|
 |
Trzeźwymi
bądźcie |
Numer 1/2011
SPIS TREŚCI
Wstęp, Krzysztof Kościelecki
OFMCap
* Problemy alkoholowe i
abstynencja *
Komunia z Bogiem źródłem i owocem
trzeźwości, ks. Piotr Kulbacki
Motyw radości w pracy trzeźwościowej,
Krzysztof Wojcieszek
Kochaj bliźniego jak siebie samą. Z Jagodą
Szkutnik, psychologiem i psychoterapeutką, rozmawia Tadeusz Pulcyn
Doradcy duchowi w terapii uzaleźnień, ks. Marek
Dziewiecki
Cnota trzeźwości według św. Tomasza z Akwinu (cz. I),
Juliusz Pyrek OFMCap
Świętość, normalność, która fascynuje, Mgdalena
Korzekwa
Inicjatywy. Rywałdzkie Spotkania w Trzeźwości,
Stefan
Refleksje. Lista pragnień, Anna Janik-Szewczyk
Spostrzeżenia. Ku wiecznej przyszłości,
Magdalena Korzekwa
Terminarz Ośrodka Apostolstwa Trzeźwości
Z prasy. Kokainowe wybrzeże, Zbigniew Olejnik
* Apostoł Trzeźwości *
Wstęp, ks. Zbigniew Kaniecki
Sylwetki. Mateusz Talbot, Zofia Ziarko
Motyw radości w pracy trzeźwościowej
Krzysztof Wojcieszek
Trudno jest nam
wskazywać na przyjaźń z odbiorcami
jako podstawową kompetencję profilaktyka czy terapeuty.
Tymczasem klimat radości w takiej pracy wydaje się czymś
zupełnie niezbędnym.
Aby zrozumieć zasadniczą wagę radości w pracy
trzeźwościowej, warto się zatrzymać nad antropologicznym kontekstem tej
pracy, nad jej treścią. Jakie są cele tego rodzaju aktywności, którą
nazywamy" pracą trzeźwościową"? Można je formułować bardzo rozmaicie,
szeroko lub wąsko, ale mówiąc naj prościej, chodzi o to, aby ludzie
rozumnie korzystali z wolności w ewentualnych kontaktach z alkoholem.
Chodzi zatem o pracę na rzecz cnoty - sprawności tradycyjnie związanej
z nadrzędną cnotą umiarkowania, przy czym nierzadko wyrazem tej cnoty
będzie pełna abstynencja, a nie jedynie umiar. Należy bowiem
podkreślić, że klasyczna nauka o cnotach w wydaniu perypatetyckim
formułując postulat trzymania się "złotego środka", nie decydowała, że
ów środek ma być zawsze istotnie "pośrodku", ale działanie umiarkowane
mogło być z jakichś indywidualnych powodów maksymalistyczne lub
minimalistyczne, gdyż umiar dla każdego znaczy coś innego. Na przykład
"umiar" osoby uzależnionej, dziecka, kierowcy czy kogoś aktualnie
pracującego - to jedynie pełna abstynencja. Jakkolwiek byśmy jednak nie
patrzyli na tę sprawę w pracy trzeźwościowej, chodzi o dystans do
alkolu zarówno w umiarkowanym spożywaniu, jak i w abstynencji. Czy
łatwo jest ten dystans zachować? Okazuje się, że nie jest łatwo.
Człowiek jest wielorako wrażliwy na uroki substancji psychoaktywnych z
racji swojej psychofizycznej natury. Zauważył to prof. Edwards
Griffith, gdy stwierdził w jednej ze swoich książek, że prawie każdy,
kto raz spróbuje napoju alkoholowego, ma zwykle tendencję do
powtarzania tego doświadczenia. Podkreślm: alkohol jest bardzo
atrakcyjny dla większości ludzi. Być może w naszej pracy, na przykład
profilaktycznej, zbyt łatwo o tym zapominamy? Spożycie alkoholu
powoduje bowiem bardzo często (oczywiście nie zawsze i nie u każdego)
niezwykle pozytywne przeżycia w postaci silnej przyjemności, zmiany
nastroju na lepszy, poczucia dowartościowania, poprawy samopoczucia.
