Untitled Document


Trzeźwymi bądźcie

okładka Numer 1/2011

SPIS TREŚCI

Wstęp, Krzysztof Kościelecki OFMCap

* Problemy alkoholowe i abstynencja *

Komunia z Bogiem źródłem i owocem trzeźwości, ks. Piotr Kulbacki
Motyw radości w pracy trzeźwościowej, Krzysztof Wojcieszek
Kochaj bliźniego jak siebie samą. Z Jagodą Szkutnik, psychologiem i psychoterapeutką, rozmawia Tadeusz Pulcyn
Doradcy duchowi w terapii uzaleźnień, ks. Marek Dziewiecki
Cnota trzeźwości według św. Tomasza z Akwinu (cz. I), Juliusz Pyrek OFMCap
Świętość, normalność, która fascynuje, Mgdalena Korzekwa
Inicjatywy. Rywałdzkie Spotkania w Trzeźwości, Stefan
Refleksje. Lista pragnień, Anna Janik-Szewczyk
Spostrzeżenia. Ku wiecznej przyszłości, Magdalena Korzekwa
Terminarz Ośrodka Apostolstwa Trzeźwości
Z prasy. Kokainowe wybrzeże, Zbigniew Olejnik

* Apostoł Trzeźwości *

Wstęp, ks. Zbigniew Kaniecki
Sylwetki. Mateusz Talbot, Zofia Ziarko


 

Motyw radości w pracy trzeźwościowej

Krzysztof Wojcieszek

Trudno jest nam wskazywać na przyjaźń z odbiorcami
jako podstawową kompetencję profilaktyka czy terapeuty.
Tymczasem klimat radości w takiej pracy wydaje się czymś
zupełnie niezbędnym.

