
Strona główna
Trzeźwymi bądźcie
numer 1/2009
numer 2/2009
numer 3/2009
numer 4/2009
numer 5/2009
numer 6/2009
|
"Trzeźwymi bądźcie" nr 4/2009
SPIS TREŚCI
Wstęp, Jan Karczewski OFMCap
* Problemy alkoholowe i abstynencja *
Sierpień miesiącem nieobojętnych, Jan Karczewski OFMCap
Przejawy logoteologii na przykładach świadków Kościoła, Jerzy Piotr Marciniak
Terminarz Ośrodka Apostolstwa Trzeźwości
Jest dobrze, będzie lepiej, Tadeusz Pulcyn
Porozmawiajmy... O sakramentach (sakrament święceń), Jan Karczewski OFMCap
Spostrzeżenia. Dżungla XXI wieku, Anna Janik-Szewczyk
Z kart historii. Rywałd Królewski, miejsce uwiezienia bp. Czesława Kaczmarka,
Wojciech Polak i Waldemar Rozynkowski
Na pielgrzymim szlaku. W drogę , Anna Janik-Szewczyk
Patron kapłanów. Jan Maria Vianney, T.P.
Książki. Jan Paweł II w trosce o trzeźwość człowieka, Tadeusz Pulcyn
Z prasy. Trudne dziedzictwo, Zbigniew Olejnik
* Apostoł Trzeźwości *
Wstęp, ks. Zbigniew Kaniecki
Wydarzenia. Homilia bp. Tadeusza Bronakowskiego w Płocku Trzepowie
Referaty. Dlaczego alkoholikowi tak trudno utrzymywać abstynencję,
Barbara Góralczyk
Sierpień miesiącem nieobojętnych
Jan Karczewski OFMCap
Sierpień nie jest
według zamysłu Kościoła miesiącem trzeźwości.
Jest miesiącem abstynencji
jako postawy wynikającej z wolnego wyboru,
a nie obowiązku.
Wkrótce miesiąc sierpień, błędnie nazywany miesiącem trzeźwości. Dlaczego tak powszechnie używane nazewnictwo należy uznać za niewłaściwe? Sierpień jako "miesiąc trzeźwości" sugeruje, że tylko w tym jednym miesiącu jesteśmy wezwani do trzeźwej postawy, co jest oczywiście nieprawdą. Do trzeźwości bowiem jest zobowiązany każdy człowiek przez całe swoje życie. Nadużywanie alkoholu zawsze jest złem etycznym, moralny czy też, używając nomenklatury religijnej - grzechem. Kluczowe jest tu słowo "nadużywanie". Argumenty: "alkohol jest dla ludzi", "alkohol jest darem Bożym" (znajdziemy przecież w Biblii słowa, że "wino rozwesela serce człowieka", nie wspominając już o sławnej w tym kontekście scenie z Kany Galilejskiej, gdzie Pan Jezus przemienił wodę w wino) niczego nie wnoszą do dyskusji na temat używania czy nie używania alkoholu, ponieważ nie znajdziemy nigdzie ogólnego zakazu spożywania alkoholu, ale... I to "ale" należy podkreślić - istnieje moralny zakaz nadużywania alkoholu, a więc zakaz "nietrzeźwości".
Zazwyczaj nietrzeźwość, czy też nadużycie alkoholu kojarzy się z taką sytuacją, gdy ktoś "przeholował", to znaczy wypił tyle alkoholu, że nie jest w stanie stać na nogach, ma bełkotliwą mowę, nie wie, co robi. Taki stan to upicie się, ale przecież nadużyciem może być nawet niewielka ilość wypitego alkoholu. Nadużywa alkoholu człowiek, który pije go, nawet w niewielkiej ilości, wiedząc, że za chwilę będzie kierował pojazdem. Nadużywa alkoholu kobieta będąca w stanie błogosławionym, każda bowiem ilość tej substancji jest niebezpieczna dla rozwijającego się w bardzo szybkim tempie nowego człowieka. Nadużywa alkoholu ktoś, kto występując w roli autorytetu (rodzic, nauczyciel, duchowny, polityk), używa go w obecności dzieci i młodzieży, kształtując w ten sposób pogląd w młodych, że "picie jest ok", co w wymiarze duchowym nazwiemy zgorszeniem. Nadużyciem alkoholu jest wreszcie picie go przez dzieci i młodzież.