Wiedza neurofizjologiczna podpowiada nam stopniowo, jakie są źródła tej
silnej przyjemności. Alkohol działa bezpośrednio, szybko, mocno i
trwale na ośrodki centralnego układu nerwowego odpowiedzialne za tak
zwany układ nagrody, modyfikując przekaźnictwo nerwowe na szlakach
zależnych od dopaminy, kwasu gamma-amino-masłowego (GABA) czy
serotoniny. Ponadto jako amfoteryczna substancja o charakterze
detergentu modyfikuje stan płynności błon fosfolipidowych komórek
nerwowych, co wzmacnia i komplikuje obraz jego molekularnego działania.
Ta wiedza jest pomocna, ale nie jest konieczna, aby zatrzymać uwagę na
pozytywnych przeżyciach po spożyciu alkoholu, gdyż większość z nas
takie przeżycia miała (tylko 0,5 % osób w wieku lat 20 nie ma za sobą
inicjacji alkoholowej, a tylko w ok. 10% przypadków w populacji
polskiej wrażenia związane z piciem są fizjologicznie negatywne). A
zatem: wiemy o czym mowa!
Tymczasem ewentualne negatywne efekty braku umiaru są w większości
znacznie odsunięte w czasie jako tak zwane efekty odroczone. Niektóre z
nich są identyfikowane jedynie przez specjalistów. Przeciętny konsument
alkoholu, zwłaszcza młody, nie zauważa ich. Badania socjologiczne
ukazują, że młodzi odnotowują takie negatywy picia, które z punktu
widzenia specjalisty, są zaniedbywalne albo mało istotne (np. że
"starzy" się będą pieklić, jeśli młodzi się upiją). Taka sytuacja
stwarza dla kogoś uczącego umiaru (zwłaszcza w postaci abstynencji)
bardzo trudną sytuację wyjściową, którą koniecznie trzeba zauważyć. Oto
naprzeciw siebie stoją niezrozumiałe dla młodego konsumenta wymagania
wychowawców, a z drugiej strony kusi bezpośredniość i siła przyjemności
z powodu użycia substancji psychoaktywnej. Pewien pijany młody człowiek
w Jarocinie w roku 1993 powiedział mi o tym tak: "Powiem ci, k**wa, że
pijąc masz odloty, i to piękne odloty ... i chociaż wiesz o tym, że to
jest syf, że ci szkodzi, to robisz swoje i tak!"
Dodajmy do tego obrazu jeszcze kolejność budowania się w młodym
człowieku pozytywnych oczekiwań wobec alkoholu zanim dokona degustacji
i utknie w opisanej przez Edwardsa pułapce alkoholowych powtórek. Oto
już dzieci w wieku lat kilku (3-7), obserwując otoczenie wyrabiają
sobie dość głębokie przeczucie psychoaktywnej siły alkoholu. Ten stan
przedinicjacyjny spowodowany jest komunikatami werbalnymi i zwłaszcza
niewerbalnymi otoczenia dziecka, ale też tradycją, reklamą, zapisami
kultury. Informacja o tym, że z piciem wiążą się istotne korzyści
stopniowo przeważa nad obawami. Działają tak zwane cztery motywatory
picia napojów alkoholowych:
* wypij, a będzie ci dobrze
* wypij, a pozbędziesz się smutków
* wypij a będziesz taki, jak inni
* wypij, a grupa nie odrzuci cię
Czy młody człowiek ma duże szanse wymknąć się z takiej sieci motywacji?
Prawie żadne. Po czym następuje inicjacja i "pułapka Edwardsa" , że
użyję pewnego neologizmu. Aby poszukać jakiegoś światełka w tunelu,
można oczywiście odwoływać się do straszenia. Straszenie, zwane
bardziej uczonym językiem "wiedzą o konsekwencjach zachowań", nie jest
bynajmniej złą rzeczą w profilaktyce. Zdaniem niektórych specjalistów
(np. Green, za nim w Polsce Grzelak) jest to jedna z
najefektywniejszych metod powstrzymywania ludzi przed ryzykownymi
zachowaniami. Dlaczego zatem straszenie nie ma dobrej prasy wśród
specjalistów? Bo obserwują dużą sprawność młodych, inteligentnych ludzi
(a i starszych też, choć są w tym nieco wolniejsi) w usuwaniu tego
wzbudzanego strachu z pomocą przemyślnych metod redukcji dysonansu
poznawczego. A przede wszystkim w wypadku alkoholu ów strach redukuje
proste doświadczenie osobiste: przyjemność z picia, po której nic z
opisanej przez "ostrzegaczy" grozy nie następuje! Jaka profilaktyka
wytrzyma taki eksperyment naturalny?! Niestety, względna powolność
rozwijania się strat alkoholowych stawia tu barierę naszej chęci
"konstruktywnego straszenia". Przed wielu laty pe- wien doktor chemii
tak się martwił tą trudnością, że wymyślił sposób, który oficjalnie
zgłosił do ministra zdrowia. Proponował dodawanie do wódki na etapie
produkcji fabrycznej pewnej ilości fenoloftaleiny, co po wypiciu
powodowałoby u konsumenta szybko wymioty i biegunkę, a na dłuższą metę
nie szkodziłoby tak bardzo. To niemal marzenie profilaktyka:
natychmiastowe sprawdzanie się groźnych przepowiedni! Wypiłeś i ...