     Aby zrozumieć zasadniczą wagę radości w pracy trzeźwościowej, warto się zatrzymać nad antropologicznym kontekstem tej pracy, nad jej treścią. Jakie są cele tego rodzaju aktywności, którą nazywamy" pracą trzeźwościową"? Można je formułować bardzo rozmaicie, szeroko lub wąsko, ale mówiąc naj prościej, chodzi o to, aby ludzie rozumnie korzystali z wolności w ewentualnych kontaktach z alkoholem. Chodzi zatem o pracę na rzecz cnoty - sprawności tradycyjnie związanej z nadrzędną cnotą umiarkowania, przy czym nierzadko wyrazem tej cnoty będzie pełna abstynencja, a nie jedynie umiar. Należy bowiem podkreślić, że klasyczna nauka o cnotach w wydaniu perypatetyckim formułując postulat trzymania się "złotego środka", nie decydowała, że ów środek ma być zawsze istotnie "pośrodku", ale działanie umiarkowane mogło być z jakichś indywidualnych powodów maksymalistyczne lub minimalistyczne, gdyż umiar dla każdego znaczy coś innego. Na przykład "umiar" osoby uzależnionej, dziecka, kierowcy czy kogoś aktualnie pracującego - to jedynie pełna abstynencja. Jakkolwiek byśmy jednak nie patrzyli na tę sprawę w pracy trzeźwościowej, chodzi o dystans do alkolu zarówno w umiarkowanym spożywaniu, jak i w abstynencji. Czy łatwo jest ten dystans zachować? Okazuje się, że nie jest łatwo. Człowiek jest wielorako wrażliwy na uroki substancji psychoaktywnych z racji swojej psychofizycznej natury. Zauważył to prof. Edwards Griffith, gdy stwierdził w jednej ze swoich książek, że prawie każdy, kto raz spróbuje napoju alkoholowego, ma zwykle tendencję do powtarzania tego doświadczenia. Podkreślm: alkohol jest bardzo atrakcyjny dla większości ludzi. Być może w naszej pracy, na przykład profilaktycznej, zbyt łatwo o tym zapominamy? Spożycie alkoholu powoduje bowiem bardzo często (oczywiście nie zawsze i nie u każdego) niezwykle pozytywne przeżycia w postaci silnej przyjemności, zmiany nastroju na lepszy, poczucia dowartościowania, poprawy samopoczucia. Wiedza neurofizjologiczna podpowiada nam stopniowo, jakie są źródła tej silnej przyjemności. Alkohol działa bezpośrednio, szybko, mocno i trwale na ośrodki centralnego układu nerwowego odpowiedzialne za tak zwany układ nagrody, modyfikując przekaźnictwo nerwowe na szlakach zależnych od dopaminy, kwasu gamma-amino-masłowego (GABA) czy serotoniny. Ponadto jako amfoteryczna substancja o charakterze detergentu modyfikuje stan płynności błon fosfolipidowych komórek nerwowych, co wzmacnia i komplikuje obraz jego molekularnego działania. Ta wiedza jest pomocna, ale nie jest konieczna, aby zatrzymać uwagę na pozytywnych przeżyciach po spożyciu alkoholu, gdyż większość z nas takie przeżycia miała (tylko 0,5 % osób w wieku lat 20 nie ma za sobą inicjacji alkoholowej, a tylko w ok. 10% przypadków w populacji polskiej wrażenia związane z piciem są fizjologicznie negatywne). A zatem: wiemy o czym mowa!
     Tymczasem ewentualne negatywne efekty braku umiaru są w większości znacznie odsunięte w czasie jako tak zwane efekty odroczone. Niektóre z nich są identyfikowane jedynie przez specjalistów. Przeciętny konsument alkoholu, zwłaszcza młody, nie zauważa ich. Badania socjologiczne ukazują, że młodzi odnotowują takie negatywy picia, które z punktu widzenia specjalisty, są zaniedbywalne albo mało istotne (np. że "starzy" się będą pieklić, jeśli młodzi się upiją). Taka sytuacja stwarza dla kogoś uczącego umiaru (zwłaszcza w postaci abstynencji) bardzo trudną sytuację wyjściową, którą koniecznie trzeba zauważyć. Oto naprzeciw siebie stoją niezrozumiałe dla młodego konsumenta wymagania wychowawców, a z drugiej strony kusi bezpośredniość i siła przyjemności z powodu użycia substancji psychoaktywnej. Pewien pijany młody człowiek w Jarocinie w roku 1993 powiedział mi o tym tak: "Powiem ci, k**wa, że pijąc masz odloty, i to piękne odloty ... i chociaż wiesz o tym, że to jest syf, że ci szkodzi, to robisz swoje i tak!"
