Strona główna

Trzeźwymi bądźcie
 numer 1/2010
 numer 2/2010
 numer 3/2010
 numer 4/2010
 numer 5/2010
 numer 6/2010

okładka"Trzeźwymi bądźcie"  nr 6/2010
SPIS TREŚCI

Wstęp, Krzysztof Kościelecki OFMCap

Problemy alkoholowe i abstynencja
Adwent. Wyjście na spotkanie Miłości, Magdalena Korzekwa
Wzór kobiety spełnionej, ks. Zbigniew Kaniecki
Kapłanki w sanktuariach domowych, Dariusz Sosnowski OFMCap
Nic do stracenia. Z dr Ewą Woydyłło rozmawia Tadeusz Pulcyn
Rady mędrców starotestamentalnych odnoszące się do picia alkoholu, ks. Andrzej Piwowar
Kolędy i pastorałki
Świadectwa. Bóg zamieszkał w moim sercu (część IV), Teresa-Agata
Refleksje bożonarodzeniowe. Bóg się rodzi w rodzinie, Magdalena Korzekwa
Wspomnienie. Nie odszedł w niebyt, Rysiek
Wyznania. Sam tego nie zrobię, Wojtek z Łukowa
Spostrzeżenia. Mama i szkoła, Anna Janik-Szewczyk
Terminarz Ośrodka Apostolstwa Trzeźwości
Z prasy. Dopalacze i inne substancje psychoaktywne, Zbigniew Olejnik

Apostoł Trzeźwości

Wstęp, ks. Zbigniew Kaniecki
Kazania. Cztery wskazówki do zwycięstwa nad sobą, ks. Tomasz Opaliński
Jesienna sesja Zespołu Konferencji Episkopaty Polski ds. Apostolstwa Trzeźwości. Podsumowanie sesji przez bp. Tadeusza Bronakowskiego



Rozmowy z psychologiem

Nic do stracenia

Z dr Ewą Woydyłło, psychologiem i psychoterapeutką, rozmawia Tadeusz Pulcyn

Czy kobiety z rodzin z problemem alkoholowym są skazane na życiowe niepowodzenia ?

Nie są. Potrafią w trudnych warunkach uruchamiać mechanizmy obronne i niekiedy wręcz ratują całą rodzinę. Czasem to się jednak przeciwko nim obraca, gdyż bardzo dużo energii zużywają na inne cele, niż na realizację własnych potrzeb czy na dobre wypełnianie roli matki. Gdy zajmują się - jako współuzależnione - akcją ratunkową osoby, która nie radzi sobie z alkoholem, nie mają czasu i siły na tworzenie prawdziwie domowego ciepła.

Pani zna tę sytuację z autopsji.

Moja sytuacja nie jest typowa, bo nie byliśmy małżeństwem i nie mieszkaliśmy razem, gdy mój obecny mąż jeszcze pił ( już 27 lat nie pije). Zajmowałam się dziećmi sama, a on spędzał z nami czas, gdy był trzeźwy. Wzięliśmy ślub dwa lata po jego leczeniu. Gdy żona i pijący mąż mieszkają pod wspólnym dachem, ona, choć świadoma tego problemu, może nie wiedzieć, jak postępować. Przede wszystkim wstydzi się swojej sytuacji i zwleka z udaniem się po pomoc. Trzeba wiedzieć, że współuzależnienie to syndrom, który może mieć różnorodne objawy, a może też nie mieć żadnego. Współuzależnienie ma swoją dynamikę. I tym się różni od złamanej nogi, że nawet jeśli złamanie jest skomplikowane, jest to szkoda określona. Inaczej jest ze współuzależnieniem. Czasem jest to tragedia, czasem tylko pasmo mniejszych lub większych przykrości i osobistych rozczarowań. Jeżeli alkoholik mimo picia zachowuje pełną sprawność zawodową - a to wcale nierzadko się zdarza u osób wykształconych, ludzi tak zwanych wolnych zawodów o wysokim statusie społecznym - rodzina może żyć dostatnio i nie ponosić większych strat. Jeżeli jeszcze rodziny alkoholika i jego żony wspierają ją, ma ona warunki, aby bez zakłóceń zajmować się sobą, dziećmi i ich sprawami. Martwi się o męża, bo go kocha, a gdy jest choć trochę uświadomiona, może szybko trafić po pomoc profesjonalną. W takich przypadkach umiejętna interwencja może też doprowadzić do powstrzymania nałogowych zachowań męża. Jest to jednak trudne zadanie, gdy alkoholizm wchodzi już w fazę destrukcyjną. W każdym razie zawsze wysoką cenę za nadużywanie alkoholu męża i ojca płaci cała rodzina. Najdotkliwiej odczuwa ten problem najbliższa osoba dorosła, a więc żona, która usiłuje kontrolować i na własną rękę powstrzymywać zagrożenia i skutki pijaństwa; wierzy, że powstrzyma męża od picia, że go "upilnuje"...