jedziesz do Rygi. Z nieznanych mi powodów ówczesny minister nie
skorzystał z tej rady. Podobnie próbowano leczyć alkoholików w ZSSR w
ramach tak zwnej terapii awersyjnej. Rano zastrzyk z apomorfiny, a
potem na cały dzień do darmowego baru. Obok baru była cała sieć
ubikacji, gdyż efekt wymiotno-biegunkowy przechodził ludzkie pojęcie.
Chodziło o uwarunkowanie na alkohol, skojarzenie go z silną
przykrością. I co? I nic. Alkohol okazywał się silniejszy. Owszem, byli
i tacy, którzy nie dożywali końca trzymiesięcznej terapii, podczas
której dzień w dzień "haftowali", ale trwałość sukcesu u tych, co
przeżyli, była niemal zerowa. Prawie nikogo nie udawało się trwale
wyleczyć, co spowodowało, że sami terapeuci zapytywani przez badaczy,
czy da się pomóc alkoholikom, w 97% twierdzili, że nie! Ten swoisty
eksperyment społeczny ukazuje siłę alkoholowej przyjemności. Czy zatem
jesteśmy bezradni? Warto przeżyć taki stan wychowawczej bezradności,
który, moim zdaniem, oczyszcza intencje wychowawcy i sprawia, że uczy
się on mądrości wychowawczej. Bowiem ścieżka do sukcesu jest w tych
sprawach nader wąska i wymaga pokory i realizmu po stronie wychowawcy.
Sądzę, że mądry wychowawca musi pamiętać o walorach alkoholu przez cały
czas swej pracy i nie może się pocieszać tymi nielicznymi, którym
alkohol nie smakuje lub na których nie działa (są i tacy, ale jest ich
bardzo mało). Aby szukać skuteczności, musi on lepiej zrozumieć
człowieka (w tym siebie i wychowanka) i zapytać: czym jest przyjemność?
Antropologicznie jest uczuciem, czyli zareagowaniem sił popędowych
człowieka na wyobrażenie dobra i zła cielesnego. Jest potwierdzeniem,
że obiekt, z którym się spotkaliśmy jest dla nas dobry (lub pozornie
"dobry"). A zatem nie możemy usuwać przyjemności na sposób stoicki czy
kantowski, gdyż nikt nigdy nie wygrał walki z uczuciami. Zwycięstwo nad
uczuciami, ich atrofia, to synonim ... śmierci cielesnej. Dlatego
rozmaici "asceci z Bożej łaski" stają się tak łatwo ofiarą satyryków,
gdyż zbyt trudno im wytrwać w cnocie. Dobrze to obrazuje anegdota o
profesorze, odnosząca się zapewne do Wincentego Lutosławskiego. Jeden z
jego ascetycznych adeptów ("eIsów") zastał go kiedyś na łamaniu zasad,
których nauczał. Otóż profesor jadł na Krakowskim Rynku lody, zaś
wcześniej zachęcał członków Związku Elsów do ascezy, również
pokarmowej. Zdumionemu i zgorszonemu wychowankowi odpowiedział, że on
jest tylko drogowskazem, a przecież nigdy nie widziano, aby drogowskaz
sam szedł drogą, którą wskazuje. Podobnie szlachetni stoicy rzymscy, głoszący
obojętność na sprawy materialne, należeli do grona osób niezwykle
bogatych, co być może sprawiało, że łatwiej im było zachęcać biednych
współobywateli do samoograniczania się i do stoickiej apatii. Cóż zatem
czynić? Istna bezradność. Nie, nie jest aż tak źle. "Figur na figur,
mawiał święty Igur". Człowiek jest złożony i jako złożony działa
bardziej finezyjnie - są przecież rózne gradacje przyjemności, są
odroczone gratyfikacje (ale jednak gratyfikacje!), jest wreszcie
RADOŚĆ. Czym jest radość? Jest duchowym aspektem, analogiem
przyjemności. Gdy cały człowiek reaguje na cokolwiek dobrego, zarazem
duchowo i cieleśnie (filozof powiedziałby: poprzez aktualizację
możności materialnej i niematerialnej zarazem), to wtedy nie mamy do
czynienia z prostacką przyjemnością, ale właśnie z radością. Tyle
tylko, że z racji naszego dualizmu (złożonej psychofizycznej natury i
jej wymagań) nie da się czegoś ludziom zabrać i nic nie dać w zamian.