Pojawia się tu pytanie o granicę wieku, kiedy młodzież staje się już dorosła. W sytuacji gdzie w Polsce picie alkoholu przez szesnastolatków jest już - niestety - normą (można się domyślić, że inicjacja musiała nastąpić o wiele wcześniej), mówienie o osiemnastu latach czy wieku dwudziestu jeden lat jako granicy dorosłości - zakrawa na śmieszność. Śmieszne to czy nie, jasno należy stwierdzić, że każde użycie alkoholu w wieku, w którym następuje bardzo dynamiczny rozwój człowieka - fizyczny, psychiczny, emocjonalny, duchowy, a więc co najmniej do osiemnastego roku życia - jest jego nadużyciem.
Sierpień nie dotyczy więc oczywistej sprawy zachowywania trzeźwości. Jesteśmy do niej zobowiązani nieustannie i nie jest wcale czymś wyjątkowym to, że w niektórych sytuacjach trzeźwość jest równoznaczna z zachowaniem abstynencji. Ale nawet jeżeli trzeźwość nie wiąże się z abstynencją, do umiaru zobowiązany jest każdy "normalnie" używający alkoholu. Umiar oprócz płaszczyzny psychofizycznej (to, w jaki sposób dana ilość alkoholu wpłynie na funkcjonowanie organizmu) można rozpatrywać w kontekście naszego życia duchowego oraz zadań społecznych, do jakich jesteśmy zobowiązani. Chodzi tu przede wszystkim o role, jakie spełniamy w rodzinie (w wymiarze duchowym chodzi o powołanie). Nie idzie tu jedynie o zapewnienie bytu, ale o obecność. Bywa bowiem, że nadużywanie alkoholu (także w formie tzw. imprezowania, załatwiania "spraw zawodowych" czy leczenia stresu wynikającego z pracy), ciągła nieobecność fizyczna, emocjonalna i duchowa jest usprawiedliwiana troską o dom, rodzinę... Trzeba jasno powiedzieć, że jest to raczej objaw nieuporządkowania, a w kontekście trzeźwości objaw jej braku.
Jeszcze raz należy powtórzyć: wszystko co dotyczy zachowania trzeźwości w życiu człowieka jest jego obowiązkiem moralnym i dotyczy całego życia. Sierpień - według zamysłu Kościoła - nie jest więc miesiącem trzeźwości. Jest miesiącem abstynencji jako postawy wynikającej z wolnego wyboru, a nie obowiązku. Odwoływanie się do historycznych wydarzeń sierpnia wskazuje na postawę naszych przodków, którzy nie byli obojętni na problemy ich czasów. Podejmowali wielkodusznie działania, nie bacząc na to, że być może trzeba będzie oddać swoje życie. Niektórym wydaje się, że idea sierpnia jako miesiąca abstynencji już się wypaliła. Wypaliło się raczej błędne rozumienie tej idei. Natomiast to, co jest sednem tego pomysłu, jest coraz bardziej aktualne.
Chodzi tu bowiem o uaktywnienie wielu ludzi, którym nie jest obojętna sprawa tego, jak nam się żyje w Polsce. Można, jako wyjaśnienie dla nazwy - "Sierpień miesiącem abstynencji" - dodać: "Sierpień miesiącem nieobojętnych". Abstynencja podejmowana przy tej okazji jest decyzją, która dotyczy samych zainteresowanych. Nie jest więc postawą roszczeniową, wymaganiem od innych, ale osobistą wolną decyzją, podjętą ze względu na większe dobro. Abstynencja bowiem nie wynikająca z obowiązku zachowania trzeźwości (o czym było wyżej) jest wyborem większego dobra, jest rodzajem postu. Kościół podpowiada, że ten rodzaj postu może być podjęty ze względu na miłość do Boga i drugiego człowieka.
