, podejmowali różne kroki przede wszystkim ze względu na swoje bezpieczeństwo, a więc można powiedzieć, że troszczyli się o siebie, jednak podstawowym motywem ich działania był lęk przed cierpieniem, a nie pozytywne i twórcze podejmowanie działań służących własnemu rozwojowi. Dlatego jako już dorośli ludzie, niewiele mogą tak naprawdę powiedzieć o sobie, nie znają siebie, kierunek ich życia ustalają okoliczności zewnętrzne - inni ludzie, ich pragnienia, ich plany, ich życie, ich emocje.

     Osoby określające siebie jako dorosłe dzieci alkoholików mówią o sobie w następujący sposób: "Dorastaliśmy w rodzinach dysfunkcyjnych. Ich środowisko wypaczyło nasze myślenie o nas samych i o otaczającym nas świecie. Widząc siebie w krzywym zwierciadle informacji i sygnałów dawanych nam przez naszych rodziców, uwierzyliśmy, że jesteśmy nie w porządku. Zostaliśmy pozbawieni naszej autentycznej tożsamości i zaczęliśmy szukać sposobów na dobre samopoczucie. Chociaż wyglądamy jak dorośli, nadal zachowujemy się jak dzieci i pozwalamy, aby inni mieli wpływ na nasze myślenie o sobie, nasze poczucie własnej wartości i nasze szczęście. Nasze nieprawidłowe myślenie było przyczyną tego, że podejmowaliśmy decyzje, które nas niszczyły". (12 Kroków dla Dorosłych Dzieci z uzależnieniowych i innych rodzin dysfunkcyjnych, "Akuracik", W-wa 1996).

     Niektórym wydaje się, że sobie poradzili, bo "odgrodzili się murem" od tego, co było kiedyś, a od ludzi teraz. Nie zauważają, że ciągle tkwią w pułapce życia pod dyktando - bólu przeszłości bądź lęku teraźniejszości.

     Cóż zatem? Czy nie ma nadziei? Czy wzrastanie w rodzinie dysfunkcyjnej (dysfunkcja rozumiana jest jako brak przekazywania miłości we wzajemnych relacjach) jest wyrokiem? Nie. Jest na pewno zadaniem, ale nie wyrokiem. Skoro zadaniem, należy poszukiwać narzędzi pomocnych w jego wypełnieniu. Jednym z nich jest niewątpliwie program 12 Kroków realizowany w grupach samopomocowych: Dorosłych Dzieci Alkoholików, Dorosłych Dzieci Dysfunkcji.

     12 Kroków zapożyczone od Anonimowych Alkoholików służą osobom pracującym w grupach DDA i DDD odkrywać siebie, swoja dorosłość, piękno i zadania do wypełnienia - zarówno te mniejsze (ale nie mniej ważne) jak i to wielkie zadanie, jakim jest odkrywanie i pełnienie woli Bożej. Bywa, że konsekwencje obfitującego w cierpienie dzieciństwa są tak głębokie i bolesne, że potrzeba także profesjonalnej pomocy terapeutycznej, lekarskiej. Są odpowiednie miejsca, gdzie taka pomoc można znaleźć. Potrzeba jedynie odwagi, aby komuś pomóc, wskazując drogę do takiego miejsca, a może większej potrzeba odwagi, aby taką pomoc przyjąć.

     W takiej sytuacji potrzebna jest praca duchowa, wsparcie duchowe. We wspomnianej wcześniej wypowiedzi Jan Paweł II zaznaczając, że historia nie zmierza sama automatycznie ku lepszemu, wskazuje, gdzie ma swoje źródło oczekiwane przez nas dobro - jest "wynikiem wolności, a raczej walki pomiędzy przeciwstawnymi wolnościami, czyli - według znanego określenia św. Augustyna - konfliktem między dwiema miłościami: miłością Boga, posuniętą aż do wzgardy sobą i miłością siebie, posuniętą aż do pogardy Boga".

     Wskazówka ta, czy raczej diagnoza wydaje się dziwna w kontekście rad służących uzdrawianiu problemów wynikających z bycia DDA lub DDD: każe bowiem dokonać wyboru miłości siebie bądź miłości Boga. Od tego wyboru zależy, czy będę wolny, czy też nie. W całym tym procesie bardzo ważną sprawą jest konieczność podjęcia decyzji. Decydowanie dla DDA jest zazwyczaj problemem. Ta decyzja dotyczy mnie, nie kogoś innego, i jest podjęta ze względu na mnie, a nie ze względu na kogoś innego. W umiejętności podejmowania takich decyzji tkwi rdzeń, korzeń dalszej pracy, dalszego życia. Okazuje się bowiem, że rzeczywistości duchowe, które zazwyczaj widziane są jako część naszego życia emocjonalnego, można odkryć jako coś, co jest we władzy mojej decyzji.

     Zatem okazuje się, że takie wartości jak wiara, nadzieja, a także miłość wyraża się w decyzji - to mój wybór. Na emocje - ich intensywność i długość - nie mamy zbyt wielkiego wpływu. Bywa, że najpiękniejsze emocje znikają, są ulotne. Gdyby wiara, nadzieja i miłość były utożsamiane z emocjami (i bardzo często tak jest), życie byłoby rzeczywistością bardzo trudną bo nieustannie narażoną na chwiejność, a w konsekwencji na niebezpieczeństwo ciągle zmieniającego się (często przechodząc ze skrajności w skrajność) obrazu siebie.

     Podejmując decyzję o wierze, o powierzeniu swego życia Bogu, mogę zachować spokój serca w tej bardzo ważnej części życia - to JA PODEJMUJĘ DECYZJĘ WIARY. Podobnie jest z nadzieją, której owocem jest ufność: to, że ufam Bogu, to nie stan emocji, ale decyzja: ja Tobie ufam, Boże.