Trzeba ich wprowadzić w pełne doświadczenie radości, a wtedy znika
potrzeba samej tylko cielesnej przyjemności, w tym alkoholowej. Z tego
powodu tak istotne znaczenie ma chociażby proste poczucie humoru
wychowawcy. Program profilaktyczny, który najlepiej rokuje, to taki, w
którym jest dużo śmiechu. Nawet nie "uśmiechu", ale po prostu śmiechu.
A najlepszy jest taki, w którym człowiek sam doświadcza owej obiecanej
przyjemności wraz z duchową radością. A zatem ważne są zabawy, żarty,
niespodzianki, twórczość, śpiew, taniec, uprawianie dyscyplin
sportowych zimą i latem, rozrywka ... Doskonale wiedzieli to święci
wychowawcy: św. Filip Neri, św. Jan Bosko, św. Jan Vianney. Do tego
grona dodajmy świętych papieży - Jana XXIII i "Naszego Papieża". Czy
nie pała w nas serce, gdy wspomnimy żarty Jana Pawła II? A czymże
zajmował się w słynnym oknie krakowskim, jak nie żartowaniem? A jak
rozmawiał z młodymi na Tor Vergata? Oczywiście, nie był wesołkiem
niepoważnym i kiedy trzeba, pouczał poważnie, a nawet surowo, ale
czymże byłaby ta surowośc bez owej radości? Podobno "smutny święty to
żaden święty". Tomasz z Akwinu, człowiek raczej poważny, uważał, że
smutek jest naj groźniejszym dla człowieka stanem uczuciowym, wręcz
zaproszeniem śmierci. I uważał, że trzeba z nim za wszelką cenę
walczyć. Podał nawet w swej "Sumie Teologicznej" pięć lekarstw na
smutek, skądinąd doskonałych. Już sama lektura tego fragmentu poprawia
humor. Ewentualnych zgorszonych moją pochwałą radości niech uspokoi św.
Teresa z Avila. Raz, gdy była zmęczona po długiej i głodnej podróży
służbowej między klasztorami, wręcz dopadła do pieczeni z przepiórek i
z zapałęm szczerze zajadała chrupiące ptaszki. Przyłapał ją na tym
asceta i pyta: Siostra taka świątobliwa i rozmodlona, a w tak
przyziemny sposób wcina przepiórki? A gdzie modlitwa? A święta na to:
Kiedy modlitwa, to modlitwa, a kiedy przepiórki, to przepiórki! J ak
wiadomo współcześni uczeni wszystko chcą mierzyć, zatem mierzą i
skuteczność profilaktyki. Na podstawie tych pomiarów wykazali ostatnio
w toku długiej ewaluacji, że w programach profilaktycznych dotyczących
tak silnej przyjemności, jak działania seksualne, sprawdza się
mieszanina stanowczych wymagań i poczucia humoru realizowanego w do-
brym kontakcie osobistym (bezpośredniość, komunikacja) z wychowankami.
Ta radość w przebiegu spotkania jest jakby obietnicą, że postulowane
przez wychowawców ograniczenia nie spalą całkiem dostępnej radości
wychowanków. Jeszcze lepiej, gdy "obietnica" jakoś się ukonkretnia i to
szybko. A zatem elementy zabawy w wychowaniu i w profilaktyce są -
powiedziałbym - na wagę złota. I mówię to z pozycji doświadczonego
praktyka. Jedyne działania, które mi się wyraźnie nie udawały miały
miejsce wtedy, gdy wpadałem w zbyt poważny ton i rezygnowałem z
elementu radości. Pamiętam takie spotkanie ze studentami medycyny,
którzy widząc, że tego dnia nie mam dobrego humoru (faktycznie
posprzeczałem się wtedy z żoną) sami przejęli pałeczkę i w najlepsze
żartowali sobie ... ze mnie. Z perspektywy widzę, że uratowało to całe
nasze spotkanie. Innym razem, dokładnie w to samo miejsce przywieziono
jakieś 70 osób, właśnie przyszłych medyków, na zajęcia profilaktyczne.