Nasi przodkowie, przywoływani w kontekście wydarzeń sierpniowych z różnych epok, uczą nas ofiarnej miłości i bezinteresowności w podejmowanych działaniach. Uczą nas entuzjazmu. W czasie tego wakacyjnego miesiąca, gdy tak wiele zła się dzieje, zwłaszcza w życiu młodych ludzi z powodu nadużywania alkoholu, potrzeba entuzjastów życia wolnego, pokazujących, że można odpoczywać, bawić się, spędzać wspólnie czas bez użycia "wspomagaczy".
Czy zmieni coś jeden miesiąc w roku? Czy nie narażamy się na oskarżenie o akcyjność? Nie chodzi tu wcale o miesiąc, ale o serce człowieka, które przy okazji tej inicjatywy, zamkniętej w ramach czasowych, może doświadczyć błogosławionych owoców. Co do tych owoców - w wymiarze duchowym - to nie jesteśmy w stanie ich zmierzyć. Trzeba jednak założyć, że one są, mówi bowiem o wadze postu sam Pan Jezus, a abstynencja z miłości jest przecież rodzajem postu - rezygnacją z tego, z czego mam prawo korzystać. A inne owoce? Też zapewne niewymierne, ale ważne.
Sierpniowi abstynenci, przeżywający abstynencję w duchu służby, nieobojętności, entuzjazmu, nie uciekający od swoich znajomych, odkrywający wolność i radość z wyboru, którego dokonali, będą świadkami tej wolności i będą zawsze znakiem dla innych. Jeżeli to pozwoli zastanowić się komuś nad swoim życiem, jeżeli będzie to rzucenie ziarna nadziei w czyjeś życie - to znak, że warto to robić.
Jeżeli do tego dojdzie świadectwo wobec młodych, jeżeli swoim przykładem i "szaleństwem" pociągnie się najmłodszych (a przecież młodzi tęsknią za czymś szalonym), to warto to robić. Może warto, na użytek wyjaśnienia, o co chodzi w sierpniu, miesiącu abstynencji, dodać jeszcze: "sierpień - miesiącem szaleńców Bożych", którym nieobojętne są sprawy innych, zwłaszcza młodych, którzy stawiają wymagania sobie, którzy odkrywają wolność nie w samowoli, ale w wymaganiach mądrze podejmowanych. Oby takich szaleńców było jak najwięcej.

Copyright by OAT 2010
Jest dobrze, będzie lepiej
Tadeusz Pulcyn
Dom był zasobny,
wykształceni i dobrze sytuowani rodzice
dbali, aby dzieciom niczego nie brakowało.
Doskwierał im jedynie wojskowy dryl,
nadmierna kontrola ojca.
- Jako dziecko - wspomina Marta - widziałam, że świat nie jest taki zły, ale nie jestem w stanie sprostać wymaganiom taty. Był bardzo zasadniczy i nie potrafił wyrażać uczuć. Bywał miły, gdy bardzo się starał.
Na wakacje wyjeżdżaliśmy zawsze z rodzicami, nie bywaliśmy na koloniach czy biwakach. Po latach dostrzegłam, że rodzice mocno ograniczyli moje naturalne wzrastanie z rówieśnikami. Za to organizowali często mnie i bratu wycieczki po Polsce; wtedy wstępowaliśmy do kościołów nie tylko, żeby obejrzeć ich wnętrza, ale także, aby przyklęknąć przed ołtarzem, bo w niedzielnej Eucharystii raczej nie uczestniczyliśmy.