     Ufność (nadzieja) zawsze jest decyzją, również w odniesieniu do drugiego człowieka. Miłość także. Dojrzała miłość. Aby ten wybór zaowocował wolnością, trzeba - według św. Augustyna - zdecydować, którą miłość wybieram, czy miłość Boga, posuniętą aż do wzgardy sobą, czy miłość siebie, posuniętą aż do pogardy Boga. "Wzgarda" różni się od "pogardy". Na pierwszy rzut oka wydaje się być nie do przyjęcia w kontekście miłości Boga. Już tyle doświadczyliśmy w naszym życiu wzgardy. Najważniejsza jest w tym wyborze miłość Boga, czyli miłość, którą mamy od Boga.

     Podjąć decyzję o przyjęciu miłości Boga wcale nie jest tak łatwo, zwłaszcza, że dotychczasowe doświadczenia miłości otrzymywanej od kogoś kończyły się zranieniem. Tym bardziej sprawdza się powiedzenie św. Augustyna o wzgardzie sobą; w relacji z Bogiem i Jego miłością mogę ze spokojem podjąć ryzyko "wzgardy" moimi dotychczasowymi doświadczeniami, tęsknotami, pragnieniami. Mogę Mu totalnie zaufać, napełniać się Jego miłością.

     Wydaje się, że właśnie tu tkwi klucz do zrozumienia i realizacji 11 Kroku z "programu uzdrowienia": być w coraz doskonalszej więzi z Bogiem i z zaufaniem pełnić Jego wolę.

     Czym jest doskonała więź z Bogiem, jeżeli nie doświadczeniem Jego miłości, a czym wzgarda sobą, jeżeli nie pełnieniem Jego woli? Niedościgłym wzorem życia wedle tej zasady jest św. Paweł, który mógł powiedzieć: "Żyję już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus". Zaufać Jego miłości bardziej niż sobie... to znaleźć zdrowy i właściwy dystans do siebie.

     Po co to wszystko? Bo czas najwyższy przerwać ten krąg nie-miłości w historii naszych rodzin i nowych pokoleń. I nie ma co czekać, że ktoś to zrobi za mnie, albo że przyjdzie samo. Owszem, wejście w taką relację z Bogiem, to decyzja, która dojrzewa w czasie, to droga, którą trzeba przejść. Ale, żeby tam dojść, należy ruszyć z miejsca. Cała przyroda woła w te przepiękne miesiące - że warto!

do spisu treści


Copyright by OAT 2010

Refleksja

Dlaczego logoteologia?

Jerzy Piotr Marciniak

Logoteologia jest refleksją nad słowem Bożym,
która między innymi przywraca nam sens życia.
Logoteologiczna koncepcja pomaga
w poznaniu i zrozumieniu świata,
w którym żyjemy.

     Od zarania dziejów ludzie poszukują odpowiedzi na pytanie, czym jest "szczęście w życiu", starają się odnaleźć drogę do osiągnięcia szczęścia. Trudno bowiem jest żyć bez odpowiedzi na to pytanie.

     Wielu współczesnych ludzi nie wie jednak, czego pragnie, jakie są ich cele, dążenia i co może zapewnić im szczęście. Podpowiada się tym ludziom, że mogą stać się szczęśliwymi, dostając coś z zewnątrz - pieniądze i inne "dobra" konsumpcyjne.

     Jeśli jednak współczesny człowiek tego nie osiągnie, ma wrażenie, że szczęście jest stanem w ogóle nieosiągalnym. W takiej sytuacji pojawia coraz bardziej dokuczliwe znudzenie, rozczarowanie życiem i samym sobą - kryzys życia, wewnętrzna pustka.

     Poszukując swojej koncepcji życiowej - marząc o szczęściu - warto odwołać się do gotowych propozycji. Tak zwani mądrzy ludzie powiadają, że szczęście jest pewną decyzją i pewnym wyborem wewnętrznym, stanem mentalnym, w którym człowiek doświadcza tego, że życie ma sens. Wiedzą o tym między innymi uczeni uprawiający szczególny rodzaj teologii - logoteologię.

     Terminu logoteologia po raz pierwszy użył wykładający w Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego i w Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu ks. prof. Marian Graczyk w referacie wygłoszonym podczas sesji poświęconej śp. ks. prof. Tadeuszowi Sikorskiemu, która się odbyła 22 listopada 2001 roku w Wyższym Seminarium Duchownym w Łodzi. Swoje wystąpienie zatytułował: "Ks. prof. Tadeusza Sikorskiego logoteologia".

     Logoteologia rozumiana jest jako refleksja nad słowem Bożym, która nadaje lub przywraca sens życia człowiekowi. Nie jest to wyjaśnianie prawd wiary ze względu na poprawność doktryny czy też nie jest to wyznaczanie poprawnych dróg działania moralnego, aby osiągnąć określony cel, ale jest to wysiłek intelektualny w łączności z Bogiem nad przekazem treści uzdrawiających człowieka z powodu zagubienia sensu; jest to wyjaśnianie tego sensu i uzasadnianie go w perspektywie życia obecnego i przyszłego oraz wzajemnego ich stosunku do siebie. Logoteologiczna koncepcja pomaga w poznaniu i zrozumieniu świata, w którym żyjemy, a także jego nieraz dramatycznych oczekiwań, dążeń i właściwości.

     Przy takim założeniu teologia jawi się jako słowo i nauka zrodzona ze Słowa samego Boga, ze względu na człowieka i dla człowieka. Słowo Boga, które podejmuje człowiek, aby przez nie i dzięki niemu leczyć i nadawać sens swojemu "stłumieniu" jako przejawowi lęku i uzależnienia. Zatem w terapii osób uzależnionych nie można nie korzystać z dorobku teologii rozumianej logoteologicznie. Staram się to wyjaśnić w części swojej pracy doktorskiej, która jest poniżej zaprezentowana.

"Logoteologia" w nauczaniu Jezusa

     Odnajdywaniu się człowieka przed Bogiem, aby odnaleźć siebie samego, ma służyć Kościół opierający swą naukę na wskazaniach pierwszego wielkiego wychowawcy człowieka - Jezusa.

