Strona główna

Trzeźwymi bądźcie
 numer 1/2009
 numer 2/2009
 numer 3/2009
 numer 4/2009
 numer 5/2009
 numer 6/2009

okładka"Trzeźwymi bądźcie" nr 6/2009
SPIS TREŚCI

Wstęp, Krzysztof Kościelecki OFMCap

* Problemy alkoholowe i abstynencja *

Małżeństwo, krzywda i obrona, ks. Marek Dziewiecki
Strategiczno-strukturalna psychoterapia uzależnienia, Jerzy Piotr Marciniak
Terminarz Ośrodka Apostolstwa Trzeźwości na rok 2010
Spostrzeżenia. Góry, Anna Janik-Szewczyk
Świadectwa. Jest wiarygodny, Tadeusz Pulcyn
Warto wiedzieć. O kościele "na Górce", T.P.
Wyznania małżonków. Dostałem od Boga dużo, Tomek
Refleksje wigilijne. Piękny czas, Anna Janik-Szewczyk
Co słychać w Internecie. Strony AA w Polsce, Magdalena Korzekwa
Dokumenty. Caritas in Veritate (fragmenty), Benedykt XVI
Z prasy. Trzeźwy jak Zakopane, Zbigniew Olejnik

* Apostoł Trzeźwości *

Wstęp, ks. Zbigniew Kaniecki
Homilia bp. Tadeusza Bronakowskiego wygłoszona w katedrze gorzowskiej z okazji "Marszu Rodziny dla Trzeźwości"
Modlitwa błogosławienia pomnika Mateusza Talbota, bp Piotr Libera

Świadectwa

Jest wiarygodny

     Ma wspaniałą żonę, pięciu synów, prowadzi na Podhalu dobrze prosperującą firmę. - To dzięki Hance - wyznaje Józek - nie straciłem dorobku naszego życia; ona zmusiła mnie do podjęcia leczenia, bo w wieku 35 lat zacząłem pić destrukcyjnie. Byłem uzależniony od alkoholu, a nie potrafiłem się do tego przyznać. Wydawało mi się, że to normalne; interes się kręcił, klienci dopisywali, a więc były okazje do "oblewania sukcesów". Ale również bez okazji ciągnęło mnie do kieliszka.

     Pierwsza skrucha

     Hanka zauważyła notoryczne popijanie Józka, ale przez wiele lat wydawało jej się, że potrafi sama go od tego uchronić. - Niestety - mówi zażenowana - nie udało mi się, bo od pewnego momentu zaczął już pić ciągami. Wtedy postawiłam ultimatum: albo się będziesz leczył, albo będziemy musieli się rozstać. Zależało mi przede wszystkim na dzieciach. Dwaj synowie są już dorośli, ale pozostała trójka wciąż potrzebuje ojca - nie pijanego - tłumaczyłam mężowi. Przed podjęciem kuracji odwykowej i terapii Józek próbował stanąć na nogi o własnych siłach. Składał miedzy innymi, jak wielu górali - w kościele jezuitów "na Górce" w Zakopanem - ślubowania abstynencji w okresie Wielkiego Postu czy Adwentu. Udawało mu się nie pić najwyżej przez trzy miesiące. - Potem - wspomina - już nie wytrzymywałem bez alkoholu i stawałem się agresywny wobec żony i dzieci. No i - dziś już wiem to na pewno, bo wtedy sobie tego nie uświadamiałem - stosowałem wobec nich przemoc psychiczną. Złagodniałem nieco po ciężkim wypadku samochodowym. Z opresji wyciągnęła mnie, oczywiście, Hanka, biorąc całą winę na siebie. Krótko jednak trwała moja skrucha.