Ojciec Marty miał naturalną ciekawość świata - kultury, sztuki, religii... - Wiele od niego czerpaliśmy - ocenia Marta. - Ale ta niby sielanka intelektualna trwała zwykle około dwóch tygodni. A potem - zamyśla się - zaczynał pić. Trzy, cztery, pięć dni robił, co chciał, potem był zamykany w pokoju, zabierało mu się wszystkie lewe buty, spodnie, żeby nie mógł wyjść, żeby wytrzeźwiał.
UPÓR I MGŁA
Uświadomiła sobie, że jest dorosłym dzieckiem alkoholika dopiero 5 lat temu. Wróciły koszmarne wspomnienia.
- Nieustająca huśtawka nastrojów, emocji - relacjonuje - to była lwia część mojego świata. Szamotałam się jak zwierzę w potrzasku. Myślę, że przez kilkanaście lat było może kilka awantur, w których nie uczestniczyłam. Właściwie stale był płacz, prośby, żeby tata nie szedł pić, rozdzielanie szarpiących się rodziców. Modliłam się po swojemu, żeby to się wreszcie skończyło. I kończyło się, jak ojciec wytrzeźwiał. Wtedy znów był do rany przyłóż. Odrabiał ze mną lekcje; wyjaśniał, tłumaczył, rozwiązywał, odsłaniał nie odkryte jeszcze przeze mnie przestrzenie. Ojciec był i nadal jest mało kontaktowy, wyraża się przez działanie. A cykliczna "walka" z nim trwała bez końca. Słowem, był to klasyczny układ domu z problemem alkoholowym: ojciec alkoholik, matka, która nie ma pojęcia, co z tym zrobić, a jedno z dzieci przyjmuje rolę bohatera.
Od 6 lat do 19 byłam rozjemcą i włączałam się w interwencje; żeby nie wychodził z domu, żeby nie pił, żeby się nie degradował. Raz ja wchodziłam z nim w konfrontację, raz mama. Awantury trwały niekiedy po 12 godzin. Mama często czekała aż wrócę ze szkoły, żebym ją wsparła w zatrzymaniu ojca w domu.
Marta była postrzegana, nie tylko przez rodziców, jako "dziecko silne". Potrafiła też szybko podejmować decyzję, był w niej nawet pewien upór; jak postanowiła, tak musiała zrobić. - Gdy mama pytała mnie, czternastolatkę, co robimy, jak robimy, żeby awanturnika spacyfikować, strzelałam jak z automatu: Teraz go zamkniemy na klucz! Innym razem: Trzeba mu dać tę setę, której się domaga. Pokazywałam, że się nie boję trudnych wyzwań nawet wtedy, gdy się panicznie bałam. Na przykład gdy szłam z mamą po ojca na melinę. Ona nie chciała wejść do środka, żeby nie urządził draki - bo "żona przyszła na przeszpiegi" - a jak Martusia weszła do cuchnącej alkoholem i papierosowym dymem kanciapy, to ojciec: O! Martusia przyszła, jak miło... I bez specjalnego oporu dawał się "zaciągnąć do domu". Jako dziecko zostałam osobą dorosłą. To książkowy przykład, gdy rodzice, najbliżsi dorośli, nie rozumieją, co się dzieje z dzieckiem, gdy wciągają je w ich świat.
Bratu Marty poniekąd zaoszczędzono udziału w domowych burdach. To było dziecko mgła, był nieobecny. Albo inaczej: wszystko się działo w domu z nim w tle. Siedział wyprostowany na krzesełku, obserwował batalie, a nawet wojny, milcząc. Potem, jak dorósł, był fizycznie wyłączony z domowych problemów, bo przez 5 dni był w szkole z internatem, poza domem. - Ale skutki moich i jego doświadczeń są takie same - podkreśla Marta.