Ale się jednak myli.

Na ogół się myli. Przypominam sobie napis w sali, w której były spotkania rodzin, w jednym z ośrodków, gdzie odbywałam staż po ukończeniu studiów psychologicznych: "Nie przez ciebie pije i nie przez ciebie przestanie". To jest klarowny komunikat dla osób współuzależnionych. Dość trudny do przyjęcia zwłaszcza przez osoby niewyedukowane, nieświadome tego, co się wokół nich dzieje. Często brakuje im elementarnej wiedzy; że alkoholizm jest chorobą niezależną od tego, co wokół chorego robią żony czy matki. Ich działania mogą zmniejszać (albo zwiększać) nasilenie nałogu, ale nie są przyczynowe. Przyczyną jest wadliwa fizjologia, lecz najbardziej zaawansowane badania naukowe wciąż nie są w stanie tego wyjaśnić do końca. Kobiety, nie wiedząc o tym, mając wpisaną w mentalność rolę opiekunek słabych, chorych, niesprawnych, wierzą, że potrafią im pomóc. Gdy im się to nie udaje, jeszcze bardziej nasilają swoje starania.

Nie są jednak bez szans na wyjście z impasu.

Mają duże szanse uporania się z nim, gdy im ktoś pomoże. Trzeba podsunąć udręczonej kobiecie broszurkę o problemie alkoholowym, skierować ją na mityng Al-Anon, do grupy dla współuzależnionych, odesłać do programu telewizyjnego, w którym poruszany jest problem uzależnień. Kobiecie czasem wystarczą trzy zdania zachęty, żeby zrozumiała, że musi skorzystać z pomocy innych, kompetentnych osób. Najlepiej powiedzieć: Sama nie dasz rady! A dlaczego? Bo to nie od ciebie zależy. Oczywiście, są takie kobiety, które będą się upierać przy swoim.

W jaki sposób Pani je przekonuje do szukania pomocy?

Oferuję pomoc psychologiczną i grupy samopomocowe. Ale gdy słyszę, że osoba współuzależniona mówi: Nie, nie proszę Pani, dam sobie radę - bo on mi obiecał, że przestanie pić - to myślę sobie, że ona jeszcze nie jest zmęczona swoją sytuacją. Oczywiście, wolałabym, aby nie trwoniła sił na próżno, żeby raczej zapisała się na kurs angielskiego albo poświęciła czas dzieciom na odkrywanie i rozwój ich zdolności. Słowem, aby zużyła energię na takie cele, które przyniosą pożytek i radość. Widząc, że uporczywie usiłuje jedynie "ratować alkoholika", nie wiele mam do zrobienia. Nie gniewam się, nie pouczam, nie oburzam. Zapewniam tylko tę osobę, że jeśli poczuje, iż jest gotowa, aby coś w swoim życiu zmienić, spotkam się z nią ponownie. Nawet najbardziej oporne pacjentki wracają. Po spotkaniu, w domu, zastanawiają się: dlaczego ona uważa, że powinnam zmienić swoje postępowanie. Może w tym jest jednak sens?
Często polecam osobom współuzależnionym odpowiednią literaturę. W Polsce jest sporo kompetentnych autorów książek. Taka biblioterapia, autorefleksja oparta na czyimś opisanym doświadczeniu i wiedzy bywa niezwykle pomocna i może nauczyć odpowiednich strategii zaradczych.