Zrobiono to całkiem niefortunnie: byli zdezorientowani, głodni i
zmęczeni, tuż po wyczerpujących zajęciach. I mieli słuchać wykładu, w
dodatku wygłaszanego bez mikrofonu i na nieciekawy temat (alkoholowy!).
W związku z tym zaczęli po prostu gadać jak najęci, zupełnie nie
przejmując się moją osobą i wykładem zanim otworzyłem usta. Cóż,
postanowiłem w związku z tym chwilowo wcale ich nie otwierać. I tak
siedzimy minutę, dwie, trzy, a ja nic. Siedzę sobie za stolikiem z
obojętną miną.
Ponieważ był to już czwarty rok medycyny, jednego z nich zainteresował
mój zagadkowy stan i zapytał z pozycji przyszłego lekarza:
- Jak się Pan czuje? Czy coś Panu dolega?
- Dobrze się czuję ...
- To dlaczego Pan nic nie mówi?
- Cóż ... Wy gadacie, ja milczę. A a i tak mi płacą!
Po tej wymianie zdań wszyscy na sali gruchnęli śmiechem i wykład
potoczył się wartko. Oczywiśćie, nie możemy wpadać w pustą
wesołkowatość, która niewiele ma wspólnego z radością. Wzorem św.
Tomasza możemy zauważyć, że jedną z postaci przyjemności (i to
najsilniejszą!) jest ... kontemplacja prawdy. Możemy tak prowadzić
naszą pracę, aby uczestnicy doświadczali tego rodzaju przyjemności.
Jedną z formuł takiej profilaktyki zaprezentował mi kiedyś pewien zacny
majster budowlany, brygadzista. Był dobrym doświadczonym budowlańcem,
członkiem KWC i człowiekiem zatroskanym o członków swojej brygady,
która akurat dużo piła. Zastanawiał się, jak do nich dotrzeć z
przekazem trzeźwości. I wymyślił. W poniedziałek rano, gdy całość
brygady przebierała się w pakamerze w kufajki, a na stole stała już"
połówka na kaca", wskoczył do pomieszczenia baraku, zatrzasnął za sobą
drzwi, uniemożliwając brygadzie ucieczkę, wyciągnął nagłym ruchem spod
pachy duży egzemplarz Pisma Świętego i powiedział: To jest Święte
Pismo! Tu jest napisane: pijacy nie wejdą do Królestwa Niebieskiego! Po
czym położył Księgę na stole obok "połówki", zamknął drzwi od zewnątrz
i pozostawił swoją brygadę na pół godziny "kontemplacji prawdy". Dodam,
że owa połówka tego dnia pozostała nietknięta, a i w inne dni miała
mniejsze zastosowanie niż przedtem. Sądzę, za św Tomaszem, że chodziło
tu o silną przyjemność, nie "in vino veritas", lecz "in veritas vino".
Jest jeszcze coś, znacznie poważniejszego niż żarty czy zabawy podczas
pracy wychowawczej. Otóż, chodzi o skomplikowaną rolę rozpaczy w
generowaniu się problemów alkoholowych. W wielu ostatnich publikacjach
i w książce "Człowiek spotyka alkohol" zawarłem myśl, że jednym z
głównych czynników warunkujących wtórnie powstawanie poważnych
problemów alkoholowych jest specyficznie rozumiany proces rozpaczy.
Jego sednem jest poczucie utraty relacji osobowych miłości, utrata
wspólnoty. Dlatego przeciwieństwem rozpaczy nie jest bynajmniej
nadzieja, ale radość jako potwierdzenie trwania relacji osobowych,
zwłaszcza relacji osobowej miłości, w różnych jej postaciach. Jeżeli
mam rację, to rozpacz jest komponenetem utrwalania się i powiększania
problemów alkoholowych, to radość jako jej przeciwieństwo byłaby wprost
"lekarstwem" na te problemy.