Dodajmy do tego obrazu jeszcze kolejność budowania się w młodym człowieku pozytywnych oczekiwań wobec alkoholu zanim dokona degustacji i utknie w opisanej przez Edwardsa pułapce alkoholowych powtórek. Oto już dzieci w wieku lat kilku (3-7), obserwując otoczenie wyrabiają sobie dość głębokie przeczucie psychoaktywnej siły alkoholu. Ten stan przedinicjacyjny spowodowany jest komunikatami werbalnymi i zwłaszcza niewerbalnymi otoczenia dziecka, ale też tradycją, reklamą, zapisami kultury. Informacja o tym, że z piciem wiążą się istotne korzyści stopniowo przeważa nad obawami. Działają tak zwane cztery motywatory picia napojów alkoholowych:
* wypij, a będzie ci dobrze
* wypij, a pozbędziesz się smutków
* wypij a będziesz taki, jak inni
* wypij, a grupa nie odrzuci cię
     Czy młody człowiek ma duże szanse wymknąć się z takiej sieci motywacji? Prawie żadne. Po czym następuje inicjacja i "pułapka Edwardsa" , że użyję pewnego neologizmu. Aby poszukać jakiegoś światełka w tunelu, można oczywiście odwoływać się do straszenia. Straszenie, zwane bardziej uczonym językiem "wiedzą o konsekwencjach zachowań", nie jest bynajmniej złą rzeczą w profilaktyce. Zdaniem niektórych specjalistów (np. Green, za nim w Polsce Grzelak) jest to jedna z najefektywniejszych metod powstrzymywania ludzi przed ryzykownymi zachowaniami. Dlaczego zatem straszenie nie ma dobrej prasy wśród specjalistów? Bo obserwują dużą sprawność młodych, inteligentnych ludzi (a i starszych też, choć są w tym nieco wolniejsi) w usuwaniu tego wzbudzanego strachu z pomocą przemyślnych metod redukcji dysonansu poznawczego. A przede wszystkim w wypadku alkoholu ów strach redukuje proste doświadczenie osobiste: przyjemność z picia, po której nic z opisanej przez "ostrzegaczy" grozy nie następuje! Jaka profilaktyka wytrzyma taki eksperyment naturalny?! Niestety, względna powolność rozwijania się strat alkoholowych stawia tu barierę naszej chęci "konstruktywnego straszenia". Przed wielu laty pe- wien doktor chemii tak się martwił tą trudnością, że wymyślił sposób, który oficjalnie zgłosił do ministra zdrowia. Proponował dodawanie do wódki na etapie produkcji fabrycznej pewnej ilości fenoloftaleiny, co po wypiciu powodowałoby u konsumenta szybko wymioty i biegunkę, a na dłuższą metę nie szkodziłoby tak bardzo. To niemal marzenie profilaktyka: natychmiastowe sprawdzanie się groźnych przepowiedni! Wypiłeś i ... jedziesz do Rygi. Z nieznanych mi powodów ówczesny minister nie skorzystał z tej rady. Podobnie próbowano leczyć alkoholików w ZSSR w ramach tak zwnej terapii awersyjnej. Rano zastrzyk z apomorfiny, a potem na cały dzień do darmowego baru. Obok baru była cała sieć ubikacji, gdyż efekt wymiotno-biegunkowy przechodził ludzkie pojęcie. Chodziło o uwarunkowanie na alkohol, skojarzenie go z silną przykrością. I co? I nic. Alkohol okazywał się silniejszy. Owszem, byli i tacy, którzy nie dożywali końca trzymiesięcznej terapii, podczas której dzień w dzień "haftowali", ale trwałość sukcesu u tych, co przeżyli, była niemal zerowa. Prawie nikogo nie udawało się trwale wyleczyć, co spowodowało, że sami terapeuci zapytywani przez badaczy, czy da się pomóc alkoholikom, w 97% twierdzili, że nie! Ten swoisty eksperyment społeczny ukazuje siłę alkoholowej przyjemności. Czy zatem jesteśmy bezradni? Warto przeżyć taki stan wychowawczej bezradności, który, moim zdaniem, oczyszcza intencje wychowawcy i sprawia, że uczy się on mądrości wychowawczej. Bowiem ścieżka do sukcesu jest w tych sprawach nader wąska i wymaga pokory i realizmu po stronie wychowawcy. Sądzę, że mądry wychowawca musi pamiętać o walorach alkoholu przez cały czas swej pracy i nie może się pocieszać tymi nielicznymi, którym alkohol nie smakuje lub na których nie działa (są i tacy, ale jest ich bardzo mało). Aby szukać skuteczności, musi on lepiej zrozumieć człowieka (w tym siebie i wychowanka) i zapytać: czym jest przyjemność? Antropologicznie jest uczuciem, czyli zareagowaniem sił popędowych