     Detoks

     Józek pił najczęściej w zakładzie pracy i uważał, że wszystko jest w porządku, wydawało mu się, że "firma rodzinna wciąż się rozwija". Tymczasem - w efekcie jego zaniedbań - firma podupadała. I w domu nie dostrzegał cierpienia rodziny. - Żyłem - przyznaje - w jakiejś ułudzie, w zakłamaniu. Któregoś dnia po kilku głębszych udowadniałem żonie, że nie piłem. Starszy syn zaproponował wtedy, żebyśmy pojechali na Policję i sprawdzili alkomatem moją trzeźwość. Przystałem na to. I stało się: Alkomat wykazał 3,5 promila alkoholu we krwi. Jakimż okazałem się wtedy żałosnym człowiekiem. Chciałem się zapaść pod ziemię. Wstydziłem się spojrzeć synowi w oczy. A on był przybity i zasmucony. Gdy wróciłem do domu, długo szamotałem się sam ze sobą, w końcu automatycznie sięgnąłem po zapasy alkoholu... Nachodziły mnie myśli samobójcze. Jednak nie targnąłem się na życie. Opatrzność uchroniła mnie przed tym, co najgorsze...

     Po tym incydencie Józek uległ wreszcie namowom żony. Trafił na detoks i na terapię do szpitala psychiatrycznego.
- Gdy zawoziłam go na odtrucie - relacjonuje Hanka - dziwne myśli przychodziły mi do głowy, poczułam się winna, że on pije, zresztą przez 15 lat często mówił, że robi to przeze mnie, ale się tym nie przejmowałam, bo przecież widziałam go w różnych sytuacjach; sam nie umiał powiedzieć dosyć, musiałam odciągać go od kieliszka. Wtedy jeszcze nic o chorobie alkoholowej nie wiedziałam.

     Wraca zaufanie

     - Od dziecka bałem się szpitala - wspomina Józek. - I tam, na oddziale psychiatrycznym, przeżywałem psychiczne katusze. Widziałem pacjentów z padaczką alkoholową, z delirium, patrzyłem jak umiera jeden z nich. Wyobrażałem sobie, że i ja tak skończę niebawem. Ale dostałem się pod skrzydła wspaniałych lekarzy, psychologów i terapeutów. Wyszedłem jednak z odwyku z poczuciem wstydu, bałem się ocen rodziny, znajomych; w końcu leczyłem się w "psychiatryku". Ale strach ma wielkie oczy. Zostałem dobrze przyjęty przez otoczenie. Ruszyłem w drogę ku trzeźwości. Półtora roku sam borykałem się z pokusami...

     - Gdy przestał pić - wspomina Hanka - zaczął być nieznośny: wszystko lepiej wiedzący, apodyktyczny. Mamy stare ramy na strychu, możemy cię w nie wstawić - żartowałam. - A on chciał przejąć wszystkie obowiązki w firmie i być szefem w domu. I myślał, że wszyscy będą skakali wokół niego. Początkowo ta jego aktywność była mi na rękę, ale potem zaczęliśmy się już ostro spierać. Na szczęście wobec dzieci był w porządku. Ale najmłodszy syn dopiero po roku nie picia Józka usiadł mu na kolana. Do niedawna wszyscy chłopcy z najmniejszym problem zwracali się do mnie. Teraz to się powoli zmienia. Wraca zaufanie, bo ojciec i mąż jest coraz bardziej OK...

     Przydała się wiedza

     - Skończyłem terapię - sumituje się Józek - ale mechanizmy chore zostały, więc bywały kłótnie. Nie miałem wzorców, nie radziłem sobie z trzeźwością. Nie piłem, ale było we mnie tyle emocji, że byłem jak trotyl. Dopiero gdy trafiłem do wspólnoty AA w Bukowinie Tatrzańskiej, od której długo uciekałem, wszystko się zmieniło. Jakąż ulgę poczułem, gdy na pierwszym mityngu wypowiedziałem bez lęku: Jestem Józek, alkoholik.

     I wkrótce sam założyłem grupę AA "Podhale" przy szpitalu w Nowym Targu. Jesteśmy (około 80 osób) w dobrej sytuacji, bo szpital użycza nam swoich pomieszczeń i nie bierze od nas pieniędzy za ich użytkowanie. Sami natomiast robimy remonty naszej siedziby. Nasza rodzina trzeźwiejących alkoholików stale się powiększa. Na mojej piątej rocznicy trzeźwości było ponad 100 osób z całej Polski.