     W nauczaniu teologów Jezus Chrystus przedstawiany jest głównie jako Syn Boży, oczekiwany Mesjasz, Zbawiciel, itp. Jednak dla pełnego zrozumienia Jego dzieła niezbędne jest również uwzględnienie perspektywy kierownictwa duchowego. Jezus Chrystus (podobnie zresztą jak naśladujący Go Jan Paweł II) był i wciąż pozostaje dla współczesnych niekwestionowanym mistrzem duchowym. Jezus, jako kierownik duchowy, idzie przez sam środek ludzkich dramatów, lęków i rozczarowań. Swoją postawą wyznacza główne przymioty dobrego przewodnika duchowego: Kierownik duchowy jest najpierw mistrzem, który naucza, przekazuje wiedzę, wprowadza do głębszego i bardziej osobistego zrozumienia tej wiedzy.

     Chrystus objawia człowiekowi człowieka: daje mu poznać, co to znaczy być człowiekiem, przez jakie ludzkie praxis (działania) może uczynić swoje człowieczeństwo moralnym. Mówi się o Chrystoterapii - tam, gdzie medycyna nie daje żadnych nadziei na wyleczenie, Jezus dokonuje całkowitych uzdrowień. Leczy obszary naszego człowieczeństwa, które najbardziej nas przerażają i wzbudzają trwogę. Obszary, które dla wielu są powodem zgorszenia, buntu przeciwko Bogu i własnemu losowi. Są to obszary smutków egzystencjalnych, lęków, depresji, wyczerpań, utraty rozumu, chorób psychicznych. "Przyćmione" środkami farmakologicznymi lub ucieczką w nadmierną pracę, użycie, gromadzenie dóbr materialnych - lęki i niepokoje nie giną, lecz nadal się odzywają. Tymczasem droga do życia prowadzi właśnie przez lęki, a nie wbrew nim lub bez nich. Swoim cierpieniem Jezus uczy bezinteresownego oddania, uczy kochać, a wszystkie uzależnienia i biedy człowieka biorą się ze zranionej miłości. Zatem, w artykule tym zostanie podjęta próba odpowiedzi na pytanie: Na czym polega logoteologia w nauczaniu Jezusa?

     Jezus rozumiał ludzi. Nauki, jakie głosił dwa tysiące lat temu, wędrując po Ziemi Świętej, stały się podwaliną wielu nauk i odmieniły losy wielu ludzi. Na temat nauk Jezusa napisano wiele prac, większości ludzi znane są tradycyjne interpretacje Jego słów. Zauważyć jednak należy, że słowa Jezusa zawierają w sobie odwieczną mądrość, która nie kłóci się z najnowszymi osiągnięciami psychologii, lecz czyni je wręcz bardziej zrozumiałymi, pełnymi logoteologicznej głębi - choć swego nauczania Jezus nigdy nie określił logoteologicznym.

     Jezus nie napisał żadnej książki, nauczał w sposób subiektywny przez przypowieści i dawanie swojego życia za przykład. Był pewny siebie, nie będąc aroganckim, wierzył w absolutne wartości, nie będąc surowym, i głosił prawdę o sobie, nie osądzając przy tym innych. Wierzył, że kontakt z Bogiem jest źródłem zbawienia i sensu. Z nauk Jezusa dowiadujemy się między innymi, że: pochwalał szczerość dziecięcych emocji; wiedział, że w umyśle może toczyć się walka między dwiema siłami; grzech traktował w kategoriach zerwania więzi człowieka z Bogiem; to, co psycholodzy nazywają uzależnieniem, Jezus nazywał bałwochwalstwem.

     Jezus potrafił dotrzeć do ludzi dzięki swoim umiejętnościom psychologicznym, które naukowcy przełomu dwudziestego i dwudziestego pierwszego wieków dopiero zaczynają poznawać. Zamiast wygłaszać naukowe prelekcje oparte na swojej wiedzy teologicznej, z pokorą nauczał poprzez proste historie. W swojej mądrości nie przemawiał do ludzi protekcjonalnie, wykorzystywał proste środki komunikacyjne, by mówić do nich. Mówił w taki sposób, by ludzie słuchali, ponieważ dobrze wiedział, jak sprawić, by chcieli słuchać. Jezus potrafił tak doskonale porozumiewać się z ludźmi, ponieważ wiedział to, czego dowodzi współczesna psychologia: że ludzie robią większość rzeczy w życiu "na wiarę", choć chcieliby się uważać za istoty racjonalne, opierające się w życiu na logicznych przesłankach. Jednak prawda jest taka, że ludzie choć starają się myśleć racjonalnie, większość decyzji podejmują na podstawie tego, co aktualnie czują i w co wierzą, dorabiając po fakcie logiczne usprawiedliwienia.

     Jezus wiedział, w jaki sposób ludzie rozumują. Był jednym z najlepszych nauczycieli wszech czasów, ponieważ zdawał sobie sprawę, że człowiek odbiera wszystko ze swojego własnego punktu widzenia. Nie zakładał, że jego słowa zawsze będą zrozumiane i dlatego nauczał poprzez przypowieści. Przypowieść to prawda o rzeczywistości ujęta w formę krótkiej historii. Człowiek może czerpać z niej tyle wskazówek, ile w danej chwili jest w stanie sobie przyswoić, a następnie wprowadzać je w życie. W miarę jak dojrzewa i rozwija się, może powrócić do przypowieści i próbować ponownie ją odczytać, zyskując nowe wskazówki na życiową drogę. Przypowieści i wiele zasad teologicznych zawartych w naukach Jezusa przydają się zwłaszcza w najtrudniejszych momentach życia, kiedy człowiek na przykład nie potrafi odnaleźć sensu w swoim cierpieniu. Cierpienie jest bolesne, ale prowadzi do dojrzałości, do zachowania zdrowia psychicznego, jeśli człowiek doszuka się w nim sensu. Bowiem zazwyczaj ludzie nie są w stanie zmienić faktów, mogą natomiast zmienić perspektywę, z jakiej je oceniają.