OFIARA I OPRAWCA
Najgorszy etapem w życiu Marty była szkoła średnia. Miała duże kłopoty z nauką, z koncentracją. Po uderzeniach psychicznego obciążenia przez tydzień dochodziła do siebie, nie była w stanie się na niczym skupić dłużej niż kwadrans. - A gdy zbliżała się matura - wspomina - spostrzegłam, jak się rozsypuje moje życie. Otrzymywałam albo piątki, albo dwóje. Nie byłam w stanie przetrwać pięciu godzin lekcyjnych. Każdego dnia z jakiejś lekcji musiałam uciekać. Nosiło mnie. Wtedy myślałam, że coś jest ze mną nie tak, że się już nie pozbieram. Myślałam nawet: Niech by się już w końcu tata zapił na śmierć. Mama sobie poradzi z utrzymaniem mnie i brata, a będziemy mieli święty spokój.
Gdy za drzwiami mojego pokoju rozgrywały się sceny... starałam się wyłączyć i nie interweniować. Parokrotnie na przestrzeni kilku miesięcy jednak nie wytrzymałam. I któregoś dnia stało się to najgorsze: wyszłam i kilkakrotnie uderzyłam ojca w twarz. I to doświadczenie doskwiera mi do dzisiaj.
Był taki moment, kiedy już chodziłam na terapię. Zrozumiałam, że jestem ofiarą, ale i oprawcą. Ojciec nas nie bił, ale sam był w dzieciństwie bity i z dziadka przeskoczyła na mnie ta agresja.
SATYSFAKCJA I BÓL
- Później na szczęście - relacjonuje dalej Marta - wyjechałam na studia do Warszawy i odseparowałam się od rodziców. To były trudne lata. Nie chodziłam na imprezy, nie miałam kontaktu z rówieśnikami, byli inni, wydawało mi się, że są dziecinni, a moje życie było tak dorosłe. Poszłam do pracy. Praca uporządkowała moje życie, a studia satysfakcjonowały; mogłam się wykazać, że rozumiem, wyciągam właściwe wnioski, potrafię opisać rzeczywistość, odnaleźć się w grupie. Miałam poczucie własnej wartości. A jednak w którymś momencie dopadł mnie ogromny smutek, z którym sobie nie radziłam. Ruszyłam więc na spotkanie w grupie DDA. Ta decyzja nie była poprzedzona jakimś tragicznym wydarzeniem. Przeciwnie, byłam spokojna jak nigdy przedtem. Ale przygniatał mnie ból.
POZA ILUZJĄ
Nie wie, kiedy poznała pojęcie DDA, ale gdy szperała w Internecie, wyskoczyła jej strona z mityngami. Nie wiele się zastanawiając, poszła na pierwszy mityng do grupy "Słoneczko", spotykającej się w podziemiach kościołach św. Michała w Warszawie. Wtedy - pięć lat temu - zaczęło się śledztwo. Zaczęło się - dobrze pamięta - od słuchania, zbierania informacji i próby szczerej wypowiedzi o sobie. - Nie umiałam jednak wyartykułować, co tak naprawdę się zemną dzieje - przyznaje - choć jestem niby odważna i gadatliwa.
Jako dziecko, gdy w domu był spokój, dużo czytała - książka za książką. Niewiele razy jednak mogła skonfrontować uczucia bohaterów literackich ze swoim uczuciami. - Kiedyś - przypomina sobie - mogłam mieć wtedy z 18 lat, czytałam "Zdążyć przed Panem Bogiem" Hanny Kral. Utrwaliłam sobie obraz Marka Edelmana, który leżał na kanapie i patrzył w ścianę. Nic złego już się działo, ale on był jakby nie obecny w swoim życiu po wojnie. Uświadomiłam sobie wówczas: gdy kończy się ciąg alkoholowy ojca i moje wojny domowe, przestaję istnieć, nic mnie nie interesuje, nic mi się nie chce. Naprawdę nie chciało mi się żyć...
Uratowała ją pasja chodzenia do teatru. - Postacie teatralne - ocenia - odrywały mnie od codzienności, pozwalały przeżywać emocje, zadawać pytania i szukać odpowiedzi. Wszystkiego doświadczałam, siedząc bezpiecznie w fotelu jako widz. Żyłam jednak poza iluzją. Teatr pomógł mi ocalić moją wrażliwość. To był też czas intelektualnego rozwoju.