człowieka na wyobrażenie dobra i zła cielesnego. Jest potwierdzeniem, że obiekt, z którym się spotkaliśmy jest dla nas dobry (lub pozornie "dobry"). A zatem nie możemy usuwać przyjemności na sposób stoicki czy kantowski, gdyż nikt nigdy nie wygrał walki z uczuciami. Zwycięstwo nad uczuciami, ich atrofia, to synonim ... śmierci cielesnej. Dlatego rozmaici "asceci z Bożej łaski" stają się tak łatwo ofiarą satyryków, gdyż zbyt trudno im wytrwać w cnocie. Dobrze to obrazuje anegdota o profesorze, odnosząca się zapewne do Wincentego Lutosławskiego. Jeden z jego ascetycznych adeptów ("eIsów") zastał go kiedyś na łamaniu zasad, których nauczał. Otóż profesor jadł na Krakowskim Rynku lody, zaś wcześniej zachęcał członków Związku Elsów do ascezy, również pokarmowej. Zdumionemu i zgorszonemu wychowankowi odpowiedział, że on jest tylko drogowskazem, a przecież nigdy nie widziano, aby drogowskaz sam szedł drogą, którą wskazuje. Podobnie szlachetni stoicy rzymscy, głoszący obojętność na sprawy materialne, należeli do grona osób niezwykle bogatych, co być może sprawiało, że łatwiej im było zachęcać biednych współobywateli do samoograniczania się i do stoickiej apatii. Cóż zatem czynić? Istna bezradność. Nie, nie jest aż tak źle. "Figur na figur, mawiał święty Igur". Człowiek jest złożony i jako złożony działa bardziej finezyjnie - są przecież rózne gradacje przyjemności, są odroczone gratyfikacje (ale jednak gratyfikacje!), jest wreszcie RADOŚĆ. Czym jest radość? Jest duchowym aspektem, analogiem przyjemności. Gdy cały człowiek reaguje na cokolwiek dobrego, zarazem duchowo i cieleśnie (filozof powiedziałby: poprzez aktualizację możności materialnej i niematerialnej zarazem), to wtedy nie mamy do czynienia z prostacką przyjemnością, ale właśnie z radością. Tyle tylko, że z racji naszego dualizmu (złożonej psychofizycznej natury i jej wymagań) nie da się czegoś ludziom zabrać i nic nie dać w zamian. Trzeba ich wprowadzić w pełne doświadczenie radości, a wtedy znika potrzeba samej tylko cielesnej przyjemności, w tym alkoholowej. Z tego powodu tak istotne znaczenie ma chociażby proste poczucie humoru wychowawcy. Program profilaktyczny, który najlepiej rokuje, to taki, w którym jest dużo śmiechu. Nawet nie "uśmiechu", ale po prostu śmiechu. A najlepszy jest taki, w którym człowiek sam doświadcza owej obiecanej przyjemności wraz z duchową radością. A zatem ważne są zabawy, żarty, niespodzianki, twórczość, śpiew, taniec, uprawianie dyscyplin sportowych zimą i latem, rozrywka ... Doskonale wiedzieli to święci wychowawcy: św. Filip Neri, św. Jan Bosko, św. Jan Vianney. Do tego grona dodajmy świętych papieży - Jana XXIII i "Naszego Papieża". Czy nie pała w nas serce, gdy wspomnimy żarty Jana Pawła II? A czymże zajmował się w słynnym oknie krakowskim, jak nie żartowaniem? A jak rozmawiał z młodymi na Tor Vergata? Oczywiście, nie był wesołkiem niepoważnym i kiedy trzeba, pouczał poważnie, a nawet surowo, ale czymże byłaby ta surowośc bez owej radości? Podobno "smutny święty to żaden święty". Tomasz z Akwinu, człowiek raczej poważny, uważał, że smutek jest naj groźniejszym dla człowieka stanem uczuciowym, wręcz zaproszeniem śmierci. I uważał, że trzeba z nim za wszelką cenę walczyć. Podał nawet w swej "Sumie Teologicznej" pięć lekarstw na smutek, skądinąd doskonałych. Już sama lektura tego fragmentu poprawia humor. Ewentualnych zgorszonych moją pochwałą radości niech uspokoi św. Teresa z Avila. Raz, gdy była zmęczona po długiej i głodnej podróży służbowej między klasztorami, wręcz dopadła do pieczeni z przepiórek i z zapałęm szczerze zajadała chrupiące ptaszki. Przyłapał ją na tym asceta i pyta: Siostra taka świątobliwa i rozmodlona, a w tak przyziemny sposób wcina przepiórki? A gdzie modlitwa? A święta na to: Kiedy modlitwa, to modlitwa, a kiedy przepiórki, to przepiórki! J ak wiadomo współcześni uczeni wszystko chcą mierzyć, zatem mierzą i skuteczność profilaktyki. Na