     Od czasu do czasu każdemu człowiekowi zdarza się gorzej myśleć o tym, czego w życiu dokonał. Jednak niektórzy ludzie myślą wówczas źle o tym, kim są. Potępiają samych siebie i jeżeli w porę nie odkryją, że mogą zmienić poglądy na swój temat, zaczynają przejawiać zachowania autodestrukcyjne. Bowiem fakty się nie zmieniają, przekonania - owszem. Jezus nauczał, że to wiara może zmieniać ludzkie przekonania. Często problemem nie jest to, co ludzie robią, lecz to, jakie ma to dla nich znaczenie. Jezus nauczał, że ludzie sami tworzą swoje "znaczenia". Poszukują sensu i automatycznie wyciągają wnioski na podstawie zastanych okoliczności. Mówił, że jeżeli coś wydaje się człowiekowi "nieczyste", to dlatego, że ma dla niego takie, a nie inne znaczenie - często dlatego, że kwestię emocjonalną zamienia w moralną. Wiedział, że wszystko, co ludzie robią w życiu, jest tak dobre, jak znaczenie, jakie ze sobą niesie. Dwoje ludzi może robić dokładnie to samo i dla jednego może to mieć znaczenie, a dla drugiego nie. Nie można w pełni ocenić słuszności czyjegoś postępowania, nie wiedząc, co dzieje się w sercu tej osoby.

     Dlatego też Jezus powiedział, Całe to zło z wnętrza pochodzi i czyni człowieka nieczystym (Mk 7, 23). Liczy się to, co ludzie mają w sercu. Nadając rzeczom znaczenia, ludzie mogą postępować zarówno dobrze, jak i źle. Człowiek postępuje dobrze, gdy poszukuje sensu w życiu, czyniąc świat lepszym, źle, gdy wyciąga pochopnie wnioski, utwierdzające go w złej samoocenie. Czasami woli, aby jakieś wydarzenie źle o nim świadczyło, niż żeby świadczyło o niczym. Człowiek niestety ma skłonność do nadawania okolicznościom znaczeń za wszelką cenę, korzystniej dla niego jest, gdy z pokorą traktuje wiedzę na swój temat. Może bowiem wyciągnąć błędne wnioski, nie zdając sobie z tego sprawy.

     W naukach Jezusa znaleźć można sformułowania wyrażone na płaszczyźnie duchowej, mówiące o tym, że ludzki punkt widzenia wpływa na zrozumienie otaczającej rzeczywistości.

     Jezus pyta: Cóż za korzyść stanowi dla człowieka zyskać świat cały, a swoją duszę utracić? (Mk 8,34-37). W innym miejscu powie: Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi (Mt 5,37). Człowiek może uczynić tylko tyle, ile pozwalają mu jego dary. Nie rozumieją tego ci, którzy uważają się za świętych, ślepi na własne potrzeby i ślepi na potrzeby innych.

     Z tego właśnie powodu prawdziwa wiedza oznacza pokorę. Ludzie dojrzali pod względem psychicznym - wynika z nauki Jezusa - mają dość odwagi, aby szczerze poświęcić się jakiejś sprawie, a jednocześnie pamiętają, że w swoim stosunku do niej mogą się szczerze mylić. Na tym właśnie polega związek między wiedzą i pokorą. Bowiem w przeciwieństwie do prawdy, która jest stała, ludzka wiedza na jej temat jest względna. Jezus dodawał przy tym, że wszystko ma znaczenie, konieczne jest tylko obranie za punkt wyjścia odpowiedniego stosunku do prawdy, obiektywnej prawdy. Właśnie dlatego Jezus powiedział: Ja jestem prawdą (J 14, 6). Wiedział, że ludzie nie potrafią pojąć w sposób obiektywny większości ważniejszych życiowych prawd, lecz że czują się z nimi związani.

     Prawdziwa więź była ważniejsza dla Jezusa niż to, by mieć rację. Tę zasadę wyznaje dzisiaj wielu terapeutów. Jezus nauczał: To wam przykazuję, abyście się wzajemnie miłowali (J 15, 9-17). Miłość jest spoiwem, duchowym synonimem prawdziwego związku, jaki wielu terapeutów, wzorujących się na naukach Jezusa, stara się tworzyć ze swoimi pacjentami. Terapeuci czerpiący swe inspiracje z logoteologicznej nauki Jezusa twierdzą, że powinno się przykładać mniej wagi do technicznej diagnozy, a większą do więzi, powstałej w trakcie terapii. Jezus mówił, że dogmatyczne podejście do religii i techniczne definicje prawości są mniej ważne niż związek człowieka z Bogiem i innymi ludźmi. Bez względu na to, czy chodzi o zdrowie psychiczne czy też o duchowy rozwój, człowiek powinien przestać się koncentrować na obiektywnej wiedzy, a skupić na doświadczeniu więzi. Takie, pełne pokory podejście do wiedzy, jakie można znaleźć w naukach Jezusa, winno być spotykane w gabinetach wszystkich terapeutów.

     Jezus wielokrotnie podkreślał, że podstawowym aspektem ludzkiej natury jest potrzeba tworzenia i podtrzymywania więzi z Bogiem i z ludźmi. Z tej perspektywy ludzie nie są ani źli, ani dobrzy, są tacy, jak ich związki. Miłosierny Samarytanin był dobry, ponieważ nie zignorował pobitego człowieka i zatrzymał się, aby zbudować z nim więź. W życiu spotkać można "złych" ludzi, którzy krzywdzą innych oraz pozostawiają ich "ograbionych i zranionych". Cała tragedia polega jednak na tym, że za każdym razem, gdy kogoś krzywdzą, krzywdzą również samych siebie: wikłając się w uzależniający cykl agresji wobec otoczenia. Przez cały czas swojej działalności Jezus utrzymywał kontakty z ludźmi, których można było sklasyfikować jako "złych" - z celnikami, grzesznikami - sam jednak za takich ich nie uważał. Dla Niego wszyscy ludzie posiadali potencjał dobra, dlatego zawsze traktował ich jakby byli dobrzy. Nieustannie zapraszał wszystkich do budowania z Nim więzi, ponieważ właśnie owa więź dawała ludziom moc bycia dobrymi.