Kiedy przeżywamy radość? Najgłębiej, gdy kontemplujemy trwanie relacji
osobowych, gdy cieszymy się przejawami trwania wspólnoty osób. Zatem
aktywnie przeżywana wspólnota byłaby niezbędnym komponentem wszelkiej
głębszej pracy trzeźwościowej. Zauważmy, jak bardzo potwierdza się to w
praktyce takich wspólnot jak AA, Kluby Abstynenta czy Bractwa
Trzeźwościowe. Każdy, kto obserwował dowolne spotkania tych cennych
zrzeszeń, dostrzegł wiodącą siłę radości. Gdy, dajmy na to, na Rusinową
Polanę w Tatrach w dniu 3 maja idzie tysięczna rzesza trzeźwiejących i
ich rodzin pod wodzą nieocenionego Eugeniusza Poloczka, to towarzyszy
temu nastrój święta, radości, tryumfu.
W planie zaś pracy wychowawczej odnajdujemy ten wątek, gdy zauważymy,
że zupełnie inaczej idzie praca wychowawcza, profilaktyczna, gdy
prowadzący i odbiorcy jego propozycji trwają w chociażby małej
wspólnocie, chociażby w elementarnej przyjaźni. Klimat akceptacji,
autentyczności, otwartości, który buduje w trakcie pracy prowadzący,
staje się niezbędnym elementem udanych projektów czy programów
profilaktycznych i terapeutycznych.
Im więcej wspólnoty, tym więcej radości i tym więcej sukcesu. Ta sprawa
być może dlatego była trochę niezauważana. gdyż ciągle tkwimy w
romantycznym modelu emocji, jako znaku wspólnoty, a nie rozumiemy
klasycznej formuły przyjaźni, jeszcze perypatetyckiej. Dlatego trudniej
jest nam wskazywać na przyjaźń z odbiorcami jako podstawową kompetencję
profilaktyka czy terapeuty.
Tymczasem klimat radości w takiej pracy wydaje się, w myśl powyższych
uwag, czymś zupełnie niezbędnym. Na koniec chcę przywołać postać
duszpasterza, który świadomie lub intuicyjnie stosował i stosuje ten
model w swojej niezwykle udanej, legendarnej pracy. Chodzi o ks.
Władysława Zązla z Kamesznicy. Otóż, byłem, tak jak część słuchaczy,
wielokrotnie świadkiem bystrego humoru i siły radości tego kapłana.
Jednak może nie wszyscy mieli okazję być świadkiem scen, jakie
rozegrały się przed niemal 20 laty na Jasnej Górze. Otóż, trwał tam
wielki zjazd, kongres trzeźwościowy, i jednym z jego elementów była
projekcja nowych filmów na te tematy - w wielkiej hali na około tysiąc
osób. Najpierw puszczono film amerykański, dość wnikliwy
psychologicznie, ale nie radosny. Reakcja publiki była życzliwie
umiarkowana. Potem zaprezentowano pierwszy raz publicznie film "Złoty
środek" Krzysztofa Żurowskiego. opowiadający z humorem o zmaganiach
księdza Władysława w sprawie wesel bezalkoholowych w Kamesznicy. Film
wywołał entuzjazm zebranych, frenetyczne owacje, aplauz i wołanie o
główną postać, czyli duszpasterza. I oto pojawił się na niewielkim
podium i rozpoczął dialog z rozgrzaną publicznością, uczestnikami
kongresu. Posypały się góralskie żarty, co doprowadziło salę do
wysokiej temperatury radości. W pewnym momencie jedna z pań w wieku
zaawansowanym, z wyrazem rozanielenia na twarzy stanęła tuż pod tą małą
sceną z osobą ks. Zązla i wołała głośno: Księże Władysławie! Księże
Władysławie! Jesteś wspaniały, jesteś wielki! Gdy tak chwilę wołała na
cały głos, ksiądz szarmancko schylił się nieco na brzegu sceny, objął
ramionami rozentuzjazmowaną .fankę", po czym wypalił z uśmiechem po
góralsku: Jejmościno! Dla tego somego wartało tutaj psy jechać!
Uszczęśliwił tym żartem entuzjastkę i wszystkich pozostałych, czego
dowodem były salwy śmiechu wszystkich zebranych. Zdaje się, że tam
wtedy powstała idea" Wesela wesel", utkana z tych paru chwil radości i
humoru. I z poczucia wspólnoty. Tak, radość jest niezbędnym elementem
pracy trzeźwościowej. I kto wie czy nie naczelnym?

|