     W tak zwanym międzyczasie - zaznacza Józek - zrobiłem Program Rozwoju Osobistego w warszawskiej Fundacji ETOH, żeby pomagać innym. No i okazało się - ścisza głos - że gdy już wyszedłem na prostą, zaczęły się kłopoty z uzależnieniem syna od narkotyków. Na szczęście już wiedziałem, jak mu pomóc, jak w jego przypadku postępować. Syn skończył terapię w ośrodku monarowskim. Jest czysty od czterech lat. Założył rodzinę i jest w porządku. Słowem, moja wiedza o chorobie alkoholowej, wiedza zdobyta podczas terapii przydała się...

     Prawdziwa skrucha

     - Wiedza to jedna sprawa, a wiara to druga, bardzo ważna w moim życiu - wyznaje Józek. - Jej stan obecny zawdzięczam spotkaniom w Ośrodku Apostolstwa Trzeźwości (OAT) w Zakroczmiu. Pierwszy raz przygnało mnie tam o 3.00 w nocy. Bałem się trochę, że o tej porze zastanę tam drzwi zamknięte. Myliłem się. Brama ośrodka była otwarta na oścież. I natychmiast otoczony zostałem przyjaciółmi. Wiele zawdzięczam ojcu Krzysztofowi. To on sprowadził mnie na właściwą drogę. Dzięki rozmowom z nim i innymi duszpasterzami OAT zrozumiałem, że samo trzeźwienie bez rozwoju duchowego nic człowiekowi nie daje. Potrzebna jest prawdziwa skrucha, właściwa ocena siebie w obecności Boga. Modlitwa. A ja nie wiedziałem nawet, jak się spowiadać. Teraz już wiem. I próbuję się modlić jak umiem najlepiej.

     Józek bywa w Zakroczymiu co kwartał i za każdym razem "przywozi" ze sobą przynajmniej dwóch nowych kolegów z Podhala, a oni potem też "przywożą" następnych. I w tym roku w Zakroczmiu podczas spotkań AA "Podhale" w lipcu było już kilkadziesiąt osób. - Kilku z nas - podkreśla Józek - przyjechało ze swoimi żonami, a kilka par nawet w strojach góralskich. Chcemy dać świadectwo, że na Podhalu też się trzeźwieje.

     Miłość i odpowiedzialność

     Józek z żoną dalej "prowadzą rodzinny biznes", w którym zatrudniają między innymi niepijącego alkoholika. I w ich zakładzie nie ma alkoholu... - Dziś - zaznacza Józek - jest to miejsce bezpieczne dla mnie i dla moich współpracowników. Jesteśmy dumni z tego, że potrafimy obejść się bez alkoholu. Na ścianach firmy wisi kalendarz z programem zakroczymskich spotkań. Codziennie na terminarz zerkamy i wyczekujemy dnia, kiedy będziemy mogli wyruszyć na spotkanie do tej - jak mówią - stolicy trzeźwości.

     I gdziekolwiek indziej uczestniczymy w spotkaniach, wszędzie dajemy świadectwo, że alkoholik, który wyszedł z uzależnienia, może być człowiekiem zasługującym na miłość najbliższych. Podkreślamy też, że nie da się trzeźwieć bez pogłębiania życia duchowego.

     - Józek jest wiarygodny w tym, co mówi - potwierdza Hanka. - Kiedyś na przykład nie potrafił powiedzieć przepraszam, nie umiał okazywać troski i mnie, i dzieciom. Teraz doszedł do tego, że miłość to nie tylko uczucie, ale także odpowiedzialność. Tym mi imponuje i za to go kocham. Kochają go również synowie - i ci najmłodsi, i ci starsi. Przepada za nim wnuczka. Dziadek jest dla niej pierwszy - zaraz po rodzicach.

Tadeusz Pulcyn

do spisu treści


Copyright by OAT 2010