     Jezus w przypowieści o miłosiernym Samarytaninie dokonał przenikliwej obserwacji psychologicznej. Żywiąc uprzedzenia do innych ludzi, człowiek bardziej rani siebie niż innych. Człowiek może być dobry albo zły, ponieważ tworzy dobre lub złe związki z innymi, a nie dlatego, że taki się urodził. Bycie miłosiernym Samarytaninem - powiedziałby słowami współczesnych mówców Jezus - leży w ludzkiej naturze. Każdy człowiek, nawet najtrudniejszy w kontaktach, ma bowiem w sobie coś wartościowego i dobrego. Prawdziwa natura człowieka zależy od stosunku do ludzi. Zaś największą ludzką potrzebą jest budowanie więzi, dzięki którym ludzie osiągają pełnię. Jezus nauczał, że nie wystarczy kochać ludzi - najbliższe osoby trzeba traktować jak przyjaciół. Jest to często o wiele trudniejsze niż kochanie ich. Mimo iż Jezus był Synem Bożym, powiedział swoim uczniom: Nazwałem was przyjaciółmi (J 15, 12-17), definiując w ten sposób sens człowieczeństwa.

     Obecnie psychoterapeuci winni brać pod uwagę to, że człowiek jest taki, jak jego związki z otoczeniem oraz to, że aby żyć zgodnie ze sobą, musi uznać swoją fundamentalną zależność od drugiego człowieka. Bowiem ludzie potrzebują innych, by zachować zdrowie psychiczne, potrzebują też kontaktu z Bogiem. Przy czym religia nie powinna uwalniać w człowieku tego, co w nim najgorsze. Niestety, wielu wierzących wierzy, ponieważ czują się winni i mają nadzieję, że dzięki religii będą mieli lepsze zdanie na swój temat. Uczestniczą w obrzędach religijnych i starają się wieść przykładny żywot po to tylko, aby nie mieć poczucia winy. Co prawda Jezus krytykował zachowanie niektórych ludzi, mówił jednak odejdź i więcej nie grzesz (J 8, 11), nie czyniąc z postępków ludzi tematu swoich nauk. Sensem życia Jezusa było uświadamianie ludziom, że potrzebują więzi z Bogiem. Wierzył, że gdy dana osoba odkryje w sobie tę najważniejszą z ludzkich potrzeb, nie będzie chciała grzeszyć.

     Sens życia Jezusa nie polegał na tym, by uczynić ludzi bardziej moralnymi, lecz by zachęcić ich do budowania więzi między sobą. Zakładał, że moralność ma swoje źródło w udanych związkach, odwrotna relacja nie zawsze jest możliwa. Sensem życia Jezusa nie była moralna krucjata i wiara w to, że wyłącznie zasady religijne i religijna filozofia mogą zmienić "grzeszną naturę" człowieka. Zakładał On natomiast to, iż naprawiając zerwane więzi, człowiek leczy rany własnej duszy. Pogodzenie ludzi z Bogiem, wskazanie im "drogi do domu" Jezus uważał za cel swojego życia. Wiedział bowiem, że życie ludzkie staje się o wiele lepsze, gdy podnoszą się z "upadku" (Jezus rozumiał "upadek" jako zerwanie więzi z Bogiem), gdy o zbawieniu myślą w kategoriach odbudowywania wzajemnych relacji.

     Jezus nauczał, że ludzie, którzy się rozwijają, zawsze są gotowi do zmiany utartego sposobu myślenia. Był też przekonany, że większa samoświadomość owocuje osobistym rozwojem i więzią łączącą ludzi z Bogiem. Wiedział jednak, że nie jest to łatwe, gdyż na przeszkodzie temu stoją właśnie ludzkie przywiązania do utartych sposobów myślenia. Przy czym wiedza w oczach Jezusa była mniej istotna od osobistych więzi z innymi ludźmi. Jezus nauczał, że ludzka samoświadomość zależy od tego, czy ludzie czują się kochani przez Boga. Wierzył, że tylko nawiązując bliski kontakt z Bogiem, osoba może zrozumieć znaczenie Jego słów. Człowiek się rozwija, gdy czuje się kochany, a rozwijając się, zaczyna rozumieć, co to znaczy być kochanym.

     Według nauki Jezusa, sztywne ramy myślenia są przeszkodą w tworzeniu prawidłowych związków z innymi, ponieważ podstawą udanej relacji jest otwarcie się na drugą osobę. Uważał, że ograniczone horyzonty myślowe mają korzenie w sercu człowieka. W tym przypadku "serce" należy rozumieć jako coś głębszego niż świadome myślenie. Jezus nie potępiał podświadomych mechanizmów, jakimi się ludzie kierują, starał się po prostu uświadomić, że ludzie nie powinni się do nich ograniczać. Jezus nie chciał, aby człowiek odrzucał dawne reguły i przekonania, chciał, by do starych dodawał nowe. Pragnął, aby ludzie uczyli się akceptować inny niż swój sposób na życie, by uczyli się nowych zachowań. Jezus dobrze wiedział, że ludzie mają skłonność do "udawania sprawiedliwych". Wszyscy lubią myśleć, że są lepsi niż w rzeczywistości, umniejszają więc swoje problemy, by poczuć się lepiej. Jednak umniejszanie problemów nie jest tym samym, co stawianie im czoła. Próbując się usprawiedliwiać, człowiek zamyka sobie drogę do zrozumienia samego siebie i dopóki to trwa, nie może się zmienić.

     Terapeuci dużo rozmawiają z pacjentami o przeszłości, przez co starają się zrozumieć przeszłe wydarzenia, aby móc stwierdzić, w jakim stopniu znów żyją w podświadomości pacjenta. Gdy człowiek nie potrafi się uwolnić od podświadomych mechanizmów sterujących jego życiem, zaczyna żyć przeszłością. Jedynie analizując podświadome przekonania, których korzenie tkwią w jego przeszłości, może zyskać wolność kształtowania nowych poglądów potrzebnych mu w teraźniejszości. Bez nich nie ma innego wyjścia, jak tylko podążanie za starymi, podświadomymi przekonaniami. Jezus głosił coś, w co powinni wierzyć współcześni terapeuci: lepiej świadomie wybrać to, w co osoba chce wierzyć, niż podświadomie podążać szlakiem dawnych przekonań.