podstawie tych pomiarów wykazali ostatnio w toku długiej ewaluacji, że w programach profilaktycznych dotyczących tak silnej przyjemności, jak działania seksualne, sprawdza się mieszanina stanowczych wymagań i poczucia humoru realizowanego w do- brym kontakcie osobistym (bezpośredniość, komunikacja) z wychowankami. Ta radość w przebiegu spotkania jest jakby obietnicą, że postulowane przez wychowawców ograniczenia nie spalą całkiem dostępnej radości wychowanków. Jeszcze lepiej, gdy "obietnica" jakoś się ukonkretnia i to szybko. A zatem elementy zabawy w wychowaniu i w profilaktyce są - powiedziałbym - na wagę złota. I mówię to z pozycji doświadczonego praktyka. Jedyne działania, które mi się wyraźnie nie udawały miały miejsce wtedy, gdy wpadałem w zbyt poważny ton i rezygnowałem z elementu radości. Pamiętam takie spotkanie ze studentami medycyny, którzy widząc, że tego dnia nie mam dobrego humoru (faktycznie posprzeczałem się wtedy z żoną) sami przejęli pałeczkę i w najlepsze żartowali sobie ... ze mnie. Z perspektywy widzę, że uratowało to całe nasze spotkanie. Innym razem, dokładnie w to samo miejsce przywieziono jakieś 70 osób, właśnie przyszłych medyków, na zajęcia profilaktyczne. Zrobiono to całkiem niefortunnie: byli zdezorientowani, głodni i zmęczeni, tuż po wyczerpujących zajęciach. I mieli słuchać wykładu, w dodatku wygłaszanego bez mikrofonu i na nieciekawy temat (alkoholowy!). W związku z tym zaczęli po prostu gadać jak najęci, zupełnie nie przejmując się moją osobą i wykładem zanim otworzyłem usta. Cóż, postanowiłem w związku z tym chwilowo wcale ich nie otwierać. I tak siedzimy minutę, dwie, trzy, a ja nic. Siedzę sobie za stolikiem z obojętną miną.
     Ponieważ był to już czwarty rok medycyny, jednego z nich zainteresował mój zagadkowy stan i zapytał z pozycji przyszłego lekarza:
- Jak się Pan czuje? Czy coś Panu dolega?
- Dobrze się czuję ...
- To dlaczego Pan nic nie mówi?
- Cóż ... Wy gadacie, ja milczę. A a i tak mi płacą!
     Po tej wymianie zdań wszyscy na sali gruchnęli śmiechem i wykład potoczył się wartko. Oczywiśćie, nie możemy wpadać w pustą wesołkowatość, która niewiele ma wspólnego z radością. Wzorem św. Tomasza możemy zauważyć, że jedną z postaci przyjemności (i to najsilniejszą!) jest ... kontemplacja prawdy. Możemy tak prowadzić naszą pracę, aby uczestnicy doświadczali tego rodzaju przyjemności. Jedną z formuł takiej profilaktyki zaprezentował mi kiedyś pewien zacny majster budowlany, brygadzista. Był dobrym doświadczonym budowlańcem, członkiem KWC i człowiekiem zatroskanym o członków swojej brygady, która akurat dużo piła. Zastanawiał się, jak do nich dotrzeć z przekazem trzeźwości. I wymyślił. W poniedziałek rano, gdy całość brygady przebierała się w pakamerze w kufajki, a na stole stała już" połówka na kaca", wskoczył do pomieszczenia baraku, zatrzasnął za sobą drzwi, uniemożliwając brygadzie ucieczkę, wyciągnął nagłym ruchem spod pachy duży egzemplarz Pisma Świętego i powiedział: To jest Święte Pismo! Tu jest napisane: pijacy nie wejdą do Królestwa Niebieskiego! Po czym położył Księgę na stole obok "połówki", zamknął drzwi od zewnątrz i pozostawił swoją brygadę na pół godziny "kontemplacji prawdy". Dodam, że owa połówka tego dnia pozostała nietknięta, a i w inne dni miała mniejsze zastosowanie niż przedtem. Sądzę, za św Tomaszem, że chodziło tu o silną przyjemność, nie "in vino veritas", lecz "in veritas vino".
     Jest jeszcze coś, znacznie poważniejszego niż żarty czy zabawy podczas pracy wychowawczej. Otóż, chodzi o skomplikowaną rolę rozpaczy w generowaniu się problemów alkoholowych. W wielu ostatnich publikacjach i w książce "Człowiek spotyka alkohol" zawarłem myśl, że jednym z głównych czynników warunkujących wtórnie powstawanie poważnych problemów alkoholowych jest specyficznie rozumiany proces rozpaczy. Jego sednem jest poczucie utraty relacji osobowych miłości, utrata wspólnoty. Dlatego przeciwieństwem rozpaczy nie jest bynajmniej nadzieja, ale radość jako potwierdzenie trwania relacji osobowych, zwłaszcza relacji osobowej miłości, w różnych jej postaciach. Jeżeli mam rację, to rozpacz jest komponenetem utrwalania się i powiększania problemów alkoholowych, to radość jako jej przeciwieństwo byłaby wprost "lekarstwem" na te problemy.