Jakich?

Pozostawione bez pomocy, niewyedukowane żony alkoholików zwykle obwiniają się za ich pijaństwo. Bardzo często uważają, że spotyka je "jakaś" kara Boska. Szukają w sobie winy: bo go raz zdradziłam, bo nie chodzę regularnie do spowiedzi... To jest myślenie w kategoriach: "dźwigam swój krzyż"; on mnie dręczy, o nic nie dba, ale muszę być z nim. Kobiety mylą często lojalność z naiwnością. Jeśli ktoś myśli, że jest wolą Boską, aby żona była nękana przez stale upijającego się męża, to absolutnie trzeba mu pomóc zmienić takie myślenie. Na model życia rodzinnego ogromny wpływ mają przekazy nabyte w rodzinach, z których współuzależnione kobiety pochodzą. Z amerykańskich statystyk, które pamiętam z lat 80. wynika że ok. 50 proc. żon alkoholików, to córki alkoholików. Obawiam się, że w Polsce jest podobnie.

Jak im można pomóc?

Córkom, w ogóle dzieciom dorastającym w rodzinach z problemem alkoholowym można pomóc stosunkowo łatwo. Może to zrobić ktoś dorosły i trzeźwy, emocjonalnie niezależny od życia w dysfunkcyjnej rodzinie. Jak do mnie ktoś przyprowadzi dziecko z rodziny, w której "tatuś pije i się kłóci z mamusią" albo rodzice się rozwodzą "z powodu alkoholizmu taty", to ubolewam, że dziecko znalazło się w traumatycznej sytuacji, ale przede wszystkim słucham i dowiaduje się, co umie robić, czym się interesuje, czy ma przyjaciół. I dowiaduję się, na przykład, że szybko biega, ładnie rysuje albo pięknie recytuje. Czasem chłopak mówi, że nic nie umie. A ja słyszę, że ma ładny głos i dobrą dykcję. Albo widzę, że dziewczyna jest pomysłowo ubrana; wyrażam wtedy uznanie dla tych zalet. Wszystkim dzieciom, a najbardziej tym, które mają za sobą bolesne przeżycia, trzeba dodawać poczucia wartości. Dzieci z bagażem traumy same nie potrafią odkryć w sobie niczego dobrego. Rodzice zaś pochłonięci walką między sobą, zawsze popełniają poważne błędy. Wprowadzają atmosferę chaosu, nieprzewidywalności, braku bezpieczeństwa. Alkoholik albo dziecko przytula, obdarowuje prezentami, albo je odpycha, złości się na nie o byle co. I dziecko tę niechęć wobec niego przypisuje sobie. Dziecko nie ma pojęcia, że coś się może dziać całkowicie niezależnie od niego. Patrząc na awantury w domu, myśli przeważnie: to na pewno przeze mnie. Rodzice w emocjach często wprost obwiniają: gdybyś dobrze się uczył, tata by nie pił, gdybyś była grzeczna, nie byłoby awantury. Dziecko obwiniane, odtrącane dorasta, podejrzewając siebie o najgorsze. Trzeba je ratować. I może to zrobić pani katechetka, pan od wuefu, życzliwa i rozumna sąsiadka albo ciocia - ktoś, kto w zamieszaniu domowym nie bierze udziału, ktoś spoza toksycznego środowiska.
Miałam do czynienia z nastolatkiem, którego ojciec pił na umór, a matka była w domu prawie nieobecna, bo dużo podróżowała. Chłopak czuł się niepotrzebny nikomu i bardzo ryzykownie się zachowywał. Babcia przyprowadziła go do mnie, abym go przekonała, żeby z nią zamieszkał. On jednak tego nie chciał, wolał znosić swoje piekło, wierząc podświadomie, że zdoła opanować dramatyczną sytuację w domu. Stres i niepokój odreagowywał w destrukcyjny sposób. Powiedziałam babci na osobności, aby dowiedziała się, kto z osób dorosłych mógłby z tym chłopcem częściej rozmawiać, spędzać z nim czas. Okazało się, że wnuk należał do koła fotograficznego i jego prace były dobrze oceniane przez prowadzącego je nauczyciela. Chłopak jednak został jakiś czas wcześniej z koła wykreślony, bo przestał uczęszczać na zajęcia. Doradziłam babci, żeby poprosiła nauczyciela, aby chłopca znów przyjął. Nauczyciel zrobił to chętnie i zaproponował mu udział w konkursie, w którym przedsawił by swoje wcześniejsze prace. W ten sposób obudził w nim wiarę w siebie. Potem młody fotografik przyszedł do mnie i opowiedział, co się wydarzyło, a ja, korzystając z okazji, wytłumaczyłam mu, na czym polega choroba alkoholowa, która dotknęła jego rodzinę. Wiele zrozumiał, obyło się bez karnej interwencji, przestał mu grozić zakład poprawczy. Dotarło do niego, że zła atmosfera w domu to nie jest jego wina, że nie jest to też wina mamy, że tata jest uzależniony i dlatego nie potrafi funkcjonować bez picia. Rozmawialiśmy również o tym, że gdy ktoś jemu samemu podsunie piwo czy inny alkohol do wypicia, będzie musiał być bardzo ostrożny. Dowiedział się, że ryzyko szybkiego uzależnienia jest w jego przypadku zwielokrotnione. Historia chłopca skończyła się dobrze. Po pewnym czasie jego ojciec podjął leczenie. Rodzina jest w komplecie.