     Ludzie, u których strefa duchowa jest bardzo żywa, rozwijają i uczą się nowych rzeczy. Życie w sztywnych ramach dawnych poglądów powoduje duchową śmierć na długo przed odejściem z tego świata. W ten właśnie sposób "umarli grzebią swoich umarłych". Jezus nie widział w tym żadnego pożytku. Chcąc pozostać żywymi, ludzie muszą świadomie rozwijać nowe poglądy, które przychodzą wraz z dojrzałością. Aby móc dojrzeć duchowo, człowiek musi przyznać, że nie potrafi wszystkiego zrobić samodzielnie. Aby zyskać siłę duchową, musi najpierw stać się słaby, przynajmniej w swoich oczach. Musi przyznać, że potrzebuje pomocy innych, aby zrozumieć w sobie to, czego do tej pory nie dostrzegał. Doskonalenie się według swoich własnych zasad nie pomoże człowiekowi, tym, co może mu pomóc, jest otwarcie się na innych i na to, czego mogą go nauczyć o nim samym.

     Jezus nauczał - używając współczesnego języka - że rozwój noetyczny nie jest czymś, co można osiągnąć samodzielnie. Człowiek potrzebuje do tego Boga, i nie jest to oznaka słabości, przeciwnie, to początek siły. Wielu ludzi wierzy, że potrafią sami się zmienić i nie muszą prosić nikogo o pomoc. To przekonanie zazwyczaj staje na drodze do ich dalszego rozwoju. Prawda natomiast jest taka, że sami ludzie nie potrafią dobrze zrozumieć samych siebie. Podświadome mechanizmy kształtujące ludzkie zachowanie i życie najczęściej wymykają się ludzkiemu poznaniu. W związku z tym człowiek potrzebuje kogoś, kto wskazałby mu te cechy, których sam nie dostrzega. Jezus chciał, by ludzie zrozumieli, że aby się rozwijać, muszą prosić innych o pomoc. Czasami jedyną przeszkodą, na jaką wówczas człowiek napotyka, jest lęk, że prosząc o pomoc, dowiedzie swojej słabości.

     Właściwą postawą jest odwaga, która przejawia się w byciu świadomym własnych lęków i jednoczesnym mówieniu życiu "tak" - mimo wszystko. Jezus dzielił ludzi na tych, którzy chcą zmienić swoje życie, i na tych, którzy nie chcą. Dlatego powiedział: Kto ma uszy niechaj słucha (Mt-3, 40). Zakładał, że każdy człowiek może się zmienić i proponował ludziom możliwość rozwoju wyłącznie poprzez ich chęć zaakceptowania tego rozwoju. Dojrzewanie jest związane z gotowością wsłuchania się w samego siebie i chęcią uporania się z tym, co tam człowiek znajdzie. Jezus nauczał, że człowiek potrzebuje odwagi, by móc się rozwijać, ale najpierw musi tego chcieć. Rozwój polega na dążeniu do pozytywnych uczuć, nie zaś na ucieczce przed uczuciami negatywnymi.

     Jezus mówił o procesie noetycznej przemiany jako o zadaniu, które każdego dnia człowiek musi wciąż na nowo podejmować. Zachęcając ludzi, by się rozwijali, pouczał ich, by wzięli swój krzyż (Łk 9, 23), wiedział bowiem, że rozwój wymaga pracy. Jezus nie twierdził, że lepsze życie pozwoli ludziom uwolnić się od negatywnych uczuć. Nie gwarantował nikomu natychmiastowej przemiany. W jego oczach lepsze życie oznaczało trud pójścia w Jego ślady. Jednym z owoców takiego życia jest ciągły rozwój. Wyjście ze stanu egoizmu, samotności, zagubienia i poczucia braku sensu, związanego z brakiem wiary w cokolwiek lub kogokolwiek poza sobą. Terapia to rodzaj duchowej wędrówki. Ani terapeuta, ani pacjent nie muszą być świadomi obecności Boga, ale to nie powstrzymuje Go przed nadawaniem ludzkiemu życiu określonego kierunku.

     Gdy pacjenci zauważają brak tego kierunku w terapii, to znaczy, gdy nie czują, że sprawy idą ku dobremu, mówią, że "tkwią w miejscu". Kiedy zaś zaczynają dostrzegać sens i czują, że terapia przynosi efekty, mówią: "teraz do czegoś dochodzimy". Mimo iż większość pacjentów nie ma tak naprawdę sprecyzowanego pomysłu na to, dokąd iść, to jednak każdy z nich chce gdzieś dojść, tak szybko, jak to tylko możliwe. Jezus nauczał, że grzechem jest to wszystko, co odsuwa człowieka od Boga i ludzi. Takie jest przesłanie przypowieści o synu marnotrawnym. Kierując się ku Bogu, człowiek kieruje się w stronę duchowej pełni. Odwracając się od Boga, zmierza ku duchowej pustce. Właśnie dlatego ojciec z przypowieści Łukaszowej był gotów wydać ucztę, widząc syna zmierzającego w jego kierunku.

     Jedną z duchowych prawd psychoterapii powinno być to, iż tak naprawdę liczy się nie dotarcie do celu, lecz droga, jaką człowiek musi przebyć, aby go osiągnąć. Sukcesem w terapii nie jest bowiem zakwalifikowanie się do kręgu osób zdrowych psychicznie, lecz wykształcenie w sobie umiejętności otwarcia się na innych. Pacjenci, którzy to rozumieją, w największym stopniu korzystają z terapii i doskonale pojmują, dlaczego ojciec syna marnotrawnego wydał ucztę na jego cześć. Jezus widział to tak: mimo iż syn marnotrawny ma wyrzuty sumienia i utrzymuje, iż zgrzeszył przeciw swemu ojcu, ten zdaje się nie pamiętać o jego winie i skupia się na jednym: syn zmienił się i wrócił do domu. Rola pokuty w psychoterapii polega właśnie na rozpoczęciu zmiany samego siebie. Według Jezusa akt pokuty syna miał miejsce nie w chwili, gdy błagał ojca o przebaczenie, lecz wówczas, gdy postanowił zmienić swoje życie.