     Kiedy przeżywamy radość? Najgłębiej, gdy kontemplujemy trwanie relacji osobowych, gdy cieszymy się przejawami trwania wspólnoty osób. Zatem aktywnie przeżywana wspólnota byłaby niezbędnym komponentem wszelkiej głębszej pracy trzeźwościowej. Zauważmy, jak bardzo potwierdza się to w praktyce takich wspólnot jak AA, Kluby Abstynenta czy Bractwa Trzeźwościowe. Każdy, kto obserwował dowolne spotkania tych cennych zrzeszeń, dostrzegł wiodącą siłę radości. Gdy, dajmy na to, na Rusinową Polanę w Tatrach w dniu 3 maja idzie tysięczna rzesza trzeźwiejących i ich rodzin pod wodzą nieocenionego Eugeniusza Poloczka, to towarzyszy temu nastrój święta, radości, tryumfu.
     W planie zaś pracy wychowawczej odnajdujemy ten wątek, gdy zauważymy, że zupełnie inaczej idzie praca wychowawcza, profilaktyczna, gdy prowadzący i odbiorcy jego propozycji trwają w chociażby małej wspólnocie, chociażby w elementarnej przyjaźni. Klimat akceptacji, autentyczności, otwartości, który buduje w trakcie pracy prowadzący, staje się niezbędnym elementem udanych projektów czy programów profilaktycznych i terapeutycznych.
     Im więcej wspólnoty, tym więcej radości i tym więcej sukcesu. Ta sprawa być może dlatego była trochę niezauważana. gdyż ciągle tkwimy w romantycznym modelu emocji, jako znaku wspólnoty, a nie rozumiemy klasycznej formuły przyjaźni, jeszcze perypatetyckiej. Dlatego trudniej jest nam wskazywać na przyjaźń z odbiorcami jako podstawową kompetencję profilaktyka czy terapeuty.
     Tymczasem klimat radości w takiej pracy wydaje się, w myśl powyższych uwag, czymś zupełnie niezbędnym. Na koniec chcę przywołać postać duszpasterza, który świadomie lub intuicyjnie stosował i stosuje ten model w swojej niezwykle udanej, legendarnej pracy. Chodzi o ks. Władysława Zązla z Kamesznicy. Otóż, byłem, tak jak część słuchaczy, wielokrotnie świadkiem bystrego humoru i siły radości tego kapłana. Jednak może nie wszyscy mieli okazję być świadkiem scen, jakie rozegrały się przed niemal 20 laty na Jasnej Górze. Otóż, trwał tam wielki zjazd, kongres trzeźwościowy, i jednym z jego elementów była projekcja nowych filmów na te tematy - w wielkiej hali na około tysiąc osób. Najpierw puszczono film amerykański, dość wnikliwy psychologicznie, ale nie radosny. Reakcja publiki była życzliwie umiarkowana. Potem zaprezentowano pierwszy raz publicznie film "Złoty środek" Krzysztofa Żurowskiego. opowiadający z humorem o zmaganiach księdza Władysława w sprawie wesel bezalkoholowych w Kamesznicy. Film wywołał entuzjazm zebranych, frenetyczne owacje, aplauz i wołanie o główną postać, czyli duszpasterza. I oto pojawił się na niewielkim podium i rozpoczął dialog z rozgrzaną publicznością, uczestnikami kongresu. Posypały się góralskie żarty, co doprowadziło salę do wysokiej temperatury radości. W pewnym momencie jedna z pań w wieku zaawansowanym, z wyrazem rozanielenia na twarzy stanęła tuż pod tą małą sceną z osobą ks. Zązla i wołała głośno: Księże Władysławie! Księże Władysławie! Jesteś wspaniały, jesteś wielki! Gdy tak chwilę wołała na cały głos, ksiądz szarmancko schylił się nieco na brzegu sceny, objął ramionami rozentuzjazmowaną .fankę", po czym wypalił z uśmiechem po góralsku: Jejmościno! Dla tego somego wartało tutaj psy jechać! Uszczęśliwił tym żartem entuzjastkę i wszystkich pozostałych, czego dowodem były salwy śmiechu wszystkich zebranych. Zdaje się, że tam wtedy powstała idea" Wesela wesel", utkana z tych paru chwil radości i humoru. I z poczucia wspólnoty. Tak, radość jest niezbędnym elementem pracy trzeźwościowej. I kto wie czy nie naczelnym?

do spisu treści