Ale nie zawsze podobne historie mają happy end.

Ale zawsze trzeba mieć nadzieję i starać się pomóc... W ludziach jest ogromna - nazywam to terminem amerykańskim resilience - sprężystość emocjonalna. Tylko 1/3 spośród dzieci wzrastających w rodzinach, w których rodzice nadużywają alkoholu, ponosi z tego tytułu poważne szkody, które odbijają się na ich dorosłym życiu. 66 proc. dzieci z takich rodzin zdobywa wystarczającą do dobrego życia umiejętność radzenia sobie z problemami, wielu radzi sobie nienajgorzej z patologicznie funkcjonującymi dorosłymi. Te dzieci potem zdobywają wykształcenie, zakładają rodziny, mają przyjaciół, żyją normalnie. Pomocy psychologicznej poszukują te, które czują, że ślady toksycznego domu przeszkadzają im w życiu. Na przykład perfekcjonizm uniemożliwiający zadowolenie ze swoich dokonań albo lęk, nieufność do ludzi. Typowa cecha DDA to niskie poczucie wartości. Osoby te zniewalają natarczywe myśli, na przykład: Czy ja naprawdę mu się podobam? Zaprosili mnie, ale czy naprawdę chcą, żebym tam przyszła? Albo: w pracy mnie chwalą, ale przecież inni zasługują na pochwałę bardziej niż ja...

Takie osoby też udaje się wyciągnąć z dołka?

Oczywiście. Wśród ludzi, którzy są lub byli moimi pacjentami, nie spotkałam nikogo, kto by nie był zdolny do zmiany. Wszelkiego rodzaju pomoc psychologiczna w postaci psychoedukacji lub głębszej terapii musi jednak trafić na odpowiedni grunt. Jest nim gotowość do zmiany, chęć nauczenia się umiejętności i odwaga niezbędna do wprowadzania zmian. Osoba musi być odpowiednio przygotowana i zachęcona przez psychoterapeutę do zmiany, ale sama musi zdobyć się na wypróbowanie nowych zachowań, postaw i sposobu myślenia. Jest to dla wielu ogromne ryzyko.