     W Biblii pokuta" wyrażona jest greckim słowem metanoia, oznaczającym "zmianę sposobu myślenia". Znaczy to, że idąc drogą w określonym kierunku, w pewnym momencie osoba postanawia zawrócić i obrać nowy kierunek. Jezus tak właśnie rozumiał pokutę i nawrócenie. Nie chciał, by ludzie zadręczali się wyrzutami sumienia, lecz chciał pomóc im się zmienić. Tego samego winni chcieć terapeuci, gdy pacjenci przychodzą do nich prosić o pomoc. Pokuta tylko wtedy ma znaczenie w terapii, gdy jest interpretowana tak samo jak robił to Jezus. Jezus uważał, że akt pokuty ma miejsce wówczas, gdy ludzie zmieniają swoje postępowanie i przestają robić wszystko po swojemu. Aby terapia odniosła skutek, pacjent musi widzieć potrzebę zmiany. Aby się rozwijać, musi zmienić się zarówno pod względem duchowym, jak i psychicznym.

     Wielu ludzi żyje w przekonaniu, że gabinet psychoterapeutyczny jest miejscem, gdzie można pozbyć się swego poczucia winy. Wierzą, że poczucie winy jest przejawem neurozy, a terapeuci są specjalnie szkoleni, by przywracać pacjentom spokój sumienia. W końcu to, z powodu czego czują się winni, prawdopodobnie wcale nie było ich winą. Uważają poza tym, że ludzie o zdrowej psychice nie powinni tracić czasu, płacząc nad "rozlanym mlekiem". Czują się winni, nie dlatego, że źle postąpili, ale ponieważ "dali się przyłapać"; to, czego doświadczają, można nazwać fałszywym poczuciem winy. Jezus rozróżniał dwa rodzaje poczucia winy. To, co psychologowie nazywają prawdziwym poczuciem winy, On nazywał poczuciem winy wypływającym z miłości. To zaś, co nazywamy fałszywym poczuciem winy, nazywał poczuciem winy wypływającym ze strachu.

     To ujęcie tak bardzo współczesne w zakresie języka przypomina tradycyjne dwa rodzaje bojaźni: bojaźń czystą - z powodu pietyzmu, szacunku do Boga (kogoś) i bojaźń służebną (służalczą, niewolniczą) - z powodu wiecznej kary, zła które nas czeka. Pierwsza jest godna człowieka, ponieważ płynie ostatecznie z miłości do osoby, określonego dobra; druga natomiast jest niegodną człowieka, ponieważ zasadza się na czynieniu dobra z powodu lęku przed karą.

     Brak elastyczności w zachowaniu bywa jednak taką samą oznaką niskiej samooceny jak hałaśliwe zwracanie na siebie uwagi. Perfekcjonizm jest po prostu bardziej akceptowanym społecznie sposobem osiągnięcia tego samego celu.

     Karol Wojtyła pisał, że człowiek staje się lepszy przez każdy dobry uczynek, że każdy dobry uczynek kształtuje lub wzmacnia dobry charakter działającego. Każdy dobry uczynek czyni go lepszym, nie od razu doskonałym czy świętym, ale lepszym. Pogląd ten w jednej ze swych akademickich rozpraw nazwał "perfekcjoryzmem", by podkreślić to ulepszanie samego siebie przez czyn, nie czynienie doskonałym, ale właśnie lepszym? Stąd nie "perfekcjonizm", ale "perfekcjoryzm" na określenie tego stanowiska. Człowiek nie jest nigdy bytem doskonałym, takim jest wszak jedynie Bóg - czyli Dobro Najwyższe, ale jest bytem mogącym zmierzać ku temu Najwyższemu Dobru.

     Bycie chodzącym ideałem nigdy nie było dowodem zdrowia psychicznego. Wręcz przeciwnie, człowiek mający dość odwagi, aby pozwolić sobie na bycie niedoskonałym, ma zdrowszą samoocenę niż ten, który udaje, że wszystko jest z nim w porządku. Przez wieki ludzie mylili perfekcjonizm moralny z duchową prawością, definiując swoją wiarę listą rzeczy, których się dla niej wyrzekli: palenia papierosów, picia alkoholu, przeklinania i tak dalej. Czasami jednak ci, którzy najbardziej starają się osiągnąć doskonałość, są najbardziej grzeszni. Jest to wynik niewłaściwego rozumienia słów Jezusa: Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski (Mt 5,48). Bowiem greckie słowo przetłumaczone w powyższym wersecie jako "doskonali" może również oznaczać "dojrzali". A Jezus nauczał, że duchowa dojrzałość nie oznacza braku wad.

     Jezus starał się przekazać ludziom następującą mądrość: miłości nie można kupić, można ją jedynie otrzymać. Usiłując osiągnąć doskonałość pod względem moralnym, osoba nie staje się bardziej godna Bożej miłości. Bezinteresowną miłość człowiek otrzymuje za to, kim jest, a nie za to, co robi. Ludzie posiadający zdrową samoocenę tak właśnie traktują samych siebie. Zatem z nauk Jezusa można zrozumieć: będąc doskonałymi, ludzie nie czują się bardziej kochani - pragną jednak być bardziej dojrzali, ponieważ czują się kochani.

     W przypowieści o synu marnotrawnym Jezus uczy ludzi, że chcąc Go naśladować, powinni się zaprzeć samych siebie. Miał na myśli różnicę między "ja" prawdziwym i fałszywym. Prawdziwe "ja" to człowieczeństwo będące odbiciem Boga. Fałszywe "ja" to obraz sztucznie tworzony przez ludzi w relacji do otaczającego ich świata. Mówiąc o zaparciu się samego siebie, Jezus miał na myśli fałszywe "ja", pancerz ludzkiego egoizmu, utrudniający kontakt z Bogiem i ludźmi. Aby ludzkie relacje były szczere i oparte na "duchowych więzach", podparte kontaktem z prawdziwym "ja", trzeba wyeliminować z życia wszelkie pozory. W duszy człowieka toczy się ciągła walka pomiędzy grzechem a duchowością. Przy czym grzech w ujęciu Jezusa jest "nie trafieniem do celu" lub popełnieniem błędu. Mówiąc o grzechu, Jezus nie roztrząsał, co wydarzyło się w przeszłości, lecz zastanawiał się, jak obecnie można rozwiązać problem. Psychoterapia winna zatem być procesem, podczas którego pomaga się zagubionym ludziom w "odnalezieniu drogi do domu", w przywróceniu sensu ich życiu.