Po pierwszym mityngu DDA poszła na terapię. I przestała chodzić do teatru, bo jej życie stało się dla niej bardziej interesujące niż dzieje literackich bohaterów. - Teraz ja jestem bohaterką swojej sztuki - uśmiecha się. - Nie analizuję już zachowań teatralnych postaci, ale moje własne.
Relacje z ludźmi są teraz dla mnie najważniejsze. Mam wokół siebie wiele bliskich mi osób. Są wśród nich osoby, które kocham. Potrafię się przyjaźnić. Jeśli miałabym przełożyć słowo przyjaźń na konkret, to w moim przekonaniu jest to - pełne zaufanie i radość intelektualnego i duchowego obcowania z sobą. A miłość? Czy wiem, czym jest miłość? Myślę że wiem, że ocaliłam ją w sobie, że potrafię kochać. Umiem rozdzielić uczucia żalu i lęku od braku miłości, bo wiem, że miłość nie wyczerpuje się w uczuciach.
NIE TYLKO ZUPA
Marta czuje się kochana chociaż jest obecnie na rozdrożu. Absorbują ją DDA (współorganizuje spotkania wspólnoty w Zakroczmiu), praca zawodowa i praca z bezdomnymi. - Wciąż nie wiem jak to ze mną będzie, czy będę mieć rodzinę? - uśmiecha się.
Ostatnio Marta przy klasztorze ojców kapucynów w Warszawie, gdzie o. Piotr Wardawy postanowił osobom bezdomnym dawać więcej niż tylko zupę, pomaga w tworzeniu grupy dzielenia się Słowem Bożym. Pomysł grupy wolontariuszy jest prosty: Trzeba wejść z bezdomnymi w bliższy kontakt. - Ci ludzie mają takie życiorysy, że nie wiele da się w nich poprawić - zaznacza Marta - ale okazuje się, że są spragnieni rozmów, chcą dzielić się swoim życiem w naszej obecności, chcą, żeby uznawać ich między innymi za takich, którym się opowiada dowcipy, sami mają poczucie humoru. A "poczucie humoru prostuje ludzi zgiętych przez doświadczenia życiowe". Większość z nich ma tak zwany problem alkoholowy. Przychodzą jednak na grupę modlitewną, która jak dotąd jest raczej klubem dyskusyjnym. Ale... Dojdziemy w końcu do rozważania Słowa Bożego.
WYCHODZENIE Z CIENIA
- Idę przez życie od spotkania z człowiekiem do spotkania z człowiekiem - podsumowuje Marta. - Szkoda tylko, że tata wciąż pije, a mama sobie wciąż z tym nie daje rady. Obecnie mam z ojcem raczej dobry kontakt. Tylko gdy jest pijany, nie dzwonię i nie odwiedzam go. Kiedy zaś jest trzeźwy, rozmawiamy czasem chwilę. Problemem są zawsze życzenia świąteczne. Żadne z nas nie potrafi spojrzeć drugiemu prosto w oczy. Dobrze, że ojciec już przestał mi życzyć, żebym była lepszą córką.
Mam jeszcze takie pragnienie, żeby raz złożył mi życzenia naprawdę serdeczne i żebyśmy spojrzeli sobie w oczy - z radością. To się wciąż nie zdarza. Ale w ubiegłym roku przed Bożym Narodzeniem życzenia naprawdę serdeczne złożył mi bezdomny, któremu pomagam; jest w wieku mojego ojca. Może to właśnie tak ma być.
Wychodzę z cienia... Czuję, że Panu Bogu o coś chodzi, jeśli tak mnie prowadzi, a nie inaczej. Chyba moimi rękami robi coś dobrego. Trzymam z Nim. Idziemy razem. Z Nim jest dobrze, a będzie lepiej.

Copyright by OAT 2010
|
|