Na czym ono polega?

Na tym, że osoba podejmuje takie działania, których efektów nie zna, nie wie, czy nowe zachowanie przyniesie pozytywny skutek. Kobieta może odnosić się sceptycznie na przykład do takiego zalecenia: przestań płacić jego długi, musi sam za nie zapłacić. Gdy dziecko jest jeszcze niedorosłe, może mieć wątpliwości, że jeśli przestanie czekać na tatę i pójdzie grać w piłkę, to nic złego się nie stanie. Jak wiadomo, tata przyjdzie albo pijany, albo trzeźwy, ale to nie zależy od czekania na niego. Trzeba przekonać dzieci alkoholików, że nie są rodzicami swoich rodziców i nie muszą się nimi opiekować, bo oni są dorośli. Mają prawo do popełniania błędów, ale dzieci mają też prawo dbać o swoje sprawy, aby jak najlepiej przygotować się do dorosłego życia. Trzeba te dzieci z toksycznych rodzin upoważnić do zajęcia takiej postawy. Trzeba być jednak dla nich autorytetem, żeby uwierzyły, że wyjście z alkoholowego piekła jest możliwe. Autorytetami mogą być inni dorośli, na przykład rozumni i życzliwi rodzice kolegów albo nauczyciele, jak choćby wspomniany wyżej "pan od fotografii". Powinny to być osoby, które dziecko wycofane, zalęknione albo agresywne, odreagowujące destrukcyjnie swoje stresy i zmartwienia, postawią na nogi i dodadzą poczucia wartości przez swoją akceptację. Sąsiadka powie: dobrze, że przyszłaś, robię sernik, pomóż mi ukręcić ser. Dziecko, gdy czuje, że jest akceptowane i potrzebne, nabiera pewności siebie. Najlepiej jest, gdy autorytetami są mama i tata. Ale gdy są do tego niezdolni, mogą się stać nimi inni dorośli.

Ma Pani do czynienia również z kobietami z domów problemem alkoholowym, które są uzależnione, a ponadto weszły w konflikt z prawem i odbywają kary w areszcie. Jak im się pomaga?

Ostatnio byłam w grudziądzkim zakładzie karnym, który świętował jubielusz 15-lecia oddziału "Atlantis". W tym więzieniu przebywają skazane, które odsiadują wyroki ze swoimi dziećmi do 3 lat. I tam też leczą się z uzależnień. Nota bene na terapię czeka się dwa lata, bo tak wiele kobiet w więzieniach jest uzależnionych od alkoholu. Kierownikiem oddziału jest psycholog, która w 1991 roku ukończyła zorganizowaną przez Fundację Batorego tak zwaną Szkołę Burgina, czyli kurs specjalistyczny w dziedzinie terapii uzależnień. Bill Burgin przyjechał z USA, by przez dwa lata pomagać nam tworzyć programy terapeutyczne w zakładach karnych. Działają one w ponad dwudziestu więzieniach, ten w Grudziądzu jest jedynym oddziałem terapeutycznym dla kobiet.
Z alkoholiczkami praca terapeutyczna jest trudniejsza niż praca z mężczyznami ze względu na niekorzystne uwarunkowania fizjologiczne, psychologiczne i społeczne. Jeżeli sama uzależniona tego nie rozumie, to w terapii przeżywa większe trudności.
Niestety często nie zdają sobie sprawy z tych uwarunkowań także terapeuci, wtedy rzutuje to na ich stosunek do pacjentek. Na przykład często się je obwinia za huśtawki nastrojów czy histeryczne zachowania, za które de facto odpowiada ich hormonalna fizjologia.

A jeśli terapeuci to rozumieją?