     Naśladownictwo Jezusa powinno również dotyczyć Jego rozumienia religii. Jezus głosił, że religia została stworzona dla ludzi, nie zaś ludzie dla religii. Psycholodzy zaobserwowali, że zarówno rozwój intelektualny, jak i moralny człowieka zmierza od konkretu do abstrakcji. Dojrzewając, ludzie uświadamiają sobie istnienie pewnych wytycznych. Jezus stawiał praktykę miłosierdzia - widzenie drugiego człowieka - ponad religijną praktykę służącą ludzkim interesom. Jezus nauczał, że rytuały są po to, by przypominać ludziom o Bogu. Spełniają one swoją rolę tak długo, jak długo ludzie pamiętają, jaki jest ich cel. Niektórzy ludzie tak kurczowo trzymają się konkretnych form poznania, że umyka im cały sens religijnych zasad i rytuałów. Można wówczas mówić o pustej religii, ograbiającej ludzi z ich duchowego życia. Jezus nie tolerował fałszu w religii. Była ona dla Niego narzędziem ułatwiającym człowiekowi kontakt z Bogiem, nie zaś zbiorem sztywnych zasad sprawiających, że ktoś czuje się dobrze lub źle. Jezus głosił, że religia pozbawiona miłości jest religią pozbawioną sensu.

     Psycholodzy zajmujący się rozwojem moralnym człowieka zauważyli, że im bardziej człowiek jest dojrzały moralnie, tym bardziej jest świadomy, że zasady należy traktować jak wskazówki wytyczające pewien kierunek nie zaś jak prawa, które należy sztywno przestrzegać. Jezus nauczał, że religia, podobnie jak życie, nie mają sensu, dopóki człowiek nie zrozumie ich symbolicznej wymowy. Życie człowieka powinno łączyć w sobie konkretne rytuały i abstrakcyjne doświadczenia. Tajemnica polega na tym, by posługiwać się konkretem w taki sposób, aby ożywić ukryte znaczenie. Zachęcając ludzi by byli "roztropni jak węże", Jezus miał na myśli właśnie ten rodzaj ludzkiej percepcji. Sensowne życie polega na dążeniu do sedna spraw, nie zaś na zadowalaniu się powierzchownym poznaniem. Jezus wierzył, że religia może wnieść do ludzkiego życia wiele sensu, o ile ludzie będą wykorzystywać rytuały religijne do pogłębiania swojego rozumienia Boga i siebie samych. Potrzeba tylko starać się pojąć abstrakcyjne znaczenie ukryte w konkretnych zasadach. Na tym właśnie polega tajemnica sensownego życia.

     Niektórzy ludzie mają trudności z budowaniem więzi z Bogiem i w odpowiedzi na swą wewnętrzną potrzebę odniesienia się do czegokolwiek, w miejsce Boga stawiają przedmioty. W taki sposób Jezus definiował bałwochwalstwo. Wiedział, że zanim człowiek znajdzie w swym sercu miejsce dla Boga, musi najpierw oczyścić je z uwielbienia dla własnych "bogactw". W gabinetach psychologicznych spotyka się jednak takich ludzi, którzy kończą terapię zanim cokolwiek w ich życiu może się zmienić. Jak bogacz z przypowieści Jezusa, wolą zrezygnować i odejść. Wszyscy ludzie mają wybór pomiędzy "bogactwami" a związkami z innymi ludźmi. Wybierając "bogactwa", oddają się we władanie bogom, którzy zamiast wolności oferują im niewolę. Jezus nie nazywał uzależnienia po imieniu, wiedział jednak, że człowiek, oddając cześć "bogom", żądającym od niego całkowitego oddania i rezygnacji z więzi istniejących w ludzkim życiu, "pakuje się" w poważne tarapaty. Takie zachowanie Jezus nazywał bałwochwalstwem. Wspólnota Anonimowych Alkoholików kieruje się tymi samymi założeniami, które głosił Jezus. Krok Drugi z Dwunastu Kroków Anonimowych Alkoholików - ich swoistego wyznania wiary - brzmi: Uwierzyliśmy, że moc potężniejsza od nas może nam wrócić zdrowie. Chociaż w deklaracji AA nie pada definicja Boga w formie podawanej przez Jezusa, jednak członkowie wspólnoty zgadzają się co do tego, że chcąc wyleczyć się z alkoholizmu, trzeba zaufać sile potężniejszej od nas samych. Jezus nauczał, że aby dojrzeć duchowo, człowiek musi kochać i być kochanym, nie jest to zaś możliwe w przypadku bałwochwalczego uzależnienia. Jezus uważał miłość za największą siłę we wszechświecie. Głosił, że Bóg jest Miłością i że stwórczą siłą miłości pomoże rozwiązać problemy na świecie. Miłość znajduje się w centrum nauk Jezusa, jest też niezbędna w procesie uzdrawiania wymiaru specyficznie ludzkiego.

     Wiele można by jeszcze pisać na temat tego, w jaki sposób nauki Jezusa i zawarta w nich wiedza logoteologiczna mogą pozytywnie wpływać na ludzkie życie. Pomost bowiem, łączący nauki Jezusa ze współczesnymi teoriami logoteologicznymi, jest solidny, a przeprawa po nim bezpieczna. Trzeba się też "wsłuchać" w opinie teologów, którzy postanowili po nim wędrować. Przez stulecia ci, którzy studiowali przypowieści Jezusa, korzystali z zawartych w nich mądrości, a w umysłach wybitnych myślicieli ewaluowały teologiczne teorie. Ponieważ zaś ludzka umiejętność teologicznej analizy zachowań człowieka staje się coraz bardziej wyrafinowana, wydaje się, że możliwości korzystania z tej mądrości będą coraz większe.

Artykuł ten jest fragmentem pracy doktorskiej Jerzego Piotra Marciniaka: "Próba zastosowania przez Viktora Emila Frankla koncepcji rozwoju neotycznego w programie terapii uzależnień"

do spisu treści


Copyright by OAT 2010