To uświadamiają pacjentkę, że jej natura naraża ją na takie huśtawki i powinna tym bardziej nauczyć się radzić sobie z emocjami. Ważne jest odpowiednie podejście zwłaszcza w terapii grupowej, gdzie są i mężczyźni, i kobiety, które stanowiąc mniejszość, nie czuja się bezpiecznie. Terapia porusza wiele intymnych przeżyć, związanych z tym, co kobieta robiła pod wpływem alkoholu. Wiadomo, że robiła rzeczy okropne. I ma mówić o tym, gdy przysłuchują się temu mężczyźni?

Czyli powinno się tworzyć grupy terapeutyczne oddzielne dla kobiet?

W ośrodku, gdzie pracuję - w Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie - od dawna raz w tygodniu spotykają się w oddzielnej grupie same kobiety z terapeutką, która jest też trzeźwiejącą alkoholiczką. Terapia uzależnienia jest jak obieranie cebuli z kolejnych koszulek i dobieranie się do środka, który jest obolały, bo kryje wiele krzywd, ale i win. Do tego dochodzą uwarunkowania społeczne. Kobiety bardziej wstydzą się swojego alkoholizmu i dlatego wstydzą się też zwracać o pomoc. Wiele z nich długo pije w ukryciu. W naszym społeczeństwie łatwiej wybacza się złe zachowania pijącym mężczyznom. Mówi się: facet musi się wyszumieć. A kobietę na chwiejnych nogach ludzie mają w pogardzie.

Kobietom trudniej jest więc wychodzić z uzależnienia.

Zdecydowanie trudniej. A jak już kończą terapię, to mają do pokonania jeszcze jeden próg (co jest niekiedy przyczyną powrotu do picia). Żeby utrzymać abstynencję i ulepszyć jakość życia, trzeba nad tym naprawdę pracować. Terapia trwa tylko kilka tygodni. A potem są mityngi AA, uczestnictwo w terapii poszpitalnej, treningi asertywności, odbudowywanie więzi rodzinnych. To wszystko zajmuje czas.
Mężczyźnie wszyscy sprzyjają, mówią: Zuch, przestał pić, a jak się teraz stara! A na kobietę utyskują: Nie dość, że przyniosła wstyd rodzinie, to jeszcze teraz gdzieś się szwenda. Wobec kobiet oczekiwania są większe i często już na starcie leczenia są narażane ostracyzm.

Ale mimo wszystko terapię i dla kobiet współuzaleznionych, i uzależnionych warto prowadzić.

Trzeba. Koniecznie! Najważniejsze jest ich wspieranie, żeby mogły wykorzystać swój potencjał, żeby nie trwoniły go bezowocnie. Czasem pomoże zwykła rada.
Natomiast, jeżeli kobieta podejmuje próbę raz, drugi, trzeci bez efektu, potrzebna jest jej pomoc już profesjonalna. Mam do czynienia z osobami, które wcale nie na podstawie długotrwałych terapii, ale po kilku spotkaniach w grupie Al-Anon pomyślały, postanowiły... i skutecznie poradziły sobie z problemem w swojej rodzinie.
30-letnia kobieta (DDA) przyszła na moje spotkanie i pyta, co ma robić, bo jej mama nie chce, aby odszukała ojca, który kiedyś pił, którego ona nie zna, bo odszedł od matki i od niej. Odpowiedziałam, że ma prawo odszukać ojca. I odnalazła go. Okazało się, że od dawna już nie pije i ucieszył się, gdy zobaczył swoją dorosłą już córkę. Mają teraz ze sobą dobry kontakt. A od mamy słyszała o nim same złe rzeczy, bo mama żyła nienawiścią, a nigdy nie szukała pomocy. Córka natomiast, po kilku tygodniach spotkań z ojcem, wyznała publicznie: Uwolniłam się od klątwy DDA!
Może to być wskazówka dla wszystkich wahających się - uzależnionych, współuzależnionych, dorosłych dzieci alkoholików - że jeśli podejmą próbę wychodzenia z choroby, zaczną szukać pomocy, niczym nie ryzykują, nie mają nic do stracenia; w gorszej sytuacji niż są z pewnością się nie znajdą.


do spisu treści

Copyright